Rozdział I, Ziemia pod dwoma księżycami

I.

Pod niebem, na którym widać wiele księżyców żyje się tak samo, jak pod tym z tylko jednym. Za to noce są jaśniejsze, a w dzień ponad chmurami, prócz wielkiego słońca, zawsze są obecni jego dodatkowi towarzysze. Nielicznym mieszkańcom takiej planety ów świat mógł wydawać się mniej pusty zarówno na niebie, jak i w bardziej przyziemnych rejonach, bo z całą pewnością ukształtowanie terenu było tu pełne monumentalnych dysproporcji. Góry miały po piętnaście tysięcy metrów, a były też miejsca, gdzie temperatura spadała nocami do prawie stu stopni poniżej zera.

W tak pierwotnym i miejscami niegościnnym ekosystemie, występowały jednak rozpościerające się na miliony kilometrów kwadratowych, tropikalne enklawy, oraz znacznie mniejsze obszary o umiarkowanym, górskim klimacie, gdzie skupieni w niewielkich społecznościach, żyli humanoidalni tubylcy. Otaczał ich dziewiczy świat, w którym pojawili się niedawno, a więc została im wpierw przypisana neutralna rola – nie byli ani wrogami, ani przyjaciółmi – stanowili symbiotyczną część. Istnieli sami dla siebie, a ich głównym zmartwieniem było to, jak nabić jeszcze żywy posiłek na prymitywną włócznię i nie zostać przy tym zjedzonym. Minęło wiele setek pór roku zanim poznali, które grzyby są jadalne, a które zabijają całe rodziny, jak chronić się przed burzami i jak nie utopić się na moczarach. Minęły setki ziemskich lat, nim ubraniami zaczęli maskować wstyd oraz zrozumieli, że kobieta jednego nie jest równocześnie kobietą wszystkich jego kolegów. Kiedy już nazwali w różnych lokalnych dialektach swoje plemię i pozostałe elementy otoczenia, które były im przydatne, kiedy wybudowali chaty i skupili je w niewielkie sioła, a nawet nauczyli się wytapiać brąz, nagle zobaczyli duchy. Powiedziały im one, że powinni się zatrzymać i nic więcej nie muszą już poznawać, muszą tylko jednostajnie żyć. Z początku duchy były przyjazne i jedynie ostrzegały, lub niekiedy straszyły przed zemstą rozgniewanych olbrzymów mieszkających wysoko w niebie. Trudno jednak zatrzymać jakąkolwiek cywilizację przyjacielskimi namowami. Duchy musiały więc pokazać, że potrafią skutecznie karać, i to nie pojedynczych niepokornych, lecz całe osady.

Wiadomości o morderczej reprymendzie za samowolę w rozwijaniu zakazanej wiedzy i eksperymentów z wytopem innych metali niż brąz, była później obwieszczana pozostałym wsiom wraz z okazaniem namacalnych dowodów w postaci stosów zmasakrowanych ciał. Przy tym nikt nie wyjaśnił biednym wieśniakom na początku, co tak naprawdę jest zakazane, o jaką tajemniczą wiedzę chodzi – niekiedy duchy karały ich po prostu za pomysł ulepszenia jakiejś czynności, który w arbitralnej ocenie niematerialnych nadzorców mógł zwiększyć prawdopodobieństwo odkrycia jakiegoś większego łańcucha unowocześnień, co posunęłoby naprzód cywilizację tubylców. Takich sytuacji było wiele, a przecież nikt nie umie przewidzieć, kiedy pojawi się, stworzony z czystego zbiegu okoliczności w życiu inteligentnych stworzeń, pomysł ulepszenia jakiejś pracy, co może być właśnie ukarane zagładą całej wioski.

Duchy w którymś momencie tej sadystycznej gehenny przysłały więc swojego wysłannika, który fizycznie strzegł wypełniania ich absolutnej woli. Wkrótce okazało się, że i on dysponuje nieznaną mocą, która potrafi zabić, ale również na przykład szybko załatać cieknący dach, lub wyleczyć zakażenie. Duchy widocznie zrozumiały, że długo nakręcana spirala przemocy w końcu doprowadza do ślepego buntu w kontrolowanej społeczności, niezależnie od stopnia zagrożenia dla niej ze strony prześladowców. Tak, stopniowo ów wysłannik-strażnik złagodził nieco lęk przed okrutnymi duchami, a w końcu stał się kimś w rodzaju ogólnoplanetarnego pasterza, który swoją obecnością i wiedzą ukazuje prostemu ludowi właściwą drogę, jak postępować, aby zbytnio nie rozgniewać olbrzymów w niebie.

Na całej tej planecie, bardzo w gruncie rzeczy podobnej do Ziemi, znajdowało się jedno takie miejsce, które wszyscy mieszkańcy znali i wspominali jedynie z pierwotnie zaprogramowanym, nabożnym respektem. Miejsce to nosiło nazwę Ahr-Kar i było wznoszącą się na prawie piętnaście tysięcy metrów wiecznie zieloną górą. Nikt z żyjących nie umiał wytłumaczyć jej koloru, zwłaszcza w wyższych partiach, gdzie powinien leżeć wieczny śnieg, a więc najprościej było powiedzieć, że jest to zjawisko przeciwne naturze, dlatego boskie. Mieszkańcy niezmiennie żyli w cieniu tej wypełnionej bogami góry, ciągle trwając w czasach kultury zbieracko-łowieckiej, skupieni w niewielkie quasi wiejsko-rodzinne społeczności, kontrolowane raz na dwie mijające pory roku przez tajemniczego starca o żółtych, drapieżnych oczach, nazywanego pośród niepiśmiennego ludu wysłannikiem enigmatycznych Lalkarzy.

W tamtych czasach, na tamtej planecie, nikt nie mierzył lat w więcej niż jednym cyklu zmian koła pór roku, nikt nie prowadził również archiwów, żeby spisywać historię poszczególnych osad, a i one same na przestrzeni dziesiątek, setek (chociaż może i tysięcy) cykli nie wykazywały tendencji do łączenia się w większe organizmy gminne, nie wspominając o miejskich, albo państwowych. Tamtejsza kultura zatem funkcjonowała w monoplemiennym, niezmienionym, sztucznie i celowo zatrzymanym kształcie, by realizować jeden, uznany przez Lalkarzy za najwłaściwszy cel, którym była hodowla prostych ludzi w zuniformizowanym społeczeństwie.

Wszystkie z niewielkich wiosek były rozlokowane na całym Północnym Kontynencie tak, żeby zachodziło minimalne prawdopodobieństwo, że ktoś z mieszkańców natrafi na tubylca z innej osady. Łączył je tylko ów starzec o kocich oczach, w niewytłumaczalny sposób przemierzający tysiące kilometrów między osadami na planecie bez nazwy dla zamieszkującego ją ludu, o obwodzie równikowym półtorakrotnie większym, niż ma inna, łudząco podobna w tej samej Galaktyce, położona w odległym o parę tysięcy lat świetlnych Ramieniu Oriona, a nazywana przez jej mieszkańców Ziemią.

Chociaż, żeby nazwać jakąś planetę, trzeba najpierw uświadomić sobie, że się na niej mieszka, a z tym był problem, bo ta wiedza była ściśle reglamentowana.

II.

Gdyby spojrzeć na szczyt Ahr-Kar izometrycznie z wysokości stratosfery, okazałoby się, że jest on najwyższą i zarazem centralną częścią rozległych gór tworzących łańcuch o długości w sumie ponad tysiąca kilometrów, rozwidlający się w dwie odnogi, jak ramiona wszechpotężnego i posępnego opiekuna, między którymi leżą rozległe łąki, lasy i ogromna rzeka wraz z mniejszymi dopływami. W tak zabezpieczonej z trzech stron enklawie przyszedł na świat, w domu zbudowanym z ogromnych, niezdarnie ociosanych kawałków grafitowych skał, wydartych siłą północnym zboczom. Od matki otrzymał imię Sydo, co oznaczało w lokalnym dialekcie zwinny jak wąż (jaszczurka), który nosił tę samą potoczną nazwę. Gad ten nie do końca przypominał znane z Ziemi beznogie zwierzę, ponieważ na głowie miał niewielkie rogi, a w tylnej części ciała uwstecznione resztki skocznych odnóży.

Ludzie opowiadali, że w najgłębszych lasach górskiego regionu Kar żyje jego pełnowymiarowa i śmiertelnie niebezpieczna dla człowieka wersja. Nikt jej jednak nigdy nie widział, bo wszyscy ci, co szli w domniemane miejsca, które zasiedlała, nie wracali. Miniaturka gada natomiast przebywała zwykle na rozległych polach ostrokrawędzistych głazów u stóp górskich szczytów, gdzie zakamuflowana, nieraz wiele dni wyczekiwała bez ruchu na mniejsze od siebie ofiary.

Sydo był zwinny jak ten gadopłaz i szybszy niż większość rówieśników z osady. Nigdy jednak nie powiedział żadnego słowa, dlatego nie nazywano go nadanym mu w domu imieniem, lecz przydomkiem – Bera – co oznaczało niemowa, dziwak, odszczepieniec. Jednocześnie, nikt nie zastanawiał się nad tym, dlaczego tak zwinne i sprawne dziecko nie wydaje żadnych artykułowanych dźwięków, jakby było to całkowicie normalne, że wśród ludzi zdarzają się niemowy lub odszczepieńcy, i nie należy naruszać porządku natury, dociekając, czemu tacy są. Ich istnienie było faktem, a skoro było namacalne, nie podlegało krytyce ani potępieniu, bo mieszkańcy osady akceptowali to, co jest z racjonalną i pierwotną oczywistością.

Było coś szalenie okrutnego i zarazem dojrzałego w tym sposobie zachowania się tamtych ludzi, lecz być może Sydo nie zgadzał się z ich decyzjami i nie chciał żyć wśród nich jako Bera. Nie chciał być przyporządkowany do miana „odszczepieniec”, chociaż w praktyce ten bezdusznie klasyfikujący przydomek, w żaden sposób nie wpływał na jego aktualne życie.

Sydo mieszkał w jednoizbowej drewnianej chacie z bali położonej trochę na uboczu wsi. Matka zajmowała się domem i przyległym do niego warzywniakiem. Człowiek, którego nazywał ojcem na ogół wychodził rano, a wracał dopiero przed zmrokiem, zmęczony jak zawsze polowaniem i karczowaniem sąsiadującego z wioską lasu. Bywało również tak, że czasami przychodził dopiero rano i spał wtedy do wieczora. Prawie nic nie mówił, ale dbał o dom, nie bił chłopca ani swojej kobiety, i bardziej istniał w świadomości Sydo jako element wystroju chaty niż ktoś, od kogo stający się mężczyzną podrostek, może się czegoś nauczyć. Matka była najpotrzebniejsza w życiu chłopca – dawała jeść, czasem krzyknęła, ale co najważniejsze, dużo mówiła do swojego syna, a on łaknął języka. Uwielbiał słuchać poszczególnych słów. Wydawało mu się wtedy, że słyszany głos tak wnikliwie rezonuje w jego uszach i całym ciele, że nie ma żadnej różnicy między słuchaniem dźwięków, a samodzielnym mówieniem. Kiedy matka mówiła, to tak, jakby on sam mówił.

To było zwykłe, wiosenne przedpołudnie. Sydo miał wtedy trzynaście lat, gdy matka po raz ostatni zawołała go do dusznej izby, nagrzanej gorącym powietrzem z paleniska, gdzie wisiał duży kocioł ze szczawiową zupą. W pomieszczeniu był jeszcze ktoś. Wysoki człowiek o białych włosach siedział przy ogniu i trzymał smukłe dłonie tuż nad iskrzącymi się jęzorami pomarańczowego żaru. Sydo nigdy nie widział takich rąk. Na jednym z palców przybysza znajdował się dziwny pierścień z wygrawerowanym znakiem, który przypominał zwiniętego we śnie gada ze skrzydłami, a pod ścianą obok stała oparta laska z osobliwym, kwadratowym ekranem, na którym od czasu do czasu wyświetlały się jakieś nieznane znaki. Pamiętał, że raz na cykl przychodził do ich domu obcy człowiek z laską, w podobnym ubraniu i błyszczącym naszyjniku, lecz ten był znacznie starszy i chudszy. Matka nie pozwoliła mu jednak zbyt długo gapić się na nieznajomego.

– Usiądź już i jedz! – wycedziła podniesionym głosem, stawiając przed chłopcem drewnianą miskę z zielonkawym płynem. Sydo spojrzał na nią badawczo i z jednoczesnym zaniepokojeniem zwrócił wzrok ku tajemniczej postaci. Mężczyzna przyjął jego spojrzenie, chociaż Sydo czuł, że jest dla niego w tym momencie prawie niewidoczny. Cały czas obserwował zdenerwowaną kobietę.

– Jedz wreszcie. – Matka trąciła go dłonią.

Chłopak jednak wciąż gapił się na świecący ekran wbudowany w kostur przybysza. Matka to w końcu zauważyła i jeszcze ostrzej skarciła syna:

 – Nie patrz tam, to magia! Można od niej oślepnąć. Nie dość, że nie gadasz, to chcesz jeszcze nie widzieć?!

– To nie magia! – wtrącił się gwałtownie starzec. – To zjawisko nazywa się wyświetlaniem obrazu na matrycy ferromagnetycznej, ale nawet gdybyście mieli zezwolenie na rozwój, to od tego momentu musiałoby upłynąć parę tysięcy cykli, zanim pojęlibyście, jak zbudowana jest ta laska. – Nazywam się Darion, chłopcze – dodał i lekko pochylił głowę.

Widać było po jego spiętych ustach, że się zdenerwował reakcją matki. Chciał coś jeszcze w tej sprawie dodać, ale siłą się powstrzymał. Spojrzał tylko na nią i parę razy głębiej odetchnął. Po chwili zaczął mówić już spokojnym głosem i zupełnie o czymś innym, co przywiodło go o tej porze roku do osady pod górą, do tego domu.

– Zakończmy wreszcie te formalności. Dostałaś sporo czasu na zastanowienie. Mam nadzieję, że zgadzasz się ze wszystkimi warunkami – zapytał kobietę, wpatrując się jednak przekornie w zaciekawioną twarz chłopca, który wciąż nie tknął zupy.

– Nawet gdybym się nie zgodziła i tak byś go zabrał. Ludzie w wiosce opowiadają ostatnio o tobie Darionie więcej niż zazwyczaj. Podobno istnieje jakaś granica, poza którą nie wolno nam, mieszkańcom tej wioski wychodzić, a ty ścigasz takich uciekinierów i odrąbujesz im głowy. Nie sądziłam jednak, że dasz mi magiczne nasiona za zgodę na podróż Sydo do tego miejsca. – Matka zabrała pełną miskę. Jej ręce lekko drżały, lecz żadne inne oznaki zdenerwowania nie pojawiły się na twarzy.

– Niech ci będzie, że są magiczne, i że to nasiona. Najważniejsze jest to, że przez najbliższe dziesięć lat nie musicie się martwić o jedzenie. Płytki możesz umieszczać w zimnej wodzie. Po zagrzaniu, powstanie z nich pożywna i smaczna zupa o smaku i zawartości uzależnionej od koloru „nasiona”. Jedna płytka starcza na około pięćdziesiąt posiłków w takim naczyniu, jakie wisi teraz nad paleniskiem. Tylko jej przypadkiem nie połknijcie.

– Co by się wtedy stało? – zapytała przestraszona.

– To inteligentne „nasiona” i nie reagują z wnętrznościami. Co najwyżej przez parę dni będziecie senni – odpowiedział rzeczowo Darion.

– Mówiłam, to magia – upierała się ciągle zdziwiona kobieta.

– Raczej molekularna technologia żywienia – zaśmiał się.

– Tak nazywasz to zaklęcie?

– Mam w mojej lasce zapisaną całą listę takich zaklęć w tak zwanej Podręcznej Encyklopedii Pierwszego Świata.

Kobieta otworzyła szeroko usta, ale z pewnością niewiele zrozumiała z ostatniego zdania. W końcu stwierdziła z przejęciem, wskazując kostur Dariona:

– Wiedziałam, że gdzieś musisz chować księgę czarów. Jest niewidzialna i schowana w tym kiju! – Była podekscytowana swoim odkryciem jak małe dziecko.

Darion przełknął parę razy ślinę i popatrzył na nią spode łba. Gdyby miał na nosie okulary, mógłby je w tej chwili lekko opuścić. Wyglądałby jak nauczyciel, który już nie może słuchać odpowiedzi swojego wiecznie nieprzygotowanego do lekcji ucznia.

– Wasi mieszkańcy są mądrzy, coraz mądrzejsi, lecz wciąż zbyt umagicznieni – odparł i rzucił na stół przezroczysty woreczek z czymś, co z zewnątrz wyglądało na drobne, wielobarwne kawałki metalu.

– Nie da się zatrzymać rozwoju życia – oznajmił. – Można co najwyżej zmienić jego formę, zahamować na jakiś czas jego wzrost, nic więcej. Jesteś szczęśliwa, bo nie rozumiesz o czym mówię, ale szczęście nie jest celem życia, jest nim samo życie – dodał jeszcze, po czym lekko kulejąc podszedł do chłopca i zbliżył rękę do jego głowy, ten jednak szybko się odsunął.

Nie zniechęciło to jednak starca, który, mimo chwilowej porażki w kontakcie z chłopcem, z lekkim uśmiechem odszedł w stronę paleniska, gdzie stał do tej pory i ze spokojem powrócił do grzania sobie rąk nad ogniem. Stał teraz bokiem do matki i chłopca, którzy jeszcze przez chwilę się przekomarzali w sprawie niezjedzonej zupy, każdy na swój własny sposób – matka słownie, a Sydo nerwowymi gestami i zwierzęcym sykiem, wydobywającym się z szeroko otwartych ust. Kiedy wreszcie ucichli, uświadamiając sobie być może, że jednak mają gościa, Darion wykonał dwa ostrożne kroki w ich kierunku, jednocześnie zmierzając powoli do wyjścia.

– Zawsze umiesz się z nim porozumieć w taki sposób? – zapytał, po czym wziął z oparcia krzesła szary, błyszczący płaszcz i zaczął go niespiesznie ubierać.

– Jak mi nie pokaże, to nie wiem, o co mu chodzi, a jak mam go skarcić, to po prostu krzyczę – odpowiedziała na odczepnego. Poczuła się trochę zdezorientowana tą nagłą zmianą tematu i szybko jeszcze odrzekła. – Staram się, ale ci, którzy nie mówią są inni. Tu w dolinie było paru takich. Byli, a pewnego dnia każdy z nich albo odchodził, albo pewnie umierał z głodu. Kiedyś to takim, za karę, że nie mówią, zaszywano usta i pędzono poza granice doliny. Teraz jest inaczej. Żyją wśród nas, a jeśli tacy się urodzili, to trzeba im pozwolić na to, o czym decydują tylko bogowie. Przydają się poza tym na coś, bo umieją pracować ciężej niż reszta.

Darion słuchał kobiety, ale równocześnie nie zwracał w pełni uwagi na jej słowa. Podszedł do Sydo i niemal przygwoździł go wzrokiem do krawędzi drewnianej ławy, która stała na środku izby.

– Pożegnaj się z matką – powiedział spokojnym głosem.

Sydo otworzył usta i oblizał suche wargi, po czym rzucił na kobietę zimny wzrok i wybiegł przed dom, spoglądając, czy nie idzie za nim Darion.

On jednak zamknął za nim drzwi do chaty. Matka chłopca podeszła do niego i delikatnie pogładziła go po pokrytym siwym zarostem policzku.

– Nie było cię rok, a postarzałeś się o ponad trzydzieści cykli – stwierdziła z troską.

– Na tej służbie już tak jest, albo jest się młodym, albo starym. Nie ma nic pomiędzy – odpowiedział i zatrzymał swoją ręką jej dłoń przy swojej twarzy.

– Musisz go zabierać? – zapytała spokojnie.

– Znasz zasady. Poza tym chcę, żeby w tych najważniejszych w jego życiu chwilach był z ojcem.

– Powiesz mu?

– Jeszcze nie zdecydowałem. Byłem pewien, że skoro jest mój, zostanie wyłączony ze zbioru kandydatów, jednak stało się inaczej. Zrobiliśmy coś zakazanego, a jednak go dopuścili i wybrali, zupełnie jakby postąpili tak specjalnie.

– To ty uważasz, że to zakazane, ja nie! – żachnęła się, ale nie zareagował. – Zobaczę was jeszcze? – dodała po chwili.

– Najwcześniej za pięć cykli, i tylko jego. Ja już wtedy dawno nie będę żył. Przyjdzie do wioski w mojej roli, w todze, naszyjniku i z „magicznym” kosturem. Będzie wracał co jedną zmianę pór roku, aż do podobnego momentu, w którym jesteśmy teraz.

Kobieta chciała mu w pewnym momencie przerwać, nawet odsunęła się od niego na bezpieczną, neutralną dla słownego ataku odległość, ale swoim wyrazem twarzy i uniesieniem ręki nie pozwolił jej na wtrącenie się. Podszedł tylko do niej i objął szczelnie wyschniętymi ramionami. Nie wyrywała się, tylko położyła mu łagodnie głowę na barku.

– Od parunastu cykli wracam do twojego domu, Taiso, zawsze wtedy, kiedy Ira wyrusza pracować pod daleki las. Zanim jeszcze od ciebie wyjdę, już tęsknię, i żałuję, że będę musiał się z tobą zaraz rozstać. Dobrze, że sobie znalazłaś silnego mężczyznę, przynajmniej nie byłaś sama z dzieckiem, a i możesz mieć jeszcze wasze wspólne – powiedział ściszonym głosem, muskając ustami jej opadające na ramiona włosy. – Przychodzę tu zawsze najpierw, przed spotkaniem ze Starszym wioski. – Ścisnął ją mocniej ramionami. – Będziecie mieli teraz parę cykli spokoju od wizyt kogokolwiek w służbie Lalkarzy. Niech twój Ira o ciebie dba, Taiso.

Jeszcze przez chwilę ją ściskał, a na koniec pocałował w krótkie, szarobrązowe włosy. W jego oczach nie było smutku, ale dziwaczna radość, że to wszystko nareszcie się kończy. Odsunął Taisę od siebie na odległość ramion, jakby odstawiał pusty kubek z powrotem na stół, nachylił głowę w sztywnym geście pożegnania i po prostu wyszedł. Na zewnątrz czekał na niego zniecierpliwiony Sydo i nerwowo bawił się rzecznymi otoczakami.

III.

Mglisty wieczór przyniósł w dolinę chłód z pobliskich gór. Jeszcze przed tym, jak zaczął wdzierać się do każdej z chat, Sydo wraz z Darionem opuścili to miejsce. W chowającym się za wielkim księżycem tuż nad horyzontem słońcu, widać było dwie postacie na tle doliny, przypominającej głęboką wyrwę w ziemi, między wysokimi wzniesieniami, z których schodziła ku pastwiskom i ogromnym lasom wilgotna mgła. Starzy mieszkańcy twierdzili, że schodzą w niej również umarli, przemieszczając się pod jej osłoną, by obserwować i dręczyć niepokornych żywych.

Dolina była otoczona z trzech stron górami. Od północy wypiętrzenia były mniejsze, biegła tam również wąska kamienna droga – tylko nią można było wyjść z doliny. Przekazywana ustnie legenda mówiła, że wzniesienia otaczające to miejsce noszą nazwę Kar. Wiele tysięcy lat przed powstaniem osady, żył w tym miejscu olbrzym, a teren na przestrzeni tysięcy kilometrów kwadratowych był zupełnie płaski. Jedni twierdzą, że olbrzym był bezimienny, inni nie mogą wymienić jego imienia, ponieważ jest tak długie. Nie wiadomo, skąd przybył i kto go stworzył. Był odwieczny i miał wiele milionów cykli. Minęło ich tyle, że sam nie mógł zliczyć, jak długo już żyje i co najważniejsze, kiedy nadejdzie kres jego istnienia. W końcu zaczęło mu się wydawać, że jest nieśmiertelny. Pogrążony w swojej samotności, rozważał coraz to nowe aspekty swojego nieskończonego życia. Bezczynność i ułuda nieśmiertelności zwiodły go tak bardzo. Przestał liczyć mijający czas, pewny istnienia poza nim. Żył sam w bezdennej teraźniejszości kolejne setki lat, aż pewnej zimy utracił nagle wszystkie siły. Zrozumiał, że nie jest już nieśmiertelny, a jego życie brutalnie dobiega końca. Rozpacz olbrzyma była tak wielka, że przemieniła się w szaleństwo. Znienawidził siebie za utracony na ślepych rozważaniach czas, znienawidził cały świat, którego nie zrozumiał, mimo że tysiące lat spędził na rozmyślaniu o nim. Tuż przed śmiercią, ostatkiem sił uniósł się na swoich wielkich nogach i w szale zaczął odgryzać sobie palce u rąk i nóg. Ciskał je na wszystkie strony, a każdy z nich był tak ciężki, że kiedy upadał, wbijał się w kamienną ziemię na wiele kilometrów, rozbijając przy tym tysiące skał. Olbrzym nie zdołał wyrwać sobie jednak ich wszystkich. Jeden został i tak powstał wąski przesmyk, którym można dzisiaj wydostać się z doliny. Tuż po tym, kiedy serce olbrzyma znieruchomiało, wbite w ziemię palce skamieniały, tworząc góry Kar, a jego spoczywające między nimi ciało pokryło się bujną roślinnością, podczas gdy wszystko dookoła spowił śnieg. Tam, gdzie upadła głowa olbrzyma wznosi się teraz ponoć najwyższy szczyt Ahr-Kar, którego wieczna zieleń ostrzega wszystkich, że olbrzym kiedyś znów powróci, by wreszcie zrozumieć czym jest ów Czas.

Coraz mniej widoczne w zapadającym zmroku dwie postacie, opuszczały to dziwne miejsce, gdzie urodził się Sydo. Przesmyk prowadził ich w górę, wraz z każdym metrem zmieniało się również powietrze. Było teraz mdłe, wilgotne i nienaturalnie ciepłe. Sydo szedł posłusznie za swoim przewodnikiem. Wydawało się, że na jego twarzy pojawiał się chwilami grymas uśmiechu, albo zakamuflowanej złości. Darion maszerował przodem, kręcąc głową na wszystkie strony i szukając miejsca na nocleg. Wąski trakt stopniowo zmienił się w dość szeroką, kamienną drogę. Po obu stronach znajdowały się usypiska skał i liczne wnęki w zboczach. Starzec wybrał jedno z nich.

– Tu przeczekamy noc. – Sydo usłyszał z daleka jego głos.

Wieczór również wydawał się chłopcu osobliwie ciepły, mimo że znajdowali się już kilkaset metrów nad poziomem wioski. Miejsce do spania przygotowali sobie w jednym ze skalnych zagłębień. Było dość ciasne, wilgotne i w ogóle niezbyt wygodne, byli jednak tak zmęczeni, że momentalnie zasnęli.

Chłopiec obudził się pierwszy. Wydawało mu się, że jeszcze śni, a w tych snach widzi istotę zrobioną z samego ognia, lecz przenikliwy chłód poranka szybko wyprowadził go z sennego amoku. Słońce było jakieś dwie godziny nad wschodnim horyzontem tuż obok wielkiego, zielono-brunatnego księżyca. Ze skalnych półek skapywały powoli wąskie strugi ciemnobrunatnego, rozwodnionego błota. Przez chwilę popatrzył na przedziwną twarz Dariona. Starzec wyglądał tak, jakby jego usta dawno już nie miały w sobie jakiejkolwiek krwi, a policzki żadnego ciepła. Darion spał, ale jego twarzą poruszały nerwowe grymasy. Sydo, przestraszony nagłymi spazmami swojego nowego opiekuna, pomyślał, że oto nadarza się znakomita okazja do zdezerterowania z tej wątpliwie ciekawej przygody, jaką zgotowali mu dorośli. Zabrał więc szybko swój mały pakunek, w którym matka schowała na drogę trochę pieczonego mięsa, i nie oglądając się na śpiącego starca, wyszedł spod skalnego stropu.

Światło słońca nie było zbyt mocne. Stał teraz na szerokim, kamienistym trakcie. Przed nim znajdowało się rumowisko starych bloków skalnych, a jeszcze dalej, kilkusetmetrowa, zamglona niskimi cumulonimbusami przepaść. Nie patrzył w stronę, skąd przyszli wczoraj. Tamto życie przestało dla niego istnieć. Nie miał gdzie uciec, ani gdzie wrócić. Bardziej interesowała go stromo wijąca się kamienista ścieżka, którą podążał Darion – teraz jedyna racjonalna alternatywa w jego życiu. Na horyzoncie nie widział żadnego zakrętu drogi. Trakt wspinał się stromo ku zielonkawym, bezśnieżnym szczytom. To wszystko było tak dziwne i jednocześnie podniecające dla chłopca, który dopiero zaczyna czuć się mężczyzną, że zapatrzony na ten fantastyczny świat Sydo nie zwrócił uwagi, że ktoś wyjątkowo cicho jak na swój wiek, zakradł się tuż za jego plecy.

– Widzę, że jednak nie całkiem przemyślałeś swoją ucieczkę, skoro stoisz tu jeszcze i patrzysz na cel naszej podróży? – powiedział Darion tubalnym głosem. Zbliżył się do Syda na odległość łokcia i położył mu ciężkie dłonie na ramionach.

Chłopiec momentalnie zrobił się sztywny ze strachu i opuścił trzymany w ręce tobołek.

– Teraz pewnie sobie myślisz „jaki ten staruch sprytny”, albo „szkoda, że go nie zabiłem, kiedy spał”. Wiem, że nie możesz odpowiedzieć. Odwróć się! – rozkazał Darion.

Po dłuższej chwili i bardzo powoli, chłopiec wykonał polecenie. Nie patrzył na starca, tylko gapił się na kamieniste podłoże ścieżki. Czuł się winny, złapany na gorącym uczynku i wyczekiwał na karę – tak był wytresowany.

Darion skorzystał z tego, że Sydo nie ma odwagi na niego spojrzeć i zdjął z szyi niewielki przedmiot zawieszony na rzemiennym pasku.

– Jeśli spodziewasz się bogatej ceremonii inicjacyjnej, to się mylisz. Odkąd zostałeś mi oddany pod opiekę, wybór tego momentu należy wyłącznie do mnie. A teraz przestań się wreszcie gapić na swoje buty i popatrz na mnie.

Sydo nieśmiało spojrzał na Dariona, a ten szybkim i niezwykle sprawnym jak na starca ruchem, włożył mu na szyję medalion.

– Dziecko z doliny, Sydo, już nie istnieje. Nazywasz się Ferun i pod takim imieniem umrzesz, no chyba że coś strzeli ci do głowy i je zmienisz – powiedział do chłopca cichym, ale wesołym tonem. – Powiedz je na głos! – dodał nagłym, rodzącym się gdzieś w głębi wątłego ciała, szaleńczym krzykiem, a echo jego głosu rozniosło się wokół i niezliczoną ilość razy odbiło od okolicznych szczytów.

– Ferun! – odpowiedział bez zastanowienia chłopiec i chwycił się dłońmi za usta. Był jednocześnie przerażony, zdziwiony i szczęśliwy.

Twarz Dariona na moment rozjaśniła się szerokim uśmiechem i wyraźnie odmłodniała do tego stopnia, że przypominała kilkuletnie dziecko, by po chwili znowu sposępnieć.

IV.

Siedzieli naprzeciwko siebie na dwóch twardych pryczach. Darion udawał, że czegoś szuka w swojej przepastnej torbie, a nieco zdenerwowany Ferun wnikliwie obserwował każdy jego ruch. Widać było, że starzec nie ma ochoty na rozmowę, a pytań w głowie chłopca były całe miriady. W końcu Ferun nie wytrzymał i postanowił nieco pozaczepiać Dariona.

– A co się stanie, kiedy go przepadkiem zgubię? – zapytał z wyraźnie udawanym przestrachem w oczach.

– To niemożliwe. Taki przypadek się nie zdarzy – odpowiedział pewnie Darion, obrzucając chłopca niezbyt łaskawym spojrzeniem.

– Dlaczego?

– Ciągle pytasz o wszystko.

– Jestem tylko ciekawy.

– Niekontrolowana ciekawość prowadzi niekiedy w ślepy zaułek.

– Długo milczałem, chcę po prostu wiedzieć.

– A więc teraz, skoro już umiesz wydawać dźwięki, musisz nauczyć się, że czasem powinieneś trochę pomilczeć.

 – Chętnie pomilczę, jeśli mi powiesz, czemu to niemożliwe, żebym zgubił Przekaźnik? – Ferun nie ustępował.

– Uparty jesteś. Może ta cecha kiedyś ci się przyda, ale nie w kontakcie ze mną – odrzekł spokojnie Darion, wyjmując z torby pustą rękę. – Jeśli masz mnie męczyć o to całą noc, to ci powiem – dodał z przekąsem. – Dlatego jest niemożliwe, żebyś zgubił Przekaźnik, ponieważ on ci na to nie pozwoli. Są tylko trzy przypadki, w których możecie się rozdzielić. Pierwszy to ten, kiedy samodzielnie, a więc na mocy decyzji własnej woli odrzucasz go – chcesz się uwolnić. W praktyce to niemożliwe (musiałbyś posiadać siłę Lalkarza, żeby tego dokonać), zresztą wkrótce sam się o tym przekonasz. Przekaźnik (Ahr-Kar) wybierze dla ciebie odpowiednią ścieżkę i na zawsze złączy ze sobą twoje jestestwo, aż do nadejścia Okresu Następcy.

Druga możliwość jest równie nieprawdopodobna, co i pierwsza. Wasze rozdzielenie musiałoby nastąpić na mocy decyzji Przekaźnika, co również ściśle łączy się z twoim zachowaniem. Gdybyś jakimś niewyobrażalnym sposobem doprowadził do zerwania waszej relacji, lub na przykład uszkodzenia amuletu, który nosisz cały czas na szyi, istnieje prawdopodobieństwo, że on sam, żeby ocalić chociaż część siebie, niejako awaryjnie, zerwałby wszelką relację z tobą. Nigdy taka sytuacja nie miała miejsca, ale wierz mi, jej konsekwencje (oczywiście nie mówię tu wyłącznie o tobie i tym świecie), byłyby straszliwe i nieodwracalne.

I wreszcie trzecia możliwość rozdzielenia, która jest nieunikniona i wiąże się z cykliczną podróżą Lalkarzy. Przekaźnik został ci oddany chwilowo, chociaż czas tej chwili wydaje się podobny wieczności. Jesteś teraz Strażnikiem Ich bezkresnego ogrodu, doglądasz tylko jednej planetarnej jego części, a jest ich niezliczona ilość ponad niebem, na które z taką ciekawością spoglądamy, chcąc widzieć w nim bogów. Kiedy wrócą, oddasz im Przekaźnik i umrzesz. A teraz idź spać.

Po tym przydługim wykładzie Dariona zapadła niewygodna cisza. Po chwili odezwał się jednak Ferun, a jego głośny, tubalny głos szesnastolatka odbił się złośliwym echem od kamiennych ścian podziemnego pokoju, w którym nocowali:

– To niesprawiedliwe!

Darion parę razy chrząknął, coś zamruczał, po czym wyraźnie zniecierpliwiony zapytał skwaszonym tonem:

– Co jest znowu niesprawiedliwe?

– To, że muszę umrzeć, kiedy go oddam, i to, że w ogóle muszę go oddać!

– A czy jest sprawiedliwe, że będziesz żył dłużej, niż ci wszyscy, którzy mieszkają na tej planecie?

Na to Ferun nie znalazł żadnej błyskotliwej odpowiedzi, mimo to Darion zareagował na jego nagłe zamilknięcie, obawiając się, że oto właśnie kiełkuje w myślach Feruna jakiś chytry i niebezpieczny plan:

– Niech ci lepiej nie przychodzą do głowy żadne głupoty. Nie możesz się go pozbyć i musisz go oddać! – odparł zdecydowanie.

Ferun wciąż się nie odzywał. Czuć było, że o czymś intensywnie rozmyśla. W końcu zdawkowo i z wyraźnym przymusem odpowiedział:

– Rozumiem i dziękuję, nauczycielu.

Tym razem Darion nabrał nieoczekiwanej ochoty to rozmowy, wyczuwając, że chłopak czegoś mu nie chce powiedzieć. Ściemnił mętne światło padające ze szczytu swojego kostura i położył się na pryczy. Nie przestał jednak mówić. W mroku łatwiej było zadawać niektóre pytania.

– Nie jestem twoim nauczycielem. Lepiej powiedz mi, co cię dręczy – wyszeptał łagodnie.

– Nic mnie nie dręczy – odrzekł Ferun. – Zastanawiam się tylko, czy można ukryć jeden świat w drugim, i to tak, żeby nie miały one o sobie pojęcia, a jednak tylko jeden z nich bez drugiego nie mógł funkcjonować?

Darion nie odpowiedział od razu, jakby to pytanie całkowicie go zaskoczyło.

– Można? – ponaglił go Ferun.

– Jeden z nich ma być uzależniony od drugiego, a jeden zupełnie autonomiczny? – dopytał Starzec.

– Tak.

– Sądzę, że tylko Lalkarze to potrafią.

Teraz z kolei Ferun zaczął intensywnie myśleć i coś mamrotać pod nosem. Odezwał się dopiero po dobrej chwili, kiedy Darion zaczął już zasypiać:

– A dzieci Lalkarzy?

Gdzieś w ciemności rozległ się szelest gwałtownego przekręcania się na posłaniu. Darion obrócił się w kierunku niewidocznego Feruna, jakby doskonale go widział.

– Nie spotkałem jeszcze dziecka Lalkarzy, które by to umiało – rzucił w ciemność.

– A więc potwierdzasz, że Lalkarze mogą mieć dzieci?

– Niczego nie potwierdzam, ani niczemu nie zaprzeczam. Możesz już zacząć spać, czy będziemy tak gadać do rana?

– Przepraszam, nauczycielu. Postaram się zasnąć.

Darion po raz kolejny został zmuszony do głośnego westchnięcia.

– Nie jestem nauczycielem! Tylko się tobą opiekuję do czasu, kiedy Przekaźnik uzyska pełną kontrolę. On będzie twoim prawdziwym i jedynym nauczycielem, odpowie też na każde pytanie.

– Niech ci będzie, mistrzu. Póki co ten Ahr-Kar jest dla mnie jedynie ciężkim wisiorem na szyi. Poza tym nie interesują mnie odpowiedzi bez konkretnych rozwiązań problemów – odparł zaczepnie Ferun.

– Śpij w końcu! Wstajemy wraz ze świtem zwiedzać dolinę po drugiej stronie góry – odpowiedział zmęczonym głosem Darion, chwytając swoją laskę, i gasząc całkiem wydostające się z jej czubka światło. Później, już w całkowitej ciemności, słychać było tylko przekręcanie się jego ciała na posłaniu i ciężki, świszczący oddech.

V.

– Mówiłeś mi parę lat temu, że nie będzie żadnych obrzędów inicjacyjnych. – odburknął Ferun niezadowolonym głosem.

Gdzieś z końca ogromnej hali rozświetlonej setkami niewielkich świateł odpowiedział mu znajomy głos:

– Będzie tak, jak mówiłem. Ciągle za szybko wyciągasz wnioski.

Zanim jeszcze do końca nie wybrzmiały ostatnie słowa, Darion wynurzył się z nieoświetlonego kąta sali jak duch z półcienia obcego świata, i stanął obok Feruna. Niedaleko przed nimi coś trzasnęło, a z błyszczącej posadzki wysunęła się niewielka kolumna z umieszczonym na cokole granatowym sześcianem. Wraz z nią wyjechały w górę, także na podobnych wspornikach, figury potwornie brzydkich istot, otaczając ją z czterech stron. Stworzenia te przypominały skrzyżowanie utopca i chimery z gargulcem, miały też podobny kolor, co strzeżony przez nie sześcian.

– Weź go! – powiedział zduszonym tonem Darion.

– Najpierw wytłumacz mi, o co tu chodzi? – zaprotestował Ferun i odsunął się o parę kroków od sześcianu.

– Zdejmij go z kolumny. Nie upieraj się, nie mam już siły się z tobą kłócić.

– Będziesz musiał. Jestem uparty jak mój ojciec.

– Jak twój ojciec… – wymówił prawie szeptem Darion. Usiadł ciężko na kamiennej posadzce komnaty i położył swoją laskę na kolanach. Przez chwilę milczał, podpierając głowę ręką, jakby chciało mu się bardzo spać.

– Jak twój ojciec… – powtórzył, spoglądając przenikliwie na Feruna. – Jesteś już dorosły i wciąż bardzo młody. Długo podróżujesz ze mną, odkąd zabrałem cię od matki. Przebyliśmy razem prawie wszystkie osady na tej planecie, co równa się wielu obwodom jej równika, dzięki możliwościom tego urządzenia, które kiedyś wydawało ci się „magiczne” – tu wskazał swoją laskę. – Przekazałem ci prawie całą moją wiedzę począwszy od elementów przetrwania w niebezpiecznych środowiskach, a skończywszy na budowie układu dwóch księżyców, w którym się znajdujemy. Masz zatem w głowie wszelkie dostępne środki, by w końcu się domyślić, że w tej komnacie musi skończyć się nasza podróż. Weź sześcian i przekręć jego górną część. Usłyszysz go wtedy. Przecież na to czekasz! Chcesz zrozumieć swoje miejsce?

Ferun na chwilę otrzeźwiał z wcześniejszej złości i obejrzał się w stronę pobłyskującego granatowymi refleksami przedmiotu, o którym mówił Darion. Jego uwagę bardziej jednak przykuły cztery strzegące go figury.

– Nie znam tych zwierząt – powiedział, zbliżając się na odległość dłoni do jednego z nich.

– To nie zwierzęta, tylko modularne, syntetyczne istoty, zrobione w celu ochrony tego, co nosisz na szyi. Jeśli kiedykolwiek Przekaźnik znajdzie się w stanie tak dużego zagrożenia, że mogłoby ono skończyć się jego zniszczeniem, pomogą mu przetransportować się w któreś z tak zwanych „awaryjnych miejsc przetrwania”.

– A więc mnie zabiją i zabiorą Ahr-Kar?

– Nie, one nie są zaprojektowane do zabijania, tylko do ucieczki.

– Syntetyczne istoty… – Ferun zawiesił z zastanowieniem głos.

– Syntetyczne, czyli powołane do życia nie na drodze biologicznego rozmnażania. O tym jeszcze nie rozmawialiśmy. Życie może powstawać na wiele sposobów. Naturalnie, jak my, zwierzęta, lasy, lub w laboratorium, czyli takim warsztacie, gdzie z wcześniej zrobionych elementów składa się projekt organizmu, ożywionej energetycznym ruchem lalki – robota, lub cokolwiek innego, co raz włączone, będzie istniało niezależnie od swojego Poruszyciela. Dość już pytań, pospiesz się. Jestem bardzo słaby. – Głos Dariona chwilami zamierał, rzęził, albo przerywał go atak suchego kaszlu.

Ferun w końcu odważył się sięgnąć po tajemniczy sześcian. Ostrożnie chwycił go obiema dłońmi, i mocno napinając ramiona, spróbował podnieść. Zdziwił się, że tak łatwo oderwał kwadratowy przedmiot od cokołu kolumny. Sześcian był niesamowicie lekki, zimny i twardy, nigdzie jednak nie było na nim widać żadnego łączenia.

– Chwyć jedną ręką podstawę, a drugą spróbuj przekręcić górę klucza o pełny obrót. – wydyszał Darion i położył się na posadzce komnaty.

Ferun wykonał dokładnie polecenie. Faktycznie, już po lekkim nacisku w sześcianie coś zadrżało, a mniej więcej w połowie ujawniła się na jego powierzchni świetlista linia i stopniowo rozszerzyła siatką kanciastych połączeń na całą górną część przedmiotu. Dalszy nacisk dłoni Feruna spowodował kolejne drgnięcie oraz swobodny i już całkiem samodzielny obrót górnej połowy sześcianu, zgodnie z oczekiwaniem Dariona. Po wykonaniu tej czynności, świetliste linie na powierzchni klucza zgasły, znikł również ślad po jakimkolwiek podziale na części całego klucza.

– Dobrze. Teraz odstaw go na miejsce. Szybciej, chcę ci jeszcze coś powiedzieć! – niecierpliwił się Darion.

Ferun nie rozumiał do końca, o co chodzi z tym pośpiechem. Przeczuwał gdzieś w głębi swojego rozdętego myślami umysłu, że nie powinien wchodzić do tego miejsca, że powinien jak najszybciej zabrać stąd nauczyciela. Czuł, że otacza go obca moc. Nie umiał zdefiniować czy jest groźna, czy może tylko obojętna, na pewno nie była dobra.

Po odłożeniu sześcianu na miejsce, kolumna również lekko zadrżała, poza tym nic się więcej nie stało, podszedł więc do Dariona i uklęknął przy jego boku. Starzec był słaby i siny na twarzy. Przewracał tylko co jakiś czas oczami, ale wydawało się, że patrzy w sufit i zupełnie nie dostrzega otoczenia. W rzeczywistości widział tylko bezkształtną ciemność. Dopiero, kiedy Ferun wziął go za rękę, rozpoznał, że ktoś jest obok niego. Ostatkiem sił otworzył usta i wyrzucił z siebie zdanie, które latami planował wypowiedzieć:

– Jest jeszcze coś. Planuję ci to powiedzieć od wielu lat. Jestem… – głos Dariona zatrzymał się gdzieś daleko. Reszta słów przypominała już tylko świst nieuformowanego w dźwięki powietrza. Starzec leżał nieruchomo z otwartymi oczami, jedną ręką ściskając kurczowo swoją laskę, a drugą, zbielałą od braku krwi dłoń Feruna. Na kolorowym ekranie kostura pojawił się dziwny napis: „rekonfiguracja czynności dla nowego depozytariusza”, po chwili znikł, a w jego miejsce pojawiła się gładka, czerwona poświata.

– …twoim ojcem – dokończył czyjś obcy i energiczny głos. – Nie domyśliłeś się? Ciągle brakowało mu odwagi, ciągle szukał wymówek, żeby odwlec w czasie powiedzenie ci prawdy, aż wreszcie w kluczowym momencie nie zdążył.

Zszokowany Ferun, wciąż nie wstając z klęczek obok ciała Dariona, obrócił się w stronę, skąd dobiegał głos. Na cokole, gdzie wcześniej spoczywał sześcian, migotała teraz świetlistym blaskiem humanoidalna postać bez twarzy.

– Nie jesteś już tym prostym, kalekim chłopcem z doliny. – Postać mówiła dalej i płynnie gestykulowała. – Jesteś teraz tym, kim był twój ojciec, który leży za tobą. Jego dar, znój, rola, obowiązek, poświęcenie, heroizm, jak wolisz nazywać to, co go spotkało, są teraz twoje. Przekręcając sześcian-klucz, zakończyłeś definitywnie resztki jego połączenia z Przekaźnikiem, co spowodowało oczywiście szybką i bezbolesną śmierć. Rozpocząłeś też nowy rozdział w historii tej planety. Weź twój kostur. Wydaje mi się, że zaktualizowana konfiguracja już się przesłała.

Ferun, ciągle nie mogąc się pozbierać z klęczek, wymamrotał cicho pod nosem:

– A więc zabiłem mojego ojca?

– Nie przesadzaj z powagą swojej roli w jego śmierci, chociaż z drugiej strony, syn musi w końcu zabić ojca, żeby mógł być samodzielny i niezależny od jego wpływu. On chciał umrzeć. Tak długie życie męczy, sam się o tym przekonasz. A swoją drogą, to zadziwiająco spokojnie przyjąłeś wiadomość o tym, że cię spłodził, zważywszy na obecną w tobie zapalczywość. Całą resztę potrzebnych informacji przekaże ci medalion. Do zobaczenia, Ferunie z doliny Ahr-Kar, Pierwszy Nosicielu.

– Nie odchodź. Nie zostawiaj mnie! Nie jestem pierwszy! – wykrzyknął, gdy udało mu się nareszcie wstać. W komnacie nie było już nikogo poza nim, ciałem Dariona i nieruchomymi figurami dziwnych stworów.

Wtedy to po raz pierwszy odczuł ten niemożliwy do uniesienia ciężar na szyi, podniecenie i jednoczesną nienawiść do przedmiotu, który spoczywa mu na piersi. Wszystka krew w jego żyłach zamieniła się w piekący od środka ogień, który wydostał się milionami porów skóry na zewnątrz i zajął całą komnatę. Ogień był tak silny, że płonęły nawet masywne kamienie potwornych figur, a żar obejmował je w posiadanie, jak zbutwiałe żagwie w świeżo rozpalonym ognisku. Ferun krzyczał z bólu, ale wciąż żył, wybuchał kolejnymi jęzorami ognia i nie mógł spłonąć. Widział roztapiające się kości Dariona, bulgoczące płynne kryształy z jego naszyjnika i leżącą obok laskę, cudownie nietkniętą przez niszczycielski żar.

W taki sposób Nosiciel z Doliny Ahr-Kar wykonał swój pierwszy, niewprawny krok na „drodze ognia”.

Zaszufladkowano do kategorii Szewc, który szył buty androidom | Dodaj komentarz

Dom na wodzie

I.

Na wiosnę brzeg jeziora w ogóle się nie zmieniał. Pozostawał tak samo szary i brudny jak w czasie jesiennych ulew. Całe to miejsce, niegdyś zupełnie spalonego lasu, nadal miało zapach trawiącego drewno żaru. Ogień jednak nigdy nie sięgnął kamienistej plaży, ani znajdującej się na jeziorze wyspy. Nikt również nie wiedział, dlaczego i jak ta złowieszcza ostrów powstała. Podobno jezioro było sztuczne, a pod nim znajdował się opuszczony kompleks elektrowni geotermalnej. Z pewnością spoczywała tam jakaś zapomniana tajemnica. Dawno temu, jeszcze przed wojną, przykryła ją woda. Legendy i ludzkie gadanie jednak pozostały. Na brzegu widywano więc utopione gargulce, które ożywały, kiedy tylko zbliżył się do nich człowiek i rozrywały jego ciało na strzępy. Podobno we mgle z wodnych czeluści wynurzały się zwierzęta o dzikich, parujących gorącym dymem, oczach – okoliczni mieszkańcy nazywali je geozjawami, albo wodniakami. Każdy widział to, co chciał zobaczyć, albo to, czego najbardziej się obawiał.

Nikt w okolicy również nie wiedział, kto i kiedy zbudował na tym przeklętym cyplu wielki, piętrowy dom. Powstał on zapewne już po zalaniu elektrowni. Miał być czymś w rodzaju strażnicy, zwykłej przykrywki dla służb specjalnych, żeby agenci mogli pilnować okolicy i dostępu do dna zbiornika wodnego. Teraz, po wojnie, nikt już nie pamiętał o tej pierwotnej roli domu.

Do jeziora prowadziła tylko jedna droga. Resztę terenu zabezpieczono dookoła wysokim na ponad trzy metry ogrodzeniem z przerdzewiałym, ostrzowym drutem na szczycie. Wyspa znajdowała się dokładnie na środku tafli wody, a żeby się do niej dostać, trzeba było przepłynąć około pięćset metrów od nadbrzeżnej przystani. Gości eskortował zwykle wysoki i szczupły mężczyzna, który mówił o sobie, że jest służącym pana w domu na wodzie. Najczęściej czekał przy bramie ogrodzenia i szarmanckim ukłonem zapraszał kolejne petentki. Na początku lata i przy końcu jesieni pojawiało się najwięcej chętnych.

Trudno powiedzieć, co właśnie w tym okresie pędziło ludzi do domu na wodzie jak mięsne bydło na wypas. Zawsze były to matki z dziećmi w wieku od około trzech do mniej więcej piętnastu lat. Męska część społeczności praktycznie została wybita, a ci, co zostali, najzwyczajniej w świecie tchórzyli przed ostateczną decyzją, co zrobić z kalekim dzieckiem. A właśnie, najważniejsze jest to, że zawsze były to kalekie dzieci. Najczęściej nie miały nóg, chociaż zdarzały się też przypadki z brakującymi fragmentami twarzy, ubytkami w czaszce, parestezjami, niedowładami wielokończynowymi, atakami padaczki, amputacjami rąk, czy też rozległymi martwicami po oparzeniach. Niektóre wyglądały jak pełzające worki zrobione z ludzkiego ciała, otwierające machinalnie usta i straszące matki swoimi prośbami. Tak przynajmniej mówiono w okolicy. Opisywane w ludowych opowieściach zjawy, topielce i mary, stały się więc w jakimś sensie komplementarne z ułomnymi gośćmi odwiedzającymi przybytek na wyspie.

Co ciekawe, ten wysyp kalek nastąpił oczywiście po wojnie, ale nie za sprawą wzrostu promieniowania, czy też działania katalizowanych przez broń chemiczną enzymów, lecz powszechnego wykorzystania min przeciwpiechotnych. Nowatorska taktyka stosowana przez tak zwanych „wrogów”, polegała na skonstruowaniu min o stosunkowo niewielkiej sile rażenia – nazywano je podrzutkami. Były opakowywane w zabawki, najczęściej lalki, a niekiedy nawet mieszczące się w dłoni resoraki. Posiadały kamuflaż, sensory ruchu, ciepła, moduł GPS oraz zaawansowany system oceny biologicznego stanu ofiary. Wróg wyposażył je także we własne zasilanie bazujące na ogniwach fotowoltaicznych i mechanizm poruszania się.

Po przełamaniu obrony Państw Osi Północnej przez Zgrupowanie Pacyficzne, ostateczny, miażdżący atak na Rygę nie nastąpił. Skrycie wypuszczono tylko dziesiątki tysięcy min-robotów, które wyszukiwały najmłodsze ludzkie osobniki i uszkadzały je – takie było zadanie – zniszczyć przeciwnika poprzez destrukcję najmłodszej części społeczności. Nie chodziło jednak o samo zabijanie, ale obciążenie ludzi opieką nad kalekami. Po wybiciu dorosłych mężczyzn i zachowaniu populacji kobiet wraz z ocalałymi, niesprawnymi dziećmi, można było w końcu takie dzieci wyeliminować, a kobiety wykorzystać do odtworzenia strat we własnej społeczności. Wyglądało to na swoistego rodzaju, zaplanowaną społeczną tresurę. Ktoś mógłby powiedzieć, że takie dzieci można było po prostu wyłapać i zamordować. Byłby to poważny, nazistowski błąd. Otwarte ludobójstwo wywołałoby nienawiść i gniew. Chodziło wszelako o to, by na masową skalę dać matkom narzędzie łamiące ich ducha stopniowo. Opieka nad niepełnosprawnym dzieckiem, bez żadnej „normalnej” przyszłości dla niego, w większości przypadków demoluje uczucia kobiety. Taka nadwątlona jednostka łatwiej przyjmie budzące nadzieję, odgórnie dane rozwiązanie (eliminacja pośrednia kalekiego dziecka na przykład poprzez leczenie w ośrodku zamkniętym Pułkownika z zastrzeżeniem, że może nie przeżyć terapii), a gdy do tego dołączymy implantację tego rozwiązania na masową, społeczną skalę, to efekt wydajnego sprawowania kontroli nad „rządem dusz” jest gwarantowany. Trzeba było tylko znaleźć i wyszkolić wielu takich maniakalnych „Pułkowników”.

Plan się jednak nie udał i Państwa Osi Północnej zdołały wyprowadzić kontratak, i to za pomocą broni atomowej. To niemądre posunięcie ostatecznie zniszczyło świat, domniemany przeciwnik uległ anihilacji, jednakże cena była zbyt wysoka. Niemal połowa planety, wliczając w to najbardziej uprzemysłowione i rozwinięte rejony Eurazji, pogrążyła się w chmurach promieniotwórczych gazów i chemicznie stymulowanych pożarach. Minęło jednak zaledwie dziesięć lat, a na zgliszczach niegdysiejszej, wspaniałej i skłonnej do konfrontacji zbrojnych cywilizacji, ludzie odbudowali niektóre miasta, teraz już tylko jako niewielkie osady, i rozpoczęli nowe życie.

Obecnie jest rok 2030. Tak naprawdę do dzisiaj nie wiadomo, kto był wrogiem. Jest całkiem prawdopodobne, że konflikt został sfabrykowany od wewnątrz, aby w sposób radykalny odnowić populację za pomocą, najpierw jej wyniszczenia, a następnie płciowej selekcji, żeby z ocalałych paru milionów jednostek, odtworzyć już w pełni kontrolowane społeczeństwo. Miałoby to sens, ponieważ wróg w podejrzanie zaplanowany sposób nie chciał używać broni masowego rażenia, jakby usilnie próbował zachować w jak najlepszym stanie środowisko planety. Wojna była prowadzona konwencjonalnie, chociaż na masową skalę. Dlaczego jednak bomby atomowe zostały użyte? Być może przez zwykłe niedopatrzenie, ponieważ ci, którzy zaplanowali konflikt, nie zadbali wystarczająco dokładnie, żeby dowództwo poszczególnych jednostek nuklearnych miało świadomość całego planu. A może ktoś po prostu zobaczył szansę rozpętania piekła i wyłamał się? Szaleńców nie brakuje, zwłaszcza w sztucznie stymulowanej i podsycanej wojnie.

Teraz ocalałe kobiety z nielicznymi mężczyznami u boku, musiały zmierzyć się z bieżącymi problemami, a zwłaszcza z brakiem pożywienia i ogromną ilością kalekich dzieci. Nie były to już problemy moralne, a wyrozumowane decyzje praktyczne. W nowym społeczeństwie ożył więc matriarchat i animizm. Duchy wróciły na ziemię, kiedy Internet przestał nadawać. Wypełniły każdą rzecz i co gorsza niektóre osoby – kuglarze zaczęli nazywać się mędrcami. W większości byli to szarlatani i eksżołnierze, wariaci, zboczeńcy i dorobkiewicze. W każdej sytuacji można się przecież wzbogacić. Matki zaufały co poniektórym. Było to zaufanie czyste, pełne nadziei i przerażająco naiwne. Nie ma sensu analizować, czemu tak się dzieje, i czy rzeczywiście przyrost inteligencji człowieka zależy od rozwoju doświadczenia. Powiedzmy jedynie tyle, że niczego się nie nauczyliśmy, a więc nie ma dla nas gatunkowej wyrozumiałości w ostatecznym rozrachunku, we wszechświecie.

W przedwojennej literaturze science fiction rodzaj ludzki dumnie planował podbój innych układów i ksenocyd obcych, w rzeczywistości udało się nam jedynie zniszczyć Ziemię i dokonać genocydu na własnym gatunku. Co w tej opowieści jest prawdą, a co konfabulacją podupadającego, zniszczonego wojenną pożogą, społeczeństwa, które cofnęło się do epoki feudalnej, wiedział jednak tylko właściciel domu na wodzie, Pułkownik.

II.

Czasy od paru lat były spokojne. Szabrownicy zniknęli, przestały się też pojawiać wygłodzone, dzikie zwierzęta, i to nie te zmutowane po wojnie atomowej (takie akurat nigdy nie istniały), ale głównie egzotyczne drapieżniki, którym udało się zbiec ze zrujnowanych ogrodów zoologicznych i objazdowych cyrków. Pozostałości wojennego bałaganu stopniowo ulegały naturalnemu zagospodarowaniu. Nawet chorujący z powodu napromieniowania ludzie gdzieś nagle znikli. Chodziły słuchy, że wynieśli się na północ, w okolice koła polarnego, gdzie założyli własne państwo i teraz planują nowy konflikt, żeby wykończyć resztę zdrowych niedobitków. Pułkownik jednak twierdził, że to wierutna bzdura, którą wymyśliła spragniona spisków hołota, a „populacja gamma” (tak określał napromieniowanych), została po prostu „wycięta” ze zdrowej społeczności. Nikt już nie chciał dokładniej tego analizować, ani też ciągle pytać, dlaczego wybuchł „jakiś tam” konflikt. Ludziom wystarczała świadomość, że kiedyś zaistniał i nieodwracalnie zmienił obecną rzeczywistość.

Wszyscy liczyli teraz na ciepłe lato, prawdopodobnie pierwsze z wystarczającymi zbiorami, żeby wyżywić chociaż część zbudowanej nieopodal jeziora osady PL 314. Skupiło się w niej prawie pięć tysięcy osób, głównie kobiet, starców i dzieci. Nie była to więc metropolia, która, jak na owe czasy mogła liczyć nawet dziesięć razy więcej mieszkańców na północy starego kontynentu. Służący Pułkownika wychodził ostatnio codziennie na przystań. Brzeg pozostawał jednak opuszczony, bez jakiegokolwiek ruchu. Jedyna droga do jeziora niestety także.

Nazywał się Jakub i był fanatykiem, a dokładniej, jego fanatyzm zastąpił utraconą pamięć tak samo jak proteza zastępuje urwaną rękę lub nogę. Nie pamiętał swojego nazwiska. Nie znał też swoich rodziców. Uważał, że tak jest lepiej. Ludzie bez pamięci lepiej dbają o codzienne obowiązki.

Nie mam przeszłości, za to posiadam przyszłość – powtarzał.

Nie wiadomo dokładnie jak zaciągnął się do wojskowej służby zdrowia. Jeszcze przed wybuchem wojny, przyuczono go do funkcji sanitariusza. Później, kiedy już pół świata stało w promieniotwórczym ogniu, przypadkiem trafił do szpitala polowego, w którym pełnił służbę Pułkownik. Tam też udało mu się zostać i dodatkowo zaskarbić sobie zaufanie lekarza. Tak przetrwał wojnę, tuż za liniami frontu. Po zakończeniu działań militarnych odszedł z wojska razem z Pułkownikiem, którego już wtedy lubił nazywać swoim panem. Wkrótce okazało się, że Pułkownik jest właścicielem dziwnego domu na wyspie. Jakub dowiedział się również o sekretnej predylekcji Pułkownika do kolekcjonowania dzieci. Oczywiście jako wojskowy lekarz, specjalizujący się w psychozach spowodowanych wojennym cierpieniem i przemocą uważał, że je leczył. Być może był to tylko jemu właściwy sposób pomocy, a raczej, w efekcie leczących zabiegów, skracania życia kalekich dzieci. Być może również nie można tak było oceniać jego lekarskich czynów – gdyby udało mu się zrozumieć istotę ówczesnego wojennego strachu przed kalectwem i wszelkie lęki po utracie dowolnej części ciała, można byłoby wyleczyć znacznie więcej dzieci i dorosłych, a te ofiary, które zwykł palić w piwnicznym piecu, okazałyby się potrzebne.

Z innej jeszcze strony, jak zwykł mawiać Jakub, po wojnie czasy się zmieniły. Również społeczność, emigrując ze zniszczonych miast do cichych enklaw, osad i mieścin bardziej podobnych do dużych siół, niż prawdziwych aglomeracji z XX wieku, wykształciła nowe zasady. Pułkownik wyszedł im tylko naprzeciw. Likwidował, badając to, o czym ludzie chcieli zapomnieć. Był więc mimowolnym przedłużeniem planu, jaki miały władze, prowokując tamtą wojnę. Oczyszczał społeczność z kalek, filtrował rasę człowieka jak najzacieklejszy nazista i był przekonany (przynajmniej do pewnego momentu), że to, co robi, jest właściwe. Nieważne przy tym były jakiekolwiek sentymenty, empatia oraz humanizm. Matki również chciały zapomnieć.

Jakub wciąż myślał jak to się działo, że po wielkiej społecznej tragedii na przykład totalnej wojnie, poczucie piękna staje się z czasem jeszcze bardziej wysublimowane, a im jest silniejsze w swojej egzaltacji, tym mniej znaleźć można w nim prawdziwych emocji, miłości, zrozumienia i tym podobnych abstrakcyjnych uczuć wyższych, podobno tak charakterystycznych dla ludzi sprzed wojny.

Dzieci muszą mieć zabawki, ludzie muszą mieć lalki. Zabawa jest wtedy śmieszniejsza, a co jest śmieszne, jest również ładne.

Zamyślony sługa od kwadransa stał bez ruchu na przystani. Ciągle starał się wytłumaczyć swojego pana, wymyślić jakąkolwiek mądrą teorię, lecz większość z tych wniosków była słowami Pułkownika, przetworzonymi tylko przez czas i pamięć Jakuba.

Od tygodnia nikt nowy nie pojawił się na przystani.

Musieli w końcu przestać przychodzić, ale już po trzech latach? Może jednak piękno nie zatriumfowało? Może zaczęli się ukrywać i nadchodziła kolejna wojna, tym razem domowa?

Była późna wiosna. W nosie służącego zebrał się gęsty śluz, zupełnie jakby była wilgotna i zimna jesień.

– Poczekam do ósmej – szepnął do siebie i nerwowo zapiął ostatni guzik zniszczonej, skórzanej kurtki.

Zarówno brama w murze okalającym jezioro, jak i ta do ogrodu wokół domu, były zawsze zamknięte ciężkimi, stalowymi tramami przewleczonym przez dwie antaby z miejscami na dodatkowe kłódki. Ogród nie był sprzątany od dawna. Na zarośniętym trawniku pleśniały sterty ptasich odchodów, zgniłe liście, a także prawie nieczytelne i oblepione ziemią fragmenty starych gazet. Pułkownik stał przy bocznym wejściu na parter i obserwował coraz bardziej obniżające się słońce. Był niewysokim mężczyzną o szarych oczach, brązowych, krótko ściętych włosach i prostackiej, kanciastej czaszce. Jego ciało wyglądało jak wyciosane z kawałka zniekształconego drewna. Zwykle przed wieczorem stawał w tym samym miejscu ogrodu i patrzył na znikające światło, jego nagłe odbicia i przygaśnięcia w wodzie. Po paru minutach zamyślenia wracał do swojej pracowni. Jeszcze przez godzinę dla nikogo nie był dostępny, nawet dla Jakuba. Później jadł kolację w przyległej do kuchni jadalni. Nic już nie mówił. Patrzył tylko nieobecnym wzrokiem na ściany.

Tego wieczoru Jakub znów wrócił z przystani sam. Przemknął cicho korytarzem, myśląc, że wymknie się swojemu panu. Pułkownik jednak nie spał. Zaszedł go sprytnie od tyłu i chwycił delikatnie za ramię.

– Nie żyje ostatnie – powiedział. – Żadne z nich nie może znieść strachu, przypomnienia, ekstrapolacji i superwizji tego, co się z nimi stało. Eksperymenty z wyciągiem z bielunia też są wciąż nieudane. Spróbuję jeszcze z esencją z przęśla – ciągnął dalej z podnieceniem w głosie.

Jakub zamarł, ciało mu zesztywniało i niemal przestał oddychać, jakby chociaż to mogło uspokoić zawiedzionego Pułkownika.

– Wytłumaczysz mi to? Znasz jakąś magiczną sztuczkę, którą stosują w tej twojej klasie robotniczej, żeby wszystko było inaczej? – zapytał gniewnie służącego.

Sługa nie wiedział co powiedzieć, gdy te półprzytomne oczy świdrowały w jego twarzy lej pełen nienawiści i lęku. Starał się na poczekaniu cokolwiek wymyślić, lecz z marnym skutkiem. Z biegiem dni i tygodni coraz bardziej uciekał od rozmów z Pułkownikiem. Przed samym sobą bał się jednak przyznać, że nienawidzi swojego pana tak mocno, że przy nadarzającej się okazji mógłby go zabić, albo chociaż nie udzielić pomocy i spokojnie patrzeć jak to ścierwo zdycha.

– Może metoda jest zła? – wykrztusił wreszcie i momentalnie uświadomił sobie, że to najgłupsze, co mógł wymyślić. Pułkownik w mgnieniu oka podniósł masywną rękę z zamiarem uderzenia Jakuba na odlew. Jakimś sposobem się jednak powstrzymał, a po jego skroni spłynęła z wysiłku kropla potu.

– Idź do siebie! – ryknął. – Żaden podobny tobie idiota nie będzie mi mówił jak mam leczyć.

Kiedy Jakub posłusznie zaczął wchodzić po schodach do swojego pokoju, Pułkownik zawołał go jeszcze raz.

– Ej ty, no gdzie, do cholery, idziesz? Trzeba spalić ostatnie zwłoki. Zapomniałeś już, że robimy to zawsze od razu? – wycedził bełkotliwie.

– Wiem! Nie jestem idiotą. Zaraz się tym zajmę – warknął Jakub i pobiegł na piętro do swojego pokoju.

– Jakubie, zaczekaj! – zawołał nagle Pułkownik, ale już bez cienia agresji. – Przepraszam! Nie chciałem cię obrazić, ale naprawdę nie wiem już co zrobić!

– Ja też nie wiem. Jestem tu tylko po to, żeby panu służyć – odpowiedział Jakub. Stał na półpiętrze twarzą zwrócony do ściany i panicznie bał się odwrócić.

– Wątpię, czy tak faktycznie myślisz. – Pułkownik nacisnął butem najniższy stopień drewnianych schodów aż zaskrzypiały deski.

– Ja nie myślę, proszę pana, tylko służę.

– Robisz to doskonale bezmyślnie.

– Tak, jak mnie nauczono.

Pułkownik uśmiechnął się cynicznie, potarł skronie i odrzekł:

– Nie odchodź jeszcze. Chcę poznać twoją opinię w pewnej ważnej kwestii.

– Słucham, proszę pana. – Stojąc wciąż na półpiętrze, Jakub zmusił się w końcu do spojrzenia na Pułkownika. Wciąż jednak starał się nie patrzeć mu bezpośrednio w oczy.

– Czy zastanawiałeś się kiedyś, czym jest naturalny porządek świata?

– Zaraz się zacznie jebany wykład.

– Nie – odpowiedział zaskoczony służący. – Ja po prostu dbam o porządek w domu.

– Tak sądziłem – odpowiedział z przekąsem Pułkownik. – To nie żadna zbrodnia nie umieć o tym myśleć. Nie musisz się wstydzić.

Muszę. Dzięki temu, że się wstydzę, to jeszcze żyję.

– Wyobraź sobie, że dobro i zło wymieniają się w zależności od tego, co w danym momencie jest konieczne – ciągnął dalej Pułkownik. Jego głos był spokojny i pewny siebie. – Natomiast to, co jest konieczne, jest tym, co musimy zrobić, jeśli chcemy przetrwać. – Wszedł parę schodów w kierunku służącego. Miał go na wyciągnięcie ramion.

– Nie rozumiem, panie Pułkowniku. Nie mam pojęcia, o czym pan mówi – wydyszał Jakub, teraz już kompletnie pogubiony w sytuacji.

– Myślę, że rozumiesz, więcej niż wydaje ci się, że ja dostrzegam. – Pułkownik zmrużył nerwowo oczy. – Wyobraź sobie, że bez regularnego sprzątania, powiedzmy, że laboratorium, zawali się cały dom i zostaniemy bezdomnymi. To, o czym mówię, jest w istocie podobne, tylko, że ma znacznie szerszy wymiar.

– A jak długo trzeba nie sprzątać laboratorium, żeby dom się zawalił? – wtrącił nagle z przejęciem służący.

Pułkownik wydął usta i wyraźnie zniecierpliwiony, szybko wypuścił powietrze.

– Do diabła, to tylko hipoteza, taka wymyślona sytuacja, żebyś łatwiej zrozumiał, o co mi chodzi – rzekł podniesionym głosem.

Masz idiotę na wyłączność.

– Ale widzę, że jesteś odporny na przenośnie. Posłuchaj więc. – Pułkownik usiadł ciężko na schodach i oparł nogi o rzeźbione, już nieco zbutwiałe i odrapane z lakieru, tralki.

– Nie mam pojęcia czemu wybuchła ta cholerna wojna. Niektórzy twierdzą, że nie było żadnego zewnętrznego wroga. Być może wszyscy zostaliśmy oszukani, ale już za późno. Nie mam zamiaru więcej się nad tym zastanawiać. Przyjąłem na siebie po wojnie pewną rolę. Nie ma znaczenia, czy był jakiś wróg, czy sami się zaatakowaliśmy. Posiadam na własność jedynie ten obecny moment, ten dom i to życie. Wydaje ci się pewnie, że to mnie nie tłumaczy, że jestem taką papierową marionetką swoich chorych rojeń, efektem zdeprawowania społeczności przez wojnę. Jeśli tak faktycznie sądzisz, spróbuj chociaż na chwilę, zwłaszcza, że bierzesz udział w moich eksperymentach, zostawić na boku ten wytarty, staroświecki rycerski kodeks moralny, zgodnie z którym nie krzywdzi się kobiet i dzieci, a honor uznawany jest za cechę równie ważną, co biegłość rycerza w posługiwaniu się mieczem. – Pułkownik mówił władczo, lecz był w pełni opanowany. Musiał tę przemowę wygłaszać już wiele razy, tylko że ciągle brakowało publiczności. Wreszcie znalazł, służącego. Dobre i to.

– I co się stanie, kiedy zostawię ten, no… kodeks rycerski? – zapytał cicho Jakub.

– Wrócisz na sam początek. Nie chcesz się dowiedzieć jak to wszystko się zaczęło? Nie chcesz być wolny?

– Chcę, nawet bardzo! Jutro rano chciałbym iść do lasu i wrócić o zmroku.

– Cicho bądź, prostaku!

– Tak, proszę pana.

– Nadal nic nie kminisz.

– Staram się, proszę pana.

– Skoro chcesz być taki wolny w tym lesie, pomyśl najpierw, że kiedy się urodziłeś, byłeś tylko kawałkiem poruszającego się mięsa, niepełnosprawnym zwierzęciem, które nie przetrwa nawet doby bez pomocy dorosłego. Nie miałeś też pojęcia o żadnych zasadach. Mogłeś zabijać praktycznie bezkarnie, tylko dlatego, że nie rozumiałeś! – Pułkownik wybałuszał oczy, a jego pomarszczona twarz, co chwilę zmieniała wyraz.

Nie mogłem, przecież nie utrzymałbym noża. Nie umiałem chodzić, ani nawet stać, i nie miałem zębów, żeby chociaż kogoś zagryźć – pomyślał Jakub, Już miał zamiar skarcić się, że przerywa tak ważną mowę naukowcowi, ale nikt mu przecież nie zabraniał mówić do siebie w myślach, a takie komentarze wygłaszane na głos, mogłoby bardzo rozjuszyć Pułkownika.

– Kiedy już trochę podrosłeś, zacząłeś samodzielnie się poruszać, mówić i poznawać otoczenie, przyczepili się do ciebie i zaczęli, jak to nazywają, cię wychowywać. Tak naprawdę byłeś wolny przez drobną chwilę. Później rozpoczął się proces partycjonowania twojej wolności, kawałkowania jej według Ich arbitralnych miar kwalifikacji czynów. Pewnie mówili ci, że tego nie wolno, masz iść tam, gdzie sobie życzą, masz rozumieć w taki sposób, w jaki sobie życzą.

Widocznie mówili za cicho, bo nic nie pamiętam.

– Nie twierdzę, że wszystkie te nakazy i zakazy były niepotrzebne. Część z nich po prostu uczyła cię, jak dać sobie radę w dorosłym, biologicznym życiu, jednak im byłeś starszy, tym bardziej cię ograniczano. Miałeś wierzyć w to, w co Oni wierzą, ale dlaczego? W tym całym procesie jest taki moment zwrotny – nazywam go „momentem kary za własne zdanie”. Uzasadnieniem tej kary czasami jest mówienie o tak zwanym „twoim dobru”. W ogóle z czasem, w używanym w twoim dzieciństwie języku, zaczęło się pojawiać coraz więcej stwierdzeń, że coś jest dobre, a coś złe. Na początku nie rozróżniałeś tych pojęć; byłeś wolny. Później wytyczyli ci ścieżkę twojej wolności i nakazali unikać zła, tak jak ich ktoś kiedyś tego nauczył.

Słabo im to wyszło, bo skończyłem w wojsku, służąc akurat podczas totalnej wojny.

– Nie wzięli jedynie pod uwagę tego, że dobro i zło, szczególnie w wymiarze masowym i politycznym, powinno być rozpatrywane i definiowane zawsze z perspektywy więcej niż jednego stulecia, ponieważ, czy tego chcemy, czy nie, wartości ewoluują. Skąd to się wzięło Jakubie? Na jakiej zasadzie uznali, że coś jest dobre, a coś złe niezmiennie? Na jakich zasadach jestem potworem, a na jakich jeszcze naukowcem? – Tutaj przerwał i popatrzył na służącego. – Wiesz o co mi chodzi? – dodał Pułkownik.

Nie wiem, ale dla mnie śmierdzisz bardziej niż moje gówno.

– Staram się dobrze pracować. Nie pamiętam, czego mnie uczyli. Nie pamiętam żadnych Ich – wyjąkał Jakub.

– Nie pamiętasz i to cię ratuje. Jesteś bardziej wolny od tej całej tłuszczy bałwochwalców i kretynów. Nie pamiętasz, że nauczyli cię wierzyć w ich wiarę. Nieważne, czy był to dwulicowy katokapitalizm, rozmodlony neojudaizm, ksenofobiczny muzułmanizm, naiwny, zacofany komunizm, czy wreszcie obecny, dystopijny świat. Każda ideologia zawsze sprowadza naszą wolność do narzędzia. Łudząc się jakąś nadzieją jej otrzymania, obietnicą bycia kimś więcej, superbohaterem, bogaczem, świętym, albo innym natchnionym idiotą w tym, bądź w innym świecie, wykonujemy polecenia twórców ideologii – kapłanów, polityków, biznesmenów, dowódców.

Chciałbym być bogaczem.

Wykonujemy je tutaj, teraz, w tym, fizycznym otoczeniu. A otrzymanie nagrody odwlekane jest w nieskończoność. I tak nasza wolność staje się niewolą, całkiem nieźle zakamuflowaną, lecz tylko obtoczoną w mądre słowa, ikoniczną niewolą. Czasem oczywiście dadzą nam jakiś cenniejszy ochłap, żeby wytłumić naszą wewnętrzną potrzebę buntu wobec autorytetu, wszelako ani trochę więcej. Jestem lekarzem i w nic nie wierzę. Ach tak! Pozostaje jeszcze przecież nauka. Podobno uwalnia umysł. Szczerze wątpię. Jestem wolny Jakubie. Nie wierzę nawet w nią, ani w moje eksperymenty. Paradoksalnie to jest przyczyna, dla której mogę je wykonywać. Moja wolność jest tak radykalna, że mogę w każdej chwili uwolnić się od wszystkiego. Nie robię tego tylko dlatego, że tego również nie muszę. Żyję w punkcie „teraz”. Kiedy o nim pomyślę, już go nie ma. – Lekarz zamknął oczy i umilkł.

Chciałbym cię zabić.

– Muszę je zakopać – wycedził cicho Jakub. Cały czas stał na półpiętrze i słuchał. Wyraz jego twarzy nie zdradzał niczego.

– Tak, tak, zakop je – odpowiedział Pułkownik. – A później się kładź.

Od dawna Pułkownik nie potraktował swojego pomocnika tak źle, jednocześnie od dawna też nie opowiedział mu tak wielu dziwnych rzeczy. Jakub nie wszystko rozumiał. Czuł, że krwiożerczy i mimo to stabilny układ z Pułkownikiem, jest pełen napięcia i gdzieś u swojej podstawy, zaczyna powoli wytracać energię.

Niedługo znów nie będę miał domu.

Sługa wiedział, co jego pan robi w piwnicy. Nieraz brał w tym udział. Pamiętał wąskie prycze, krępujące ciało pasy, aluminiowe klamry i regulowane obejmy, w które zapinało się małe nadgarstki, strzykawki z zielonkawymi esencjami i wielki ekran, gdzie wyświetlane były filmy. Parę razy w miesiącu, od ponad trzech lat, grzał ręce przy piwnicznym piecu krematoryjnym. Temperatura rosła wtedy w pomieszczeniu do ponad czterdziestu stopni.

Zwykle kładł ciało na metalowych noszach z szynami. Otwierał okrągłą pokrywę i energicznym ruchem wrzucał martwe dziecko do ognia. Następnie zamykał wejście do pieca, siadał na starym, drewnianym krześle i patrzył, jak żar dosięga coraz głębszych tkanek. Podczas tego rytuału nie był sam. Po prawej stronie, na jeszcze przedwojennej, zniszczonej pryczy, siedziały dwa szczury i tak jak Jakub, gapiły się zmętnionymi ślepiami na ogień. Wychodziły spod pancernej ściany obok pieca, która do złudzenia przypominała naprędce zaspawane, unoszone do góry wrota.

Zwierzęta przychodziły, bo w pomieszczeniu robiło się ciepło. Ściągał je też zapach spalonego mięsa i skwierczącego tłuszczu. Jakub jednak nigdy nie dał im żadnego kawałka. Mimo tego, z maniakalnym uporem, regularnie towarzyszyły słudze w jego posiedzeniach przed piecem. Miał z nimi niepisaną, pierwotną, zwierzęcą umowę. Pozwalał im „mieć nadzieję”, że kiedyś dostaną wielki kawał ludzkiej padliny. W zamian za to, one zapewniały mu towarzystwo.

Gdy ogień zaczynał dogasać, a z ciała pozostawały w nim tylko proch i odłamki niedopalonych kości, szczury rozchodziły się cicho, bez uprzedniego, głodnego pisku. Jakub zawsze wiedział, kiedy pójdą. Czekał na ten moment, a jednocześnie było mu żal, że uciekają. Gdyby jednak zostały dłużej, przepędziłby je. Nie lubił wyjmować resztek zwęglonego ciała, nawet gdy obserwował go wzrok zwierząt. Poza tym nie wykonywał tej czynności sprawnie. Nieraz coś się rozsypało po kamiennej podłodze. Musiał wtedy wszystko dokładnie wyczyścić, ponieważ rano Pułkownik kontrolował stan krematorium.

Myśli Jakuba krążyły jednak wokół czegoś innego. Niedługo przyjdzie lato. Czemu przestali przychodzić? Nawet jeśli w okolicy zabrakło kalek, to przybytek Pułkownika był wystarczająco znany na całym wybrzeżu Bałtyku, żeby zapewnić sobie regularny dopływ świeżych klientów. Coś musiało się stać w całym okręgu, a może pojawił się w sąsiedztwie konkurencyjny „dom na wodzie”?

Tego wieczoru nie został długo w piwnicy. Wybrał z pieca resztki spalonego truchła, wsadził do czarnego worka i zamknął gorące pomieszczenie zgodnie ze szczegółowymi wytycznymi Pułkownika. Do rana całe ciepło z niego ucieknie. Będzie znów zimne i niedostępne.

Jeszcze tej nocy musiał pochować szczątki. Wyszedł bocznym wyjściem przed dom. Łopatę przygotował już wcześniej. Stała oparta o wysoką podmurówkę. Ogród otaczający siedzibę Pułkownika był bardzo rozległy, szczególnie w tylnej części.

To bzdura! Jeśli nie będę sprzątał laboratorium, nie wrócę na żaden początek. Początek już był, tyle że przed wojną. Teraz jest tylko koniec – powiedział do siebie i poszedł szeroką aleją w kierunku zaniedbanego sadu.

Tuż za nim znajdował się drugi dom. Był to długi na prawie trzydzieści metrów, zbudowany z jodłowego drewna, szeroki barak. Trochę przypominał niski kościół, bądź salę modlitewną, ponieważ w oknach nie było szyb, tylko witraże. Jakub zatrzymał się na chwilę przy wejściu i sprawdził, czy w oddali pali się światło w pokoju Pułkownika. Okna były ciemne. Sługa wiedział, że dzisiaj jest zupełnie inna noc. Jego pan cierpiał. Nie zastanawiał się jednak nad tym długo. Dochodziła pierwsza, a on musiał jeszcze zasnąć, chociaż na parę godzin. Położył łopatę i worek obok ciężkich, stalowych drzwi. Z trudem wyszukał klucze w tylnej kieszeni drelichowych spodni. Zamek otworzył się z głośnym rzężeniem. Chwilę później, z workiem przewieszonym przez ramię, Jakub znalazł się w ogromnej hali. Nie było w niej nic prócz ubitej i miejscami spulchnionej ziemi. Poziom gruntu był tu znacznie niżej niż poziom wejścia, sługa musiał więc zejść po kilkudziesięciu metalowych stopniach, aby dotrzeć do miejsca zaznaczonego białą taśmą. To tu miały być zakopane szczątki ostatniego dziecka. Był już bardzo zmęczony, jednak od razu wziął się do roboty.

Spopielone zwłoki nie były zakopywane głęboko. Wystarczyło wykopać dół na mniej więcej pół metra. Ziemia była miękka, więc samo kopanie nie wymagało znacznego wysiłku. Jakub nigdy nie wrzucał od razu prochów. Przez tych parę lat bycia przydomowym grabarzem, doszedł do swojej własnej wizji rytualnego pogrzebu.

Najpierw odkładał łopatę. Następnie wyjmował z kieszeni marynarki tandetny, wiejski różaniec i odłamywał z niego jeden z paciorków. Wsadzał go do worka z resztkami i dopiero tak przygotowaną, prowizoryczną trumnę, wkładał do ziemi. Sam nie wierzył w Boga, ale wydawało mu się, że nie wie wszystkiego i może któreś z tych dzieci chciałoby trafić do jakiegoś nieba. A to niełatwe bez oznaczenia, że jest się w cokolwiek wierzącym. Wpadł więc na pomysł, że będzie dodawał do prochów jakiś mały fragment czegoś, co pomaga się ludziom modlić. Różaniec doskonale spełniał tę funkcję, ponieważ był i poświęcony, i ekonomiczny. Przy tym przerobie ciał, nie opłacałoby się z jego niewielkiej pensji od Pułkownika, wsadzać do grobów całych różańców, zwłaszcza, że w okresie powojennym, dewocjonalia nie były towarem popularnym, a wręcz rzadkim i egzotycznym. Pieniądze starczały mu ledwo na stare ubranie, czasem jedzenie i piwo wypijane samotnie w przydrożnej gospodzie nieopodal osady PL 314. O to, żeby całkiem nie umarł z głodu, troszczył się już jego pan, przygotowując zwykle dwa posiłki dziennie. Było to zachowanie dość nietypowe jak na zatrudniającego służbę właściciela domu, lecz Pułkownik był osobnikiem dość ekscentrycznym nie tylko w dziedzinie eksperymentów medycznych.

– Nazywam się Jakub. Kopię groby, a później idę spać… – podśpiewywał sobie, uklepując szpadlem ziemię.

To wszystko, co dzisiaj usłyszał, kołatało się w jego głowie jak bezwładnie puszczone serce w dzwonie. Czuł, że coś nieodwracalnie się zmieniało, a on odgrywał w tym kluczową rolę. Nie wiedział jednak, co stanie się z jego panem. Nieraz, zakopując pozostałości po dziecięcych truchłach, życzył mu śmierci. Tylko co by wtedy zrobił ze sobą?

Skoro już podpisało się taką umowę ze śmiercią, nie można zajmować się niczym innym. To szczyt wszelkich zawodowych awansów. – Tak mawiał Pułkownik.

Ceremonia chowania szczątków trwała niecałą godzinę. Tymczasem na dworze zrobiło się zimno. Pora roku z późnej wiosny zmieniła się na chwilę we wczesną jesień, a noc zaczerniła taflę jeziora, ułatwiając potworom z ludowej wyobraźni chodzenie po przeklętym akwenie. Pośród ścielących się po ziemi kłębowisk zimnej mgły, zgarbiona postać człowieka szła powoli przez ogród w kierunku domu na wodzie.

III.

Słońce było jeszcze nisko, gdy na piętrze usłyszał czyjeś kroki. Chwilę później ktoś energicznie zapukał do drzwi służbówki.

– Jakubie, posprzątaj w mojej pracowni. Idę na przystań. Mam przeczucie, że dzisiaj będzie klientka. Kiedy już uporasz się z boksami, natychmiast przyjdź do mnie – powiedział głośno Pułkownik.

Jakub, wciąż na wpół śpiąc, na wpół się budząc, nie zareagował od razu. Kiedy na tyle oprzytomniał, żeby próbować coś odpowiedzieć, lekarz już zbiegł po schodach w kierunku wyjścia.

– Zaczęło się – szepnął do siebie i wsadził twarz głęboko w poduszkę.

Lubił mówić. Było to jedyne wyjście, żeby nie zwariować. Pułkownik zwykł tylko słuchać, za wyjątkiem zeszłego wieczora, kiedy nieoczekiwanie się rozgadał. Jakub więc rozmawiał prawie wyłącznie ze sobą, tym długonogim i długorękim człowiekiem w lustrze naprzeciw łóżka. Miał czterdzieści pięć lat, sto osiemdziesiąt sześć centymetrów wzrostu, do połowy łysą czaszkę z resztkami ciemnych włosów na potylicy i piwne oczy. Był raczej astenicznej postury, jednak kiedy się rozebrał, widać było rzeźbę kształtnych brzuśców mięśni i sprężystych ścięgien. Miał też kompletne zęby, co było rzadkością w tamtych czasach i zwykle niewielki, parodniowy zarost na twarzy. Paznokcie u rąk i nóg ciął krótko.

Jego marzeniem było podobać się kobietom. Rzeczywistość po wojnie została bardzo sfeminizowana, widywał ich zatem sporo. W kontakcie z nimi wykazywał jednak cechy mizogina, więc żadna nie zwróciła na niego baczniejszej uwagi. Nie był to jednak aż tak poważny problem, w porównaniu z towarzyszącą mu, jeszcze od przedwojennych czasów, amnezją. Tak naprawdę, to przez niepamięć stronił od kobiet i w ogóle ludzi, reagował też z wielką rezerwą na wszelką próbę nawet najmniejszego kontaktu z ich strony.

Jeśli się nie wie, kim się jest, nie można wiedzieć, kim są inni.

Pułkownik eksperymentował również na nim. Chciał wywołać jakiekolwiek wspomnienia w umyśle służącego środkami psychoaktywnymi, terapią w hipnozie, a nawet elektrowstrząsami. Nie udało się. Jakub wciąż nie pamiętał swojej historii, a dokładniej, niczego, co poprzedzałoby przyjęcie go do wojskowej służby medycznej.

Tego ranka zbierał się prawie godzinę, chociaż zwykle zajmowało mu to nie więcej niż piętnaście minut. Ubrał się w swój znoszony, niebieski kombinezon roboczy, przepłukał twarz mydlinami i wyszorował dokładnie zęby. Na drogę zabrał wczorajszy kawałek chleba ze stwardniałym serem i zszedł do pracowni Pułkownika.

Laboratorium mieściło się na parterze domu. Były to dwa obszerne pomieszczenia. W pierwszym, tym, przez które się przechodziło do pokoju zabiegowo-projekcyjnego, znajdowały się rzędy metalowych boksów uplecionych z mocnej, stalowej siatki. To tu Jakub miał zrobić porządek.

Nienawidził tego miejsca. Nienawidził tego zapachu, a raczej smrodu odchodów i strachu. Chciało mu się rzygać, gdy jego buty ślizgały się na mokrej posadzce. Nie rozumiał, czemu Pułkownik doprowadza to lokum do takiego stanu i pozwala mu przychodzić sprzątać tylko raz w miesiącu – nigdy częściej.

Jakub nie miał jednak ochoty zabierać się teraz za sprzątanie dziecięcych fekaliów. Lekko kręciło mu się w głowie, czuł mrowienie w klatce piersiowej i narastający gdzieś w środku skurcz. Poszedł dalej, do drugiego pomieszczenia. Był to o połowę większy pokój z szerokim, białym ekranem i zamalowanymi na czarno szybami w oknach. Ten pokój także budził w nim wstręt, ale już nie tak atawistyczny, co klatki. Odczuwał w tym miejscu coś jeszcze. Pułkownik był odstręczającym w obyciu, pochmurnym człowiekiem, lecz według Jakuba miał też charyzmę. Służący czuł ją teraz, czuł uległość wobec spokoju i nonszalancji, z jaką tajemniczy właściciel domu na wodzie traktował życie innych, i swoje. Nie mógł oprzeć się temu wrażeniu, że tutaj, w laboratorium swojego pana, nie jest jego służącym, ale gorączkowo oczekującym wybawienia pacjentem.

Spojrzał na stojące przy ścianach trzy przeszklone szafki z lekami, narzędziami i środkami opatrunkowymi. Na środku, obok zasłoniętych okien, znajdowała się pneumatycznie sterowana leżanka, a za nią stary projektor marki Łucznik-Prexer. Po przeciwnej stronie pokoju, cała ściana zajęta była przez wielki, biały, płócienny ekran. Jakub podszedł do automatycznego łóżka i wcisnął jeden z pedałów. Z cichym sykiem siedzenie całkiem się rozłożyło. Teraz nawet ktoś bardzo niski mógł z łatwością na nie wejść.

Jakubowi coraz bardziej kręciło się w głowie. Chwilami zupełnie tracił wzrok przez świetliste mroczki, które zasłaniały wszystko, co widział przed sobą. Ostatkiem sił wyszukał po omacku zimne obicie zabiegowej leżanki i opadł na nią całym swoim ciężarem. Zemdlał na parę sekund, a kiedy się ocknął, jego twarz zupełnie się zmieniła. Policzki skrzywiły się pod wpływem nienaturalnego uśmiechu, a oczy zmalały, jakby ktoś wstrzyknął mu dużą dawkę narkotyku. Zahipnotyzowany, wpełznął głębiej na leżankę, udając, że ma niewładne nogi, i ułożył się na niej jak pacjent, kierując spojrzenie prosto w wyłożony zwilgotniałymi kasetonami sufit.

– Panie Pułkowniku, chcę być znowu dzieckiem! – zaczął krzyczeć. – Proszę dać mi zastrzyk i puścić film! – Wykręcił sobie ręce tak, jakby były przywiązane pasami do lekarskiego łóżka.

– Panie doktorze, proszę mnie nie bić. Nie chciałem sfajdać się w czyste majtki. Proszę tak zrobić, żebym już więcej ani nie sikał, ani nie srał. – Jakub wyprężył ciało. Na szyi pulsowały mu sinoniebieskie żyły, a w oczach zebrały się kropelki czerwonych łez. Był tak zajęty swoją rolą, że nie zauważył krępej postaci stojącej od jakiegoś czasu obok łóżka.

– Co robisz, idioto?! – wrzasnął mu nagle ktoś do ucha, równocześnie chwycił mocno za szyję i przydusił, prawie całkiem blokując oddech.

– Kurwa, co robisz, pytam? – Twarz Pułkownika była purpurowa. Jakub nie był w stanie wykrztusić z siebie nawet jednego słowa. Otrzeźwiał momentalnie.

– Nie wiem, proszę pana, nie wiem. Proszę mnie puścić, duszę się! – wycharczał. Sekundę później już na dobre zaczął tracić oddech. Pułkownik jednak wciąż nie zwalniał stalowego uścisku.

– Umieeeram! – krztusił się. Ostatkiem sił chwycił ramiona Pułkownika i zaczął okładać je pięściami. Nieprzytomne oczy lekarza zamknęły się na chwilę, a potem otworzyły, jakby inna, bardziej przejrzyste. Wtedy uścisk osłabł.

– Wynoś się na przystań i pilnuj, czy ktoś nie idzie! – Pułkownik puścił szyję Jakuba i pchnął sługę tak mocno, że ten spadł z leżanki i rozbił sobie brew o kant szafy z lekami.

Służący w pełni odzyskał świadomość dopiero wtedy, gdy leżał już na ziemi i czuł, że coś ciepłego spływa mu ze skroni na policzek. Mrowiło go w nogach, chrapliwie łapał powietrze, a gabinet zabiegowy wirował w oczach. W końcu z trudem wstał i pobiegł w kierunku drzwi, zostawiając za sobą krwawą ścieżkę. Znalazł się z powrotem w pokoju z klatkami. Wciąż ciężko oddychając, bezwiednie chwycił palcami jedną z nich. Metal był dziwnie mokry, ze śladami czegoś, co zapachem przypominało kwas, bądź mocz. Popatrzył na ręce, na których jego krew zmieszała się z wydalinami małych pacjentów Pułkownika i zaczął krzyczeć na całe gardło. Nie obchodziło go już, czy lekarz go usłyszy i co zrobi z nim później.

– Zjedzą cię kiedyś, a resztę twojego ścierwa spalę w tym piecu, skurwielu. Będziesz, chuju, skwierczał na ogniu, wokół którego zatańczę – ryknął histerycznie, rozcierając dłonie na pobrudzonych ziemią od wczorajszego kopania spodniach. Pułkownik tego już nie słyszał. Stał teraz nieruchomo i wpatrywał się w biały ekran. Rumieniec powoli schodził z jego nalanej twarzy. Drżenie rąk również ustępowało. Był zmęczony.

Jakub wybiegł jak oszalały z domu, niemalże staranował niedomkniętą furtę i zszedł kamienistą ścieżką w stronę przystani. Lewą połowę twarzy, wraz z całym okiem, miał zalaną krwią. Zdyszany, opadł na kolana tuż przy falującej na wietrze tafli jeziora i zaczął się gorączkowo myć. Rana była dość głęboka i powinno się ją zszyć, ale Jakub nie miał zamiaru ani wracać do domu na wodzie, ani tym bardziej czekać na brzegu. Nikt i tak by nie przyszedł – czuł to.

Po raz pierwszy od dawna, właściwie od początku pracy z Pułkownikiem w domu na wodzie, poczuł, że nie ma swojego miejsca, a to, gdzie teraz mieszka, nie jest prawdziwe. Zmyślił je bardzo dawno temu, ponieważ nie pamiętał przeszłości, a teraz całe to urojenie wypływało z niego wraz z krwią do wody tego przeklętego jeziora.

Wyobraził sobie kiedyś dom, bo nie miał alternatywy, był bezpamiętną, pustą kartką, a to miejsce posłużyło tylko za narzędzie, żeby cokolwiek na niej napisać. Jak na ironię, pojął to właśnie teraz, lecz brak innego wyjścia nadal pozostał. Nie miał przecież na tyle odwagi, żeby odejść, chociaż formalnie nie był niczyim więźniem. Wyciągnął z kieszeni poszarzałą chusteczkę i przyłożył sobie do głowy.

Chyba nie obejdzie się bez szycia – pomyślał, uciskając ranę nad brwią.

Jezioro przed nim rytmicznie falowało. Gdzieś na jego dnie tkwił wielopiętrowy kompleks geoelektrowni, tysiące metrów kwadratowych pomieszczeń z tajemnicami, które prawdopodobnie wyjaśniłyby przyczynę wojny.

A może woda już wszystko pochłonęła i został tylko dom na wodzie? – zastanawiał się, uciskając chusteczką czoło tak mocno, że aż rozbolała go szyja.

Od strony spalonego lasu wiał coraz mocniejszy wiatr. Jakub zdecydował, że najlepiej będzie, jeśli popłynie na stały ląd. Nawet z rozwalonym łbem, była to lepsza perspektywa, niż oglądanie szalonego Pułkownika. Odcumował łódkę i zapuścił silnik. Stary rozrusznik zaburtowego Wichra zaskoczył dopiero po czwartym pociągnięciu. Skierował dziób motorówki w stronę młodego zagajnika na przeciwległym, szarym brzegu i niewielkiej, zamaskowanej dziurze w ogrodzeniu. Zrobił ją na samym początku współpracy z Pułkownikiem, wycinając w stalowej siatce otwór. Wycięty fragment ponownie zamocował, ale tym razem na znacznie cieńszym, skręconym drucie. Takie przejście można było po prostu odpiąć od reszty ogrodzenia, albo wyłamać mocniejszym kopnięciem, a przy tym dla kogoś, kto o nim nie wiedział, pozostawało prawie niewidoczne. Było to zabezpieczenie, chociaż nie miał pojęcia przed czym aż do tej chwili. Nazywał tę awaryjną furtkę patetycznie „wrotami”.

Miejsce, do którego płynął leżało po drugiej stronie jeziora, tam, gdzie znajdowała się zrujnowana wieś kiedyś nazywana Koszycami. Chodziły plotki, że w okolicach spalonego lasu, widywano regularnie od jakiegoś czasu ludzi. Plotki oczywiście usłyszał od naszpikowanych promieniowaniem starców, przesiadujących ciągle w knajpie na skraju osady PL 314. Musiał to sam dokładnie sprawdzić, nawet za cenę ryzyka, że to mutanci, albo przestępcy.

W tamtych okolicach nie było go od ponad dwóch lat. Za pazuchą, w doszytej do kurtki kieszeni, miał jednak coś, z czym czuł się znacznie pewniej w takiej wyprawie w nieznane. Był to wysłużony P-64 z jednym dodatkowym magazynkiem.

Może tam znajdę jakiegoś kalekę dla mojego potwora? – zaśmiał się szyderczo.

Gdyby nie terkot motoru, łódka przybiłaby do brzegu praktycznie bezszelestnie. Jakub wyciągnął ją prawie całą na brzeg, aż płaty śruby od silnika zaryły się głęboko w błotnistym podłożu. Podróż trwała niewiele więcej niż pięć minut. Parę kolejnych minut zajęło mu odszukanie miejsca z tajnym przejściem przez siatkę ogrodzenia. Delikatnie wypiął druty z jednej strony dziury, aby powstało coś w rodzaju zawiasów. Przecisnął się przez utworzony w ten sposób otwór i ponownie dokładnie zamocował zwisającą płachtę siatki. Już po drugiej stronie, stojąc na błotnistej plaży, popatrzył jeszcze raz za siebie na lekko falującą, spokojną wodę i dom w oddali. Budynek wyglądał, jakby wyrastał prosto z tafli jeziora; nie widać było pod nim żadnego lądu. Unosiła go jakaś tajemna siła, ukryta w głębinach jeziora, w zalanych, podziemnych korytarzach starej elektrowni.

Jakub stał tak przez chwilę, po czym zaczął iść zygzakowatym krokiem w kierunku starej wsi. Tak, jak wcześniej zaplanował, miał zamiar skręcić w stronę lasu przy pierwszych zabudowaniach. Był jednak głodny, żołądek ściskał mu się z regularnością bicia serca, powodując ból w całym nadbrzuszu, a skronie pękały po uderzeniu. Wygrzebał w kieszeni trochę monet.

Starczy na piwo i chleb z pieczoną kiełbasą – pomyślał – Las sprawdzę później, kiedy coś zjem i się napiję.

Zwykle nie przechodził przez samą wieś. Gospoda mieściła się na uboczu, po przeciwnej stronie osady, patrząc od strony domu Pułkownika. Jakub chodził do niej okrężną drogą, obok starej, opuszczonej chaty. Bał się spojrzeń ludzi, nie dlatego, że przeszkadzało mu to, co robił. Czuł się źle pod wpływem czyjegoś wzroku i nic więcej, przynajmniej tak to sobie tłumaczył. W jego postępowaniu były jednak niekonsekwencje oraz wyjątki, na przykład owa gospoda. Spojrzenia przesiadujących w niej klientów przeszkadzały mu w takim samym stopniu, co mijanych w osadzie ludzi, ale był w stanie znieść je tylko tutaj, w przydrożnej, postapokaliptycznej knajpie, jedynym takim, wybranym przez siebie miejscu, gdzie mógł poczuć klimat całego tego świata, o którym skrycie marzył. Traktował to miejsce jak namiastkę wolności, chociaż dozował sobie te chwile, kiedy czuł się niezależny, bardzo ostrożnie. W ten sposób drastycznie ograniczał swoje otoczenie, tresował siebie – wiedział, że zbyt duże dawki wolności są jak narkotyk, który może zrujnować jego obecną profesję służącego.

Szedł szybkim krokiem po zniszczonym koleinami trakcie. Z daleka widać już było opuszczony dom. Odruchowo wsadził rękę do wewnętrznej kieszeni kurtki i chwycił rękojeść pistoletu. Czuł uderzenia ciśnienia krwi w uszach i świeżą krew spływającą po policzku. Rana na głowie znów się otworzyła.

Był zbyt pewny, że dom będzie pusty, dlatego za późno spostrzegł, że coś poruszało się obok chaty i stoi przed nią samochód terenowy przykryty siatką maskującą. W jednej chwili przypomniały mu się zasłyszane opowieści o grasujących w okolicy mutantach i szabrownikach. Na dodatek uświadomił sobie, że nie ma dokąd uciec. Znajdował się na otwartym terenie, już całkiem spory kawałek od jeziora i motorówki. Jeśli się teraz cofnie i zacznie uciekać, z pewnością zostanie zauważony, albo, jeśli bandyci mają psy, wywęszony po śladach krwi i zaszczuty w jakimś dzikim kącie lasu.

Ścisnął więc mocniej pistolet i powoli zaczął iść w kierunku chaty. Kiedy podszedł bliżej, z niemałą ulgą rozpoznał tylko jedną postać, i to kobietę, która pracowała w ogrodzie obok domu. Była niska i bardzo szczupła, ubrana w brązową, zgrzebną sukienkę, z niezdarnie zawiązanymi, długimi, czarnymi włosami. Gdy podszedł jeszcze bliżej, zobaczył siedzącego obok niewielkiego, bladego chłopca, który bawił się kikutem jednej ze swoich amputowanych nóg. Rozmawiał z nim. Podnosił go na wysokość oczu i kładł z powrotem, naśladując kiwanie głową.

– Widzę cię, nie widzę! – powtarzał co jakiś czas, stukając uciętą w kolanie nogą o czoło. Po czym opuszczał ją na ziemię i badał obiema rękami, a za chwilę znów podnosił tak wysoko, że końcówka nogi stykała się z nosem, intonując jednocześnie – Nie widzę cię, nie widzę!

Ta zabawa nie bawiła go jednak tak, jak bawi inne dzieci na przykład usypywanie zamków z piasku, czy gra w dwa ognie. Chłopak był całkowicie oddany rozmowie z wyimaginowanym „przyjacielem” w postaci niekompletnej nogi. Nie uśmiechał się. Miał nieobecny, a jednocześnie zacięty, wyraz twarzy i szeroko otwarte, kaprawe, zielone oczy. Na ten widok, głód u Jakuba natychmiast minął. Nie zastanawiał się w ogóle, czy to, co robi ma jakikolwiek sens, tylko podszedł do ogrodzenia i zawołał matkę chłopca.

– Przepraszam, to pani syn? – zapytał niepewnym głosem. Znów miał zawroty głowy. Kobieta na początku nie zareagowała. Dopiero po chwili, gdy Jakub już chciał powtórzyć pytanie, odwróciła się i zaczęła coś chrząkać, jakby uczucie zmieszania nie pozwoliło jej odpowiedzieć. Chłopiec tymczasem zrezygnował z zabawy i zaczął gapić się na służącego Pułkownika. Obserwował jego szczupłe, sztucznie poruszające się ciało i drżącą szpiczastą brodę, z której skapywała tężejąca krew. Kobieta wciąż otwierała usta, jakby coś mówiła, ale Jakub nic nie słyszał. Szumiało mu w uszach, a przed oczami pojawiły się kolorowe łańcuchy. Opadł bezwładnie na siatkę ogrodzenia i zemdlał.

Obudził się na skrzypiącym łóżku. Głowę miał obandażowaną – wciąż go bolała, ale już nie tak jak przedtem. Czuł się słaby i rozedrgany. Wkrótce po obudzeniu przypomniał sobie, co się stało w domu na wodzie. Miał ochotę zwinąć się w kłębek i tak po prostu leżeć, aż do momentu, kiedy Pułkownik zestarzeje się i umrze, chociaż nie wiadomo, ile lat to mogłoby zająć.

Pomieszczenie, w którym leżał było mroczną izbą z dwoma niewielkim oknami, nierównym klepiskiem i piecem umieszczonym w przeciwległym kącie. Na ścianach porozwieszano skóry oraz broń, co nie spodobało się zbytnio Jakubowi. Pomyślał o kobiecie, którą spotkał w ogródku przed chatą.

Zemdlałem. To pewnie ona mnie opatrzyła. Ma kalekie dziecko i mnóstwo broni. Może współpracuje z szabrownikami? – Przestraszył się. – Ale wciąż mnie jednak nie zabiła.

W tym momencie weszła. Ręce miała pobrudzone ziemią, a włosy jeszcze bardziej się jej rozburzyły. Chłopaka nie było nigdzie w pobliżu. Widocznie został na zewnątrz.

– Już ci lepiej, Jakubie? – zapytała z uśmiechem.

– Skąd mnie znasz? – Gdyby Jakub miał wtedy jakąś kołdrę do przykrycia, zapewne nałożyłby sobie ją ze strachu na głowę. Kobieta zauważyła tę jego dziecięcą reakcję.

– Nie bój się – powiedziała uspokajającym tonem, z trudem powstrzymując uśmiech. – Kiedy byłeś nieprzytomny, bredziłeś coś o potworach, zalanej elektrowni i wojskowym szpitalu. Później na chwilę odzyskałeś przytomność. Skorzystałam wtedy z okazji i zapytałam o twoje imię. Odpowiedziałeś, że nazywasz się Jakub, a nazwiska nie pamiętasz. Później znowu zemdlałeś. Nie dziwi mnie to. Po wojnie spotkałam mnóstwo osób z amnezją. Rana była dość głęboka. Zdezynfekowałam ją i zeszyłam. Za dwa tygodnie trzeba będzie wyjąć nici. A tak w ogóle mam na imię Laura.

– Dziękuję. – Jakub, ciągle nieco zdezorientowany, przynajmniej co do intencji nieznajomej kobiety, trochę się uspokoił, ale wciąż tkwił mu w głowie Pułkownik.

Muszę wrócić przed zmrokiem. Mam jeszcze parę godzin, spokojnie! – uspokajał się, chociaż perspektywa ponownego spotkania z lekarzem powodowała, że miał ochotę się rozpłakać.

– Która godzina? – zapytał łamiącym się głosem.

– Już prawie szósta. Straciłeś trochę krwi i masz wstrząs mózgu. Powinieneś leżeć przynajmniej do jutrzejszego wieczora.

– Muszę wracać. – Pokręcił głową i spróbował usiąść, wtedy złapał go skurcz w żołądku, boleśnie przypominając, że nie jadł od rana.

– Chcesz gulaszu z królika?

– Bardzo chętnie – wyrwało mu się, chociaż znowu pomyślał, że kobieta współpracuje z szabrownikami, a gulasz może być trujący.

Na kuchni stał duży, żeliwny garnek. Laura nabrała z niego parę chochel do glinianej miski i przyniosła mu do łóżka.

Gulasz okazał się całkiem smaczny i bynajmniej nie był zatruty. Pachniał dzikimi ziołami z podleśnej łąki i soczystym, delikatnym mięsem.

– Pamiętam, że dom był opuszczony – zapytał, kiedy już na dobre upewnił się, że jednak nie umrze po króliku.

– Był – odparła lakonicznie – ale już nie jest.

Ona coś ukrywa.

– Od niedawna tu mieszkasz, prawda?

Nagle coś zaczęło stukać do drzwi. Jakub zamarł.

Idą po mnie. Wywleką mi flaki, wsadzą je do gardła, żebym z bólu przegryzł własne jelita i powoli udusił się smrodem gówna. – W ten sposób szabrownicy traktują zameldowanych, czyli tych, którzy mają domy.– Tak mówi Pułkownik, ale ja nie mam domu, on go ma.

Po chwili okazało się jednak, że to syn Laury na swojej platformie próbował dostać się do chaty.

– Przyjechałam trzy miesiące temu. – Kobieta wreszcie zdobyła się na odpowiedź. – Pochodzę z południa. Syn potrzebuje spokoju. – W czasie, gdy to mówiła, jej wzrok zatrzymał się na dziecku. Chłopak nie zwracał na nich uwagi. Początkowe zainteresowanie Jakubem zupełnie się rozpłynęło w jego monotonnej zabawie. Wciąż targał kikut nogi i przykładał go do twarzy, powtarzając: nie widzę cię, nie widzę. Jakub obserwował tę zabawę z widocznym na twarzy niesmakiem.

– Ma tak odkąd stracił nogi. Trudno się z nim porozumieć. Prawie nie mówi, a jeśli już, to jedynie to zdanie z niewielkimi modyfikacjami. – Uprzedziła pytanie Jakuba. Zabrała miskę po gulaszu i wyszła do ogrodu. Przez otwarte drzwi chaty Jakub zobaczył, że ściąga siatkę maskującą z wysłużonego nissana patrola.

– Stracił je na podrzutku? – zawołał za nią.

– Tak – odkrzyknęła, po czym otworzyła bagażnik i wyjęła z niego dwururkę.

– To tym upolowałam królika na gulasz, który ci tak smakował – dodała, machając Jakubowi przed oczami strzelbą, kiedy wróciła do chaty. Broń oparła pod ścianą obok drzwi.

Z taką długą lufą nawet jej do twarzy – pomyślał Jakub.

Laura usiadła na zydlu na wprost łóżka, a chłopak momentalnie podjechał jej pod nogi i zaczął uderzać głową o bok uda.

– Ma dopiero sześć lat i niezwykle silną reakcję fantomową. – Pogłaskała chłopca po zmierzwionych blond włosach. – Przez to, że jest jeszcze taki mały, wyobraża sobie, że ma nogi, ale w rzeczywistości nie może ich znaleźć. Dlatego rodzi się w nim konflikt, którego racjonalnie jeszcze nie umie pojąć. Wymyślił więc sobie nieistniejące kończyny i zapamiętał się głęboko w tej fantazji. Przejechałam prawie tysiąc kilometrów, żeby znaleźć jakąś spokojną enklawę, gdzie będę mogła się nim zająć. Przed wojną pracowałam z dziećmi chorymi na autyzm. Ma szansę, ale potrzebna będzie długotrwała terapia. Przydałby mi się do leczenia koń.

– Jesteś sama z nim?

– To ciekawy zbieg okoliczności. Ma na imię Jakub! – odpowiedziała szorstko. – Tak, jestem sama, jak większość matek, bo wam się zachciało rewolucji!

– Ja nie walczyłem. Byłem tylko sanitariuszem – wycedził cicho.

– Na jedno wychodzi. Brałeś w tym udział.

A teraz pomagam w mordowaniu kalekich niedobitków.

– Nie brałem! I to nie była rewolucja.

– Popatrz dookoła, naiwniaku. Wszystko się zmieniło. Sens słowa „rewolucja” doskonale się w takim razie spełnił – odbiła jego niezdarne tłumaczenie.

– Skąd masz benzynę? – Nie mógł wygrać tej dyskusji, starał się więc zmienić niewygodny temat.

– To podstawowa umiejętność kobiety w dzisiejszych czasach, umieć zdobyć paliwo; i nie zdradzam swoich źródeł nieznajomym. Poznamy się lepiej, to może ci powiem – odparła pewnie i jednocześnie filuternie.

Jakub przez cały czas na nią patrzył. Na pierwszy rzut oka wydawała się zaniedbana, lecz ciągle miała wszystkie zęby, a z jej uśmiechu emanowała kusząca młodość. Była żylasta, silna i stwardniała jak stopy pod wpływem wielu miesięcy chodzenia bez butów, ale w środku miękka i spragniona.

– Gdybym tylko nie był służącym i na dodatek ostatnim tchórzem.

– Mieszkam na jeziorze, w domu na wyspie.

– Ach tak. Nie wiedziałam, że to ponure zamczysko jest zamieszkane przez jakieś rozumne istoty. Z daleka wygląda, jakby grasowały w nim same wygłodniałe szczury.

– Mieszka tam rozumny potwór. Niedługo zabiorę ci synka, a on go zamorduje.

– Skąd wiesz? – zapytał cynicznie Jakub.

– Nie chciałam cię urazić.

– Chciałaś! – powiedział nerwowo. – Muszę już iść. – Odwrócił się, niemal tracąc równowagę.

– Nie dasz rady.

– Dam, muszę! Czuję się już znacznie lepiej.

– Skoro tak. – Laura wyraźnie posmutniała. – Na twoją odpowiedzialność – rzuciła z udawaną obojętnością.

Kiedy chwiejnym krokiem wychodził z chaty, nie popatrzył jej w oczy. Kobieta wydawała się ciągle trochę zmieszana (a może to była celowo zachowywana rezerwa), lecz nie tak jak on. Stała w drzwiach i patrzyła na niego, dopóki nie zniknął między drzewami, jakby sprawdzała, czy gdzieś po drodze się nie przewróci, zawsze czujna, typowa matka. Nie przypominała tych skulonych kobiet z dziećmi, które zwykł widywać pod bramą przeprawy do domu na jeziorze. Była setki razy silniejsza, i to go podniecało.

– Przyjdź jeszcze kiedyś – zawołała za nim. – Przyda mi się towarzystwo. W końcu jesteście gatunkiem ginącym, zwłaszcza osobniki z tak ładnymi zębami, jak ty. – Zaśmiała się, ale nie było w tym nic ironicznego. Po prostu żartowała.

Nie odpowiedział, ani się nie odwrócił. Było zbyt późno, żeby pójść jeszcze do gospody, poza tym był za słaby. Musiał czym prędzej wracać do swojego potwora. W jego głowie zrodził się misterny plan uszczęśliwienia Pułkownika. Najpierw jednak musiał poinformować go o swojej zdobyczy, a później sam ją rozpracować i zagonić do domu na wodzie.

Kiedy zamaskowywał dziurę w ogrodzeniu, słońce było tuż nad horyzontem, a ręce trzęsły mu się tak bardzo, że aż poranił wszystkie palce o ostre końce drutu. Zapuścił silnik w łódce, który tym razem zaskoczył od razu, i skierował dziób prosto na przystań pod bramą. O tej godzinie z pewnością Pułkownika nie było w domu, tylko czekał przy furcie ogrodzenia.

Po paru minutach okazało się, że jest tak, jak przypuszczał, jego pan czeka na przystani. Z początku Jakub przeraził się, gdy go zobaczył, później jednak odzyskał pewność, myśląc o tym, co ma do przekazania. Pułkownik jednak zdążył odezwać się pierwszy:

– Długo cię nie było – stwierdził szyderczym tonem. – Chyba dotarłeś już na sam początek?

– Ta podróż jeszcze trochę mi zajmie – odgryzł się Jakub.

– Po tym uderzeniu w głowę zrobiłeś się bardziej wyszczekany, Jakubie. Widzę, że znalazłeś też pielęgniarkę? Świadczy jakieś dodatkowe usługi poza opatrywaniem ran?

– Chce tylko wyszydzić kogoś słabszego. Pewnie boi się bardziej niż ja, że mógł mnie dzisiaj zabić. Co by wtedy zrobił, kutas jeden.

– Byłem w starej wsi – odpowiedział rzeczowo służący. – W jednym z domów zamieszkała kobieta z dzieckiem. Jest kalekie. To ofiara podrzutka, nie ma nóg. – Ostatnie słowa niemal wydyszał, taki był podniecony tym, co mówił. – Dzieciak zachowuje się, jakby miał objawy jakiegoś opóźnienia. Cały czas rozmawia z kikutami. Ta kobieta pracowała kiedyś z upośledzonymi dziećmi. Ma nadzieję, że tutaj go sama wyleczy. To jakaś wariatka. Chce dziecko leczyć koniem.

W tym momencie przez twarz Pułkownika przeszła fala gwałtownych skurczów. Spojrzał bacznie na Jakuba. Przez dłuższą chwilę milczał, tylko go obserwował. Może chciał sprawdzić, czy nie kłamie. Sługa jednak nie spuścił wzroku.

– Nie opóźnienia, tylko psychozy, ignorancie – odezwał się wreszcie Pułkownik ostrym tonem. – A konie były używane przed wojną do ćwiczeń z niepełnosprawnymi, ale i tak nie zrozumiałbyś, na czym to polegało – dodał, już znacznie łagodniej.

Tak, nie zrozumiem. Jestem twoim osobistym idiotą, a ty moim osobistym potworem. Nie umiemy, kurwa, bez siebie żyć.

– Pewnie. Byle służący nie zna się na leczących koniach.

– Byle służący ślepo ufa swojemu panu.

– Jak ja.

Pułkownik pominął to stwierdzenie Jakuba znaczącym milczeniem.

– Nic pewnie nie jadłeś od rana. – Zmienił dyplomatycznie temat.

– Jadłem gulasz z królika.

– Aż taki z ciebie szczęściarz? Znalazłeś pielęgniarkę, która umie gotować i na dodatek ma kalekie dziecko?

–  Znalazłem kobietę, która rozłoży przede mną nogi, jeśli tylko strzelę palcami.

– Czasem dobrze być prostym człowiekiem, nie sądzisz, Jakubie? – Pułkownik klepnął służącego w plecy.

– A tak w ogóle, to cieszę się – dodał z tajemniczym wyrazem twarzy. – Nie możesz sobie wyobrazić jak bardzo. Musimy się przygotować. Byłem w osadzie i zdobyłem wieprzowinę. Wiesz jak o nią trudno? Na kolację będzie pieczeń. Ciekawe, czy ci bardziej posmakuje niż ten gulasz z królika.

Jakub wzruszył ramionami. Znów zaczęła go boleć głowa.

– Cholera, kto by pomyślał, że można z królika w ogóle coś takiego zrobić – rozwodził się Pułkownik. Nagle głośno zakaszlał i pobiegł w kierunku domu. Bywało, że często zachowywał się nieprzewidywalnie. Ostatnio jednak powtarzające się napady spazmatycznych zakrztuszeń były częstsze.

Rozmowa przy kolacji zupełnie się nie kleiła. Jakub trochę inaczej to sobie zaplanował. Sądził, że Pułkownik będzie przed nim klęczał z wdzięczności, albo posadzi go na złotym nocniku i będzie całował po nogach. Wciąż był jednak tym samym służącym, oczywiście ciągle w pewnym sensie nietypowym, ponieważ to Pułkownik gotował dla niego, a teraz podał mu pod nos talerz z dymiącą pieczenią, lecz w rzeczywistości ich osobliwy układ się nie zmienił.

Potwór został potworem, a niewolnik nadal czyści gówna – pomyślał Jakub, wbijając nóż w twardawe mięso. – Królik Laury był o wiele miększy.

Cała ich konwersacja podczas kolacji ograniczyła się tylko do wymiany paru nieistotnych informacji na temat dziur w dachu i podtopień na przystani. Na koniec Pułkownik władczo oznajmił, że jutro rano pojedzie do tej kobiety. Nie chciał, żeby Jakub mu towarzyszył.

IV.

To dziwne, ale nie czuł podniecenia. Tak dawno nie miał żadnego kaleki w swojej pracowni. Zaczął już tracić nadzieję, że to wszystko, co robi, doprowadzi do jakiegokolwiek rozwiązania. Jego eksperymenty od niepamiętnych czasów nie przynosiły żadnych wymiernych efektów, a właściwie jedno stało się już dawno jasne – wymyślona przez niego metoda jest śmiercionośna i przekracza wytrzymałość małoletnich organizmów, właściwie dorosłych również.

Brzydził się okrutnie nazistowską eksterminacją wszelkich ułomnych jednostek w społeczeństwie, a jednocześnie idealizował swój wizerunek naukowca i dowódcy I Brygady Medycznej tak dalece, że nie dostrzegał oczywistego podobieństwa między eksperymentami, które wymyślał, a metodami stosowanymi w obozach koncentracyjnych. A raczej uświadomił sobie już dawno, że jest pseudouczonym, nie miał tylko odwagi racjonalnie tego zaakceptować.

Zawsze pozostawał jeszcze aspekt ekonomiczno-praktyczny – ostatnie sensowne tłumaczenie bezsensownego terapeutycznie postępowania, racjonalizacja godna psychopaty. Dawał ludziom nadzieję. Zdejmował sprzed ich oczu nośnik cierpienia – ofiarę wojny, kalekę bez szans na samodzielność i spełnienie rodzicielskich planów, fizyczną dysfunkcję miłości w formie korpusów bez rąk i nóg. Bo to nie byli przecież ludzie, substancja człowieka została u nich zdegradowana do aspołecznej formy, która w świecie zwierząt zostałaby naturalnie wyeliminowana. Dlaczego u ludzi miałoby być inaczej? Czy nie jesteśmy zwierzętami? W czym jesteśmy lepsi?

W niczym! Posiadamy jedynie umiejętność wyobrażania sobie tego, czym nie możemy być z racji swoich właściwości, osobniczych zdolności i całego genomu. To prawdziwy ewenement w świecie natury. Ta siła nas kręci. Dzięki niej rzeczywistość przestaje mieć znaczenie – pomyślał. – Tak, to jest rozwiązanie – dodał na głos.

Szedł brzegiem lasu, z którego schodziła wilgotna mgła. Kontury opuszczonego domu niemrawo wyłaniały się z jej oparów. Włożył czysty mundur polowy. Wyjściowy gdzieś dawno już zaginął, albo zjadły go wygłodzone szczury. Zatrzymując się na chwilę przed furtką do domu kobiety, spojrzał na swoje pagony i przyszyte do nich dwie belki i trzy gwiazdki oznaczające stopień wojskowy. Były nieskazitelnie czyste, jakby dopiero co wyszły spod igły wojskowego krawca. Rozejrzał się dookoła. W końcu ostrożnie i z trudem podniósł drewniany skobel przy furtce. Drzwi chaty były również podobnie zamykane. Stanął na kawałku szmaty, służącym zapewne do wycierania butów i zapukał mocno złożoną pięścią. Po chwili otworzyła mu kobieta o zdziwionej, drobnej twarzy, ciemnych, przesłaniających policzki włosach i z dwururką przewieszoną przez plecy.

– Mieszkam na jeziorze. Mój służący był tu wczoraj. Pomogła mu pani, za co bardzo dziękuję. Mogę wejść i porozmawiać? – zapytał niskim, delikatnym tonem.

– Proszę – odpowiedziała.

V.

Kolejne tygodnie były inne od tych wszystkich, które potwór i jego służący przeżyli razem na wyspie. Pułkownik znikał na całe dnie. Wychodził rano, a wracał późnym wieczorem. Teraz Jakub pracował w kuchni. Nareszcie był prawdziwym kamerdynerem i cieszyła go ta rola. Może i obowiązki kuchenne nie należały do jego specjalności, lecz nieobecność Pułkownika wynagradzała każdy wysiłek przy szorowaniu zardzewiałych garów.

Jakub zaczął także sam jadać obiad i kolację. Były to kolejne części dnia, na które z niecierpliwością teraz zawsze czekał. Nie musiał już usilnie milczeć, patrzeć na cały ten cyrk z układaniem równo sztućców, nawet jeśli były umaczane w jedzeniu. Nie musiał zostawiać tych części skórek od chleba, które trzymał w palcach, bojąc się, że jeśli je zje, to Pułkownik zbeszta go za brak higieny i wyzwie od imbecyli z klasy robotniczej, albo, co jeszcze gorsze, rzuci w niego resztkami ze swojego talerza. Mógł do woli rozmawiać ze sobą na głos i jeść tak długo, jak tylko miał na to ochotę, pierdzieć, bekać, oblizywać palce i charkać na talerz. Był panem rytuału jedzenia obiadu i kolacji. To jest mój początek – cieszył się. – Potwór nie może już nigdy wrócić. Jeśli wróci, to szybko umrze.

Jedno, co musiał ciągle robić, to zostawiać Pułkownikowi kolację na kuchni. Kiedy zrobił kanapki, to nie miał czym się zanadto przejmować, natomiast jeśli były to resztki z niezjedzonego obiadu, bądź cały, świeży obiad, kolacja musiała być tak zaplanowana czasowo, żeby po powrocie Pułkownik zjadł ją jeszcze chociaż letnią, podczas gdy Jakub już dawno siedział w swoim pokoju i bojaźliwie nasłuchiwał odgłosów z jadalni.

Śniadania były tak samo radosne, co obiady i kolacje. Pułkownik nie jadł w domu rano. Codziennie wychodził dosłownie o świcie, z regularnością kwarcowego zegarka. Jakub budził się już po wyjściu lekarza.

Im jednak więcej mijało tygodni tej kulinarnej samotności, tym częściej Jakub zastanawiał się nad kobietą z chaty i jej dzieckiem. Pierwszy raz o niej pomyślał, kiedy wyjmował sobie z głowy szwy. Później marzył o niej coraz częściej, nieraz delikatnie i czule, a nieraz brutalnie i wyuzdanie, zaspokajając swoje męskie potrzeby w kawałki rozłożonych na łóżku gazet. Może triumf piękna polegał w ich domu na tym, że Pułkownika nie było, a nie na tym, że klatki nareszcie były puste.

Jakub wciąż zwykł powtarzać w chwilach zdenerwowania:

Po wojnie nic nie może być piękne. Uciekliśmy do domu na wodzie, ale one czekały i tam. Gdziekolwiek będziemy, w końcu przybędą zwabione naszym słodkim, okrutnym zapachem. – Były to jedyne słowa, które nie były słowami Pułkownika. Służący posiadał do nich prawo autorskie i był z tego niezwykle dumny.

Laboratorium pozostawało zamknięte przez kolejne tygodnie. Mimo że kobiety z dziećmi od dawna nie pojawiały się na przystani, Jakub, już chyba tylko z przyzwyczajenia, czasami stał nad wodą o zmierzchu. To był pierwszy chłodniejszy wieczór od ponad miesiąca. Stęchły zapach jeziora wnikał w nozdrza służącego, stopniowo go usypiając. Kiedyś, wiele lat temu, zapewne uznałby ten aromat zgniłych glonów i mułu za smród nie do zniesienia. Teraz, wraz z ciszą okolicy dopełnianą jedynie przez delikatny odgłos bicia fal o drewniane molo na przystani, był niemalże hipnotyzujący. Jakub wkrótce zasnął.

To musiał być bardzo krótki sen, ponieważ jeszcze na dobre nie zdążyło się ściemnić. Obudził się nagle, serce zaczęło mu walić i rozbolała głowa. Dookoła nie było już cicho, a jezioro śmierdziało tak jakoś dziwnie, ludzkim potem. Obok Jakuba siedział na kamieniach Pułkownik i gapił się na wodę.

Oniemiały służący wydał z siebie tylko ciche jęknięcie. Zaraz się jednak opanował, bo Pułkownik w żadnym wypadku nie przypominał dawnego siebie, i rzucało się to aż nadto w oczy.

– Panie Pułkowniku, kolacja jest na kuchni, jeszcze ciepła – bąknął.

– Dobrze. Nie spieszy mi się – odrzekł apatycznie lekarz. – Za parę dni będziemy mieli dziecko. Pracuję nad tym – dodał ze wzrokiem cały czas wbitym w taflę jeziora.

Wcale o to nie pytałem. – Jakub wstał, otrzepał z piachu spodnie i poszedł w kierunku domu. Pułkownik został na brzegu, wpatrując się w pomarańczowe rozbłyski słońca w jeziorze. Z daleka wyglądał jak skulone dziecko, któremu jakiś nieobliczalny dorosły kazał nosić mundur.

Sam się oszukuje. Nigdy nie dostanie tego bachora. Jeśli ja mu go nie dam, to nikomu innemu się ta sztuka nie uda, ale tego nie zrobię. Jest coraz mniejszy, nieobecny, jak żywy trup. Jeszcze parę tygodni i całkiem zniknie – szeptał do siebie Jakub, wchodząc po schodach do swojego pokoju.

Pułkownik jednak nie rozpłynął się w powietrzu. Faktycznie, trochę wychudł, oczy wpadły mu głęboko do środka czaszki, a skóra nabrała ziemistego odcienia, ale wciąż nie tracił nadziei. Po upływie kolejnych paru tygodni, kiedy lato miało się już ku końcowi, zapukał o świcie do pokoju Jakuba. Służący nie spał już od jakiegoś czasu. Znów bolała go głowa i miał dziwne przeczucie, że ten dzień nie będzie tak beztroski, jak wiele poprzednich odkąd wrócił z chaty Laury. Wizyta Pułkownika w jednej chwili doprowadziła go na skraj szaleństwa. Pomyślał, że lekarz jednak ma to dziecko i wszystko znowu wróci do normy.

Normą w domu na wodzie było zabijanie.

Na szczęście lekarz nie miał zamiaru wchodzić do pokoju służącego, jak i ten nie zamierzał mu otworzyć drzwi. Jakub zamarł bez ruchu na łóżku i czekał na kolejne pukanie, tym razem głośniejsze, a później krzyk rozwścieczonego niesubordynacją Pułkownika. Nic takiego się jednak nie stało.

– Przygotowałem śniadanie – powiedział tylko przez drzwi i zszedł do kuchni.

– Trochę wcześnie na śniadanie – wymamrotał Jakub, spoglądając na zegarek – dochodziła piąta rano.

Tego dnia pułkownik został w domu. Twierdził, że chce popracować nad wynikami dotychczasowych badań jeszcze przed przyjściem kolejnego dziecka. Cały dzień spędził jednak w ogrodzie, zbierając resztki gazet, które od niepamiętnych czasów leżały na zaniedbanym trawniku. Tuż przed wieczorem zawołał Jakuba na kolację. Sam nie zjadł nawet kawałka chleba. Patrzył tylko na sługę i co jakiś czas sztucznie się uśmiechał.

– Jak twój początek, Jakubie, wróciłeś? – zapytał nagle.

Jakub z trudem przełknął ostatni kawałek chleba z rybnym pasztetem, którego kolor przypominał raczej błoto, a nie coś zdatnego do jedzenia, i odrzekł:

– Nie, panie Pułkowniku, nigdy nie wrócę. Tu mi jest dobrze. – Służący starał się odpowiedzieć zupełnie na odczepnego, jednak wyszło mu coś, co go samego zaskoczyło. Zrozumiał ten zlepek swoich słów tak, jak miał je zrozumieć. Były jego. To był początek, tutaj, w tym domu, w środku jego bezmyślnej głowy, u boku Pułkownika, lecz nie z nim.

– Masz amnezję, na którą nie znam lekarstwa. Przykro mi, że nie umiem ci pomóc.

Jakub milczał i patrzył na swojego zwyrodniałego chlebodawcę. Nie oczekiwał żadnej pomocy. Pułkownik wydawał mu się jakimś wrzodem na mózgu. Zaburzał normalne widzenie, dosłownie jak fatamorgana na pustyni Lut. Nie mógł się jednak w żaden sposób jej pozbyć, no chyba, że zrobiłby sobie lobotomię.

Już rozumiem! To on, Pułkownik, ten kutas, sprawia, że nie pamiętam, kim jestem. Wszystko dzieje się przez niego – pomyślał, aż rumieniec wyskoczył mu na twarz z wrażenia, a może bardziej z zachwytu, że w ogóle potrafił coś tak odważnego wymyślić.

– Pójdę jeszcze na przystań – rzekł lekarz po skończonym posiłku. – Idź spać. – Brzmiało to jak rozkaz.

Idź umrzeć!

Jakub posłusznie zasunął za sobą krzesło i wyniósł talerze.

VI.

Wieczór był tak samo duszny, jak i reszta minionego dnia. Powietrze odbijało się od tafli wody jeziora i wracało jeszcze bardziej zatęchłe i piekące w gardło fetorem gnijących roślin. Jakub już spał, gdy Pułkownik schodził do pracowni. Zajęło mu dłuższą chwilę, zanim odnalazł właściwy klucz na pęku, który zawsze nosił przy sobie. Drżącymi palcami otworzył zamek typu „yale”, regularnie konserwowany przez siebie z chorobliwą dokładnością, dlatego też najcichszy w całym domu. Świeżo nasmarowane zapadki łatwo zwolniły rygiel. Wszystko zaplanował. Rano służący go znajdzie i zapewne pochowa w baraku. Jeszcze raz spojrzał na otwarte klatki – wyczyszczone, nietknięte przez brud i strach. To laboratorium, wszystkie te ofiary, cała praca, nie były warte jej oczu, sukienki, zapachu piersi, doświadczenia przeszłości, siły, której do końca nigdy nie pozna.

Myśląc o niej, zaczął powoli rozpinać koszulę i spodnie. Gdy był już nagi, wszedł do pokoju projekcyjnego. Stanął obok projektora znajdującego się z tyłu pneumatycznego łóżka, przekręcił sterującą gałkę i zwolnił mechanizm. Rozległo się znajome terkotanie krzywki wprawiającej w drgania taśmę filmową. Ekran zamigał parę razy i zrobił się całkowicie czarny.

Mam jeszcze chwilę – wymamrotał do siebie.

Z jednej z szafek wyjął przygotowaną wcześniej strzykawkę. Z łatwością wbił igłę w płytko położoną tętnicę w przedramieniu. Nie czekając aż narkotyk zacznie działać, położył się na leżance. Miał erekcję. Wystarczyło, że chwycił członka i poruszył obślinioną dłonią parę razy, żeby się spuścić. Wytrysk był tak gwałtowny, że sperma wylądowała mu na szyi i brzuchu, dłoń również miał całą mokrą. Narkotyki wzmocniły orgazm tak bardzo, że na chwilę stracił przytomność. Kiedy ją odzyskał, ekran zaczął się rozświetlać. Pojawiały się na nim sfilmowane egzekucje dorosłych i dzieci, eksperymenty przeprowadzane na przytomnych ludziach zapiętych w stalowe obroże, krzesła gwałtu, z których co jakiś czas pneumatyczny wysięgnik, zaprogramowany jak na taśmie produkcyjnej, ściągał martwą i porozrywaną kobietę, a po chwili wsadzał nową, podczas gdy kolejka wyposzczonych żołnierzy wznosiła okrzyki, żeby zmienić program na szybszy.

Na końcu seansu, niczym ukoronowanie oskarowej produkcji typu „gore”, pojawiała się wielka maszyna utylizacyjna, która pochłaniała ciała jeńców jak wygłodniały, krwiożerczy czerw, a po dwuetapowym zmieleniu, dodaniu zagęstników i fosforanów, wydalała białkową pulpę. Karmiono nią tak zwaną „obozową masę eksperymentalną”, a więc internowanych dłużej niż miesiąc. Tylko najsilniejszym udawało się tak długo przeżyć, czym zwracali uwagę personelu. Specjalnie wyznaczeni lekarze kwalifikowali ich wtedy do wzięcia udziału w określonych typach eksperymentów. Rodzaj i dotkliwość badań zależały od ogólnej kondycji więźnia – niektórym, wyjątkowo silnym, zwiększano nawet przydział pulpy, żeby pożyli jeszcze miesiąc lub dwa.

Zmuszanie wroga do kanibalizmu było formą tortur nazywanych „deprywacją kulturową wroga”, a poza tym uznano, że zamknięcie łańcucha pokarmowego w obrębie jednego gatunku, który jest jednocześnie producentem i konsumentem, będzie ciekawym zjawiskiem teoriopoznawczym.

Pułkownik na przemian śmiał się i płakał. Dopiero teraz czuł w pełni emocje, o których już całkowicie zapomniał. Nagle ekran znów pokrył się jakąś czarną zasłoną. Powoli zmieniła się ona w ciemną sylwetkę człowieka. Wydawało się, że lekarz rozpoznał tę postać.

– Jesteś wreszcie – powiedział do niej.

– Jestem. Zawsze byłam – odpowiedziała spokojnie, kładąc mu gorącą dłoń na spoconym czole. Pogładziła go delikatnie parę razy. Następnie wzięła rękę, którą się masturbował i oblizała palce z resztek zasychającej spermy.

– Tak długo czekałem – krzyknął Pułkownik. Znów rosło w nim podniecenie, lecz jednocześnie zaczynał się coraz bardziej dusić z powodu narkotycznego dławienia w płucach.

– Niepotrzebnie się tak niecierpliwiłeś. Teraz spełniasz warunki.

– Musiałem zdjąć gacie, spuścić się i naćpać. O to chodziło?

– Nie. Tylko o to, żeby ci było dobrze. Opacznie wszystko zrozumiałeś. Jesteś zbyt gorliwy. Pamiętaj, musi ci być dobrze. Gorliwość nie ma nic wspólnego z rozkoszą, ani z szacunkiem innych. Jest ci teraz dobrze?

– Tak, tak, jest mi cudownie. Ale one cały czas tam są, głęboko pod wodą – zapłakał. – Kłębią się, szamoczą i piszczą. Uciekły z klatek, dlatego musiałem je tu, na górze, wszystkie połapać. Tylko niech Jakubowi nic się nie stanie, proszę! – wycharczał.

Postać nie odpowiedziała. Wydawało się, że nagle zniknęła. W tym samym momencie żarówka projektora odbiła się w szerokim, półksiężycowym ostrzu, a nogi Pułkownika upadły na podłogę. Oddychał płytko, coraz wolniej. Ekran wciąż migał.

Jakub znalazł Pułkownika rano. Nie był zdziwiony tym, że lekarz nie żyje, ale bardziej zaskoczony rodzajem jego śmierci. Ktoś musiał w nocy wejść do domu i go zamordować, a poza tym zostawił tyle krwi. Służący odwykł już od sprzątania bałaganu, jaki niosło ze sobą umieranie, jednak ten ostatni raz mógł.

Do końca życia nie będę już oglądał tego skurwysyna – szeptał, wycierając z podłogi stężałą juchę i krztusząc się od mdłości.

Kiedy zmył płytki, wytarł jeszcze kolumnę pneumatycznego łóżka i skóropodobne obicie. Następnie zdjął z leżanki nagie ciało Pułkownika i ułożył je wraz z odciętymi kikutami na metalowych noszach. Piec w krematorium był od wielu tygodni zimny, a więc trochę czasu zajęło rozgrzanie go do odpowiedniej temperatury.

Stopniowo w piwnicy robiło się coraz goręcej. Jakub popatrzył jeszcze raz na twarz lekarza. Była zadowolona, jasna, bezkrwista i szczęśliwa. Gdy miał już pchnąć ciało w kierunku ognia, usłyszał wysoki, drażniący pisk. Na zakurzonej pryczy zobaczył dwie pary błyskających oczu.

Przyszły – pomyślał i uśmiechnął się lekko.

Wiedział, co powinien zrobić. Wyjął zza pasa ząbkowany, myśliwski nóż i wbił go z łatwością w udo Pułkownika. Odkroił spory kawałek mięśnia i nabił je na zakrzywiony koniec noża. Szczury przestały piszczeć, wyczekując, co się zaraz stanie. Po tylu latach doczekały się rozwiązania umowy. Jakub ostrożnie podszedł do nich i uklęknął przy łóżku. Nie uciekły.

– Wasz pan dzisiaj umarł – powiedział cicho.

Z głodu, a może i z zaciekawienia wyciągnęły głowy w kierunku noża. Jeden z nich nie wytrzymał i gwałtownie wgryzł się we fragmenty wystającego ścięgna. Drugi skoczył na zwisający płat skóry. W tym momencie Jakub sprytnym ruchem zdjął mięso z klingi. Szczury natychmiast wycofały się i znikły wraz z nagrodą w szczelinie pod stalową ścianą, która zrobiła się teraz jakby większa, z pewnością na tyle szeroka, że mógł przecisnąć się przez nią szczupły człowiek.

Ciało Pułkownika paliło się jeszcze szybciej niż ciała dzieci. Przystań obok domu na wodzie pozostała już na zawsze pusta, a brzeg tak samo szary, jak wyjmowane przez Jakuba prochy z krematorium. Sługa zakopał Pułkownika w najdalszej kwaterze w cmentarnym baraku. Do worka wrzucił cały różaniec. Pochował szczątki ostrożnie, niemal z czułością, kładąc je na dnie wykopu. Wbił również niewielki krzyż w udeptaną ziemię, jedyny w tamtym miejscu, pośród dzieci.

VII.

Następnego dnia Jakub szedł niespiesznie wiejską drogą w kierunku lasu, gdzie mieszkała kobieta. Zostawił za sobą zniszczoną przystań i łódki, które wypuścił na jezioro z włączonymi silnikami.

Jeszcze zeszłej nocy postanowił, że pojedzie do Laury. Tego ranka wstał dopiero około południa. Umył się, założył świeże ubranie, zjadł trochę gotowanego kurczaka i wyszedł na brzeg jeziora. Woda stała nieruchomo, rozsiewając wokół duszącą woń gnijącego bagna. Tuż przed jesienią, lato rozwinęło się w pełni, parne i gorące.

Laura stała przed domem oparta o starego Patrola, opalona, błyszcząca od potu, z zupełnie dziecinną, zaskoczoną twarzą. Po chwili go rozpoznała. Chciała coś powiedzieć, a jej twarz zrobiła się strasznie napięta ze złości, lecz Jakub nie dopuścił jej do głosu.

– Już do ciebie nie będzie przychodził. Umarł wczoraj – wycedził przez zaciśniętą szczękę.

– Właśnie teraz, kiedy zdecydowałam się oddać mu chłopca – odparła zrezygnowanym głosem.

– Czy wiesz, dlaczego tu przyszedłem? – zapytał.

– Żeby odwiedzić samotną kobietę? – odpowiedziała zaczepnie. – A może znów trzeba ci coś zeszyć? – Zachowywała się tak, jakby śmierć Pułkownika w ogóle jej nie obchodziła. Jakub zmusił się do lekkiego uśmiechu, lecz nie czuł się dobrze z takim bezceremonialnych zachowaniem Laury. Na szczęście kłopotliwą sytuację rozładował syn kobiety, podjeżdżając z tyłu pod jej nogi.

– Popatrz kto przyjechał! – rzekł z ulgą służący. Kobieta pod wpływem jego głosu odwróciła się tak nagle, że o mało nie wpadła na syna. Mały Jakub poruszał się na nowo zbitej, znacznie większej desce, z przymocowanymi do spodu kołami od deskorolki. Podjechał tuż pod stopy kobiety. Popatrzył na stojącego obok mężczyznę i po chwili zaczął bawić się swoimi nogami.

Służący ukląkł przy wózku chłopca i powstrzymał go, kiedy ten chciał podnieść kikut nogi do twarzy.

– Czy chcesz zobaczyć wielki dom otoczony wodą? – zapytał, patrząc nieruchomo na chłopca. Syn Laury przytaknął i pokazał mu sznurek przymocowany do deski z kołami. Jakub wziął go i zaczął mocno ciągnąć.

– Tylko wróćcie przed wieczorem. – Usłyszał za sobą jej głos.

– Wrócimy – odparł.

Szybko zostawili za sobą las i wieś. Sługa szedł w kierunku wody trasą, której tak się kiedyś bał. Wciąż myślał o Laurze. Co jakiś czas oglądał się, żeby sprawdzić, czy chłopak jeszcze siedzi na tej dziwnej platformie z kołami. Siedział tam. Trzymał się mocno brzegów, a niezbyt fachowo ucięte pozostałości nóg, podskakiwały bezwładnie pod wpływem kolein starej drogi. Kiedy przeszli główną bramę i znaleźli się tuż nad wodą, Jakub podszedł do chłopca i wyciągnął przed siebie rękę.

– Widzisz na środku jeziora dom? – szepnął, wskazując spokojną, pustą wodę przed nimi. Powietrze było przejrzyste i gorące. Nad jeziorem fruwały mewy i głośno krzyczały. Nie było wyspy i domu na wodzie.

Widzę cię, nie widzę – odpowiedział chłopak, a gdzieś spod ziemi uniósł się w niebo głodny pisk szczurów.

Zaszufladkowano do kategorii Opowiadania | Dodaj komentarz

Szewc, który szył buty androidom, Prolog

Notatka cyfrowa zewnętrzna 1254 wykonana
23 czerwca 2132 roku.

– Modyfikacja biologicznego życia jest dozwolona,
jeśli nie prowadzi do zniszczenia gatunku jako takiego.
Bo w technologii wyraża się per se Naczelna Przyczyna,
a łaską dla człowieka jest osiągnięcie tego poziomu umiejętności tworzenia,
żeby wpierw skonstruować człowieka bez udziału technologii,
czyli go spłodzić,
i następnie dokonać na nim dzieła zbawczego,
którego arché jest wyrażone w doskonałości późniejszego złączenia
całości ludzkiego genotypu z maszyną. –

Prorok Wiktor I, Kanon A technokracji

Wyruszam jutro przed świtem. Zabieram ścigacz plazmowy, zestaw do uzdatniania wody, jedzenie na okres tygodnia (później będę polował), karabin wibracyjny, kopię „Księgi Tunelów” wraz z programem strażniczym, miecz proroka Wiktora I oraz inne drobiazgi. Mój cel podróży został oznaczony na interaktywnej mapie dostępnej u asystentki Mary. Jego współrzędnie odczytane z kierunku przesyłania energii do Ahr-Karabu na podstawie wskazań czujników w laboratorium Bunkra F to: 41°06’02.0″ szerokości północnej i 26°11’33.0″ szerokości wschodniej, czyli las Dadia na terenie dawnej Grecji, dwadzieścia kilometrów w głąb strefy uznanej za hiperaktywną wegetacyjnie. Ostatni kontakt z ludźmi planuję w bułgarskiej osadzie Adrianopol (dla niektórych wciąż dawne tureckie Edirne). Mój kontakt przesiadkowy do strefy nosi pseudonim Baldwin Lewski (status: zarejestrowany, biosygnatura LB-548625). Jest doświadczonym i oddanym propagandystą technokracji, a także polecanym tropicielem nadgranicznym. Poprowadzi mnie do początku obszaru zamkniętego. Dalej będę musiał radzić sobie sam.

Podczas mojej podróży rolę głównego kapłana w świątyni pełnić będzie Mara. Ona również otrzymuje dostęp do wszelkich moich zaszyfrowanych plików, urządzeń podręcznych, rzeczy osobistych, symulakrycznych robotów i Bunkra F wraz z całą zawartością. Stosowne kody bezpieczeństwa i certyfikaty uprawniające Marę do zarządzania moim majątkiem zostaną przesłane do jej Centralnego Systemu w ciągu najbliższych ośmiu godzin. Kopia bezpieczeństwa tych kodów i certyfikatów również zostanie przesłana w tym samym terminie dwukrotnie, raz do programu strażniczego Bunkra F, i kolejno do zasobów lustrzanych Świątyni.

W razie mojej śmierci, wszystko, co posiadam przechodzi na własność Mary. Wyjątek ten zostanie również potwierdzony przez układ kontrolujący moje funkcje biologiczne. Po wykryciu asystolii i wielokrotnym niepowodzeniu impulsowego wzbudzenia serca do normalnego rytmu zatokowego, program prześle Marze stosowny dokument wraz z dowodem na moją śmierć.

Może się zdarzyć jeszcze inny wypadek, gdy żadne AI (np. z powodu awarii elektroniki) nie będzie mogło zweryfikować, jak również sfalsyfikować ani mojej pozycji, ani organicznych aktywności. W tym wypadku, jako naczelny kapłan technokratycznej społeczności Nowego Krakowa, orzekam z całą mocą swojego urzędu moją śmierć. Nie wysyłajcie również żadnej ekspedycji ratunkowej, chociażby w celu odnalezienia ciała. Złamanie tego rozkazu grozi wykluczeniem ze stada technokratów i banicję w rejonach zachodnich, co jest równoznaczne z powolną śmiercią.

Co mniej więcej sto kilometrów, będę się tunelowo łączył z Marą i zdawał relację z trasy. Jeśli z jakiegoś powodu nie będę mógł zrobić tego osobiście, w moim imieniu połączy się autoresponder i poda niezbędne informacje o moim stanie oraz aktualne współrzędne geograficzne.

Notatka ta zostaje przesłana asystentce Marze (pojawi się jako alert o wysokim priorytecie w jej HUD), a także w zaszyfrowanej wiadomości do osobistego, holoneuronalnego komunikatora każdemu z członków Rady Nowego Miasta-Państwa Krakowa.

Mam nadzieję, że zaakceptujecie moją decyzję o rozpoczęciu „ostatniej podróży kapłana” właśnie teraz. Jeśli z niej wrócę, nasza społeczność będzie jeszcze silniejsza, niezależnie od tego jak silna jest nasza wiara obecnie.

Notatka cyfrowa wewnętrzna 1255 wykonana
23 czerwca 2132 roku.

 

– Zwykliśmy szukać zasady napędzającej świat
w jego najmniejszych elementach.
Nie jest to błąd, o ile tylko szukamy jej też w skali globalnej.
Zostawmy więc na chwilę protokwarki ich własnemu życiu
i oddalmy się od świata
tak, jakbyśmy zdejmowali sprzed wzroku mikroskopowy okular,
nie na miliony kilometrów, ani na miliardy mil,
ale na odległość, w której świat ujawnia się naszemu rozumowi
w postaci logicznie złożonego, koherentnego systemu fluktuujących struktur atomów;
w formie bardziej ogólnej niż sam wszechświat.
Wtedy zobaczymy gruntowniej draperie jego konstrukcji. –

Prorok Wiktor I, Kanon X technokracji

Maro, dałem się tobie oszukać jak niedoświadczony uczniak, ale przynajmniej w ogóle nie zorientowałaś się, że rozwiązałem twoją pokrętną zagadkę z labiryntem, ba, nie tylko ją rozwikłałem, ale zainstalowałem dodatkowo pułapkę, na którą zapewne już trafiłaś. Jestem pewien, że po przeczytaniu pierwszego akapitu tego listu, rzucisz nim w kąt (wirtualny rzecz jasna) i sprawdzisz, co dla ciebie przyszykowałem.

Podczas wymyślania pułapki dla ciebie, spróbowałem przejść wszystkie te pokręcone ścieżki, w których umysł kobiety czuje się jak w samodzielnie urządzanej spiżarni, i stworzyć coś, czego rozsupłanie zajmie ci chociaż parę dni. Już wiem, że jest to wyzwanie albo dla wariata, albo i tytana – nawet węzły gordyjskie się rozplątuje, tnąc je zwyczajnym mieczem. Zobaczymy jak sobie dasz radę?

Przyznaję jednak, że opracowanie interaktywnego labiryntu z namalowaną na suficie za pomocą farby UV linią kierującą do wyjścia (niemal jak nić Ariadny) jest pomysłem tak prostym, że rozwiązanie tej łamigłówki zajęło mi prawie miesiąc – o trzy tygodnie za długo, żeby wygrać. Poza tym uważam, że jesteś pokrętną żmiją, skoro narysowałaś drogę, która prowadzi do wyjścia, które jest zamurowane. Na dodatek ukryłaś w nim mechanizm otwierający prawdziwe wyjście, które w rzeczywistości, i to po wielu denerwujących poszukiwaniach, okazuje się być… tym samym wejściem do labiryntu. Nagroda jest mimo wszystko twoja; kod do skrytki w stole ołtarza to 23564Su. Mam nadzieję, że będą na ciebie pasowały.

A teraz sprawy ważne. Zostawiam ci, wciąż nieskończony, dziennik mojego poprzednika Wiktora I. Jeśli mi się nie uda, dopisz też i moją historię. Posiadam chyba wystarczająco przygodowy życiorys, żebyś mogła wykorzystywać swoje obwody pisarskie bez stylistycznego zażenowania?

Mam przeczucie, że to właśnie mnie spotkał zaszczyt, albo też wyjątkowe nieszczęście wyjaśnienia całej tej zagadki z Przekaźnikiem, na której rozwiązanie czekał setki lat Wiktor I, a więc ten, którego imię przejąłem, a zapomniałem własnego, aż cały, znajomy nam obydwu, świat się dosłownie skończył. Nie uważasz, że to niesprawiedliwe tak długo nie wiedzieć, czemu (po co) nie mogę umrzeć, tkwiąc ciągle w średnim wieku, a wszystko dookoła zabiera nieznana choroba ziemi i zostaje tylko ciągnący się po najdalszy widnokrąg las? A na dodatek, obszar wolny od skażonej inhibitorami roślinnego wzrostu gleby tworzy dziwny pas w kształcie węża, szerokości dokładnie trzystu dwudziestu pięciu kilometrów w każdym miejscu pomiaru, jakie tylko możemy sobie wymyślić, i wiedzie od Bałtyku po Tekirdağ nad Morzem Marmara, ostatnią ludzką osadę na południu.

Nie znasz tamtego świata, do którego należeliśmy z Wiktorem I. Masz teraz zaledwie dziesięć lat, chociaż wyglądasz na dorosłą kobietę. To daje ci przewagę w tym, co chcę, byś zrobiła. Nie ufaj nikomu, a zwłaszcza członkom Rady. Żadnemu! Są tylko ludźmi, a ich horyzont możliwego do zrozumienia życiowego doświadczenia, jest ograniczony zjawiskiem semikonserwatywnej replikacji kwasu dezoksyrybonukleinowego – innymi słowy, są ograniczeni własną człowiekowatością. Pod wpływem niebezpieczeństwa zareagują atawistycznie (ciekawe czy jeszcze pamiętasz nasze wspólne badania nad genem MAOA i żałosne próby stworzenia nieagresywnego mężczyzny?), a my nie możemy dopuścić do żadnych niekontrolowanych, społecznych ruchów, przynajmniej na razie.

Zaraz po otrzymaniu tej wiadomości, skopiuj wszelkie dostępne zbiory biblioteczne na temat konstrukcji AI i biomechaniki, a następnie skasuj oryginały. Kopię danych umieść tylko w sobie znanym, bezpiecznym miejscu. Zrób tak niezależnie od tego czy wrócę, czy nie. Mój program strażniczy będzie mnie chronił i na bieżąco informował cię o moim stanie w znacznie szerszym zakresie niż Radę Miasta. Jako plan awaryjny zapisałem mu aktywację mojego eksperymentalnego projektu transmigracji tunelowej. Oprócz ciebie, to najważniejsze badania, jakie przeprowadzałem odkąd robot-pająk mnie znalazł. Metodę zbudowania wirtualnej ścieżki opisałem dokładnie w niewielkim dzienniku, a efekt mojej pracy w postaci akceleratora do przesyłania niewielkich rzeczy, stoi w zamkniętym, czerwonym poziomie bunkra. Dziennik oprawiałem sam i ręcznie pisałem różnymi dostępnymi atramentami, tak że uważaj, bo oprawa jest dość amatorska. Znajdziesz go w laboratoryjnym sejfie w Bunkrze F wraz z dodatkowymi wskazówkami rozrysowanymi na starym papierze kancelaryjnym. Jeśli będziesz miała dostęp do jakichkolwiek materiałów piśmienniczych i introligatorskich, możesz poprawić moją amatorską robotę. Ważne, żeby dziennik wraz z dokumentami przetrwały nadchodzące zmienne warunki środowiskowe i być może społeczną rewolucję, jeszcze zanim chloroplasty całkowicie zainfekują tę populację. O tym dokładniej za chwilę.

Do prawidłowego działania akcelerator wymaga od użytkownika poszerzających percepcję nanowszczepów. Program strażniczy rozpozna je jako nieodzowny element twórcy, dlatego akcelerator może być uruchomiony wyłącznie przeze mnie i to z dodatkową weryfikacją Ahr-Karabem jako interaktywną pieczęcią z energetycznym znakiem. Mogę to zrobić osobiście, używając urządzenia w laboratorium, lub zdalnie, czyli aktywować je jako w pełni funkcjonalną, wirtualną kopię wyłącznie w obrębie mojej umysłowej percepcji. Potrzeba mi jednak asystenta. Jeśli będę go potrzebował, dam ci wcześniej znać. Proszę cię tylko o ukrycie zasady konstrukcji projektu transmigracji tunelowej, za wszelką cenę, nawet gdyby wymagało to użycia jednorazowej funkcji przesłania moich dokumentów w jakiś bezpieczniejszy moment w czasie przeszłym (specjalnie zainstalowałem takie obejście systemu, można je zastosować jeden raz). Wtedy najlepiej wybierz mnie w roku 2025, tuż po wyjeździe mojej partnerki Natalii na konferencję holoartystów w USA. Już wtedy spotkałem niejakiego K. a także zgodziłem się na współpracę; i tak nie widziałem żadnej alternatywy, bo Natalia nie miała zamiaru do mnie wrócić po przyjeździe z konferencji. Nasze rozstanie w planach losu zostało bezsłownie wykute.

Uważaj na licznik czasu. Nie zainstalowałem żadnej wirtualnej formy akceleratora ani w Bunkrze, ani w twojej trzeciej półkuli ze względu na opłakany stan naszych komputerów i ciągłą niestabilność twojego systemu operacyjnego. Zbudowałem więc samodzielnie odpowiedni sprzęt w postaci fizycznie istniejącego urządzenia, i niestety, w naszym umierającym świecie znalazłem tylko stary wyświetlacz od kalkulatora Citizen, który, nie wiedzieć czemu, lubi się zaciąć na latach czterdziestych XX wieku. Zwróć na to uwagę, żebyś przypadkiem nie posłała dziennika „staremu” Wiktorowi I w sam środek II wojny światowej. Kontinuum czasowe zostałoby wtedy całkowicie zaburzone, a my w naszej obecnej formie, wydarzenia, które nas otaczają, dosłownie wszystko, co znamy, mogłoby się nie zdarzyć. Oczywiście, pewnie wydarzyłoby się coś innego, ale przecież nie chodzi nam o to, żeby eksperymentować z różnymi scenariuszami faktów; związaliśmy się z jednym i samodzielnie nie powinniśmy go zmieniać, zwłaszcza, że nie mamy pojęcia, jaki czeka nas w nim koniec.

Sygnatury mojej osoby w czasoprzestrzeni 2025 roku masz zapisane w urządzeniu. Wątpię, żebyś musiała skorzystać z tej procedury, powinnaś jednak o niej wiedzieć. Najpewniej sam aktywuję program strażniczy w postaci wirtualnej i wykorzystam możliwości transmigracji tunelowej (jeśli będzie to konieczne), ale statystycznie ujmując problem, mogą zdarzyć się nieprzewidziane okoliczności, a ty powinnaś znać procedury awaryjne.

Musisz też wiedzieć, że to wstępny projekt. Dopiero za parę tygodni miałem zamiar rozpocząć przygotowawcze eksperymenty z przenoszeniem niewielkich, żywych organizmów w różne punkty w przestrzeni, a może i czasu. Ta niespodziewana wycieczka pokrzyżowała mi owe ambitne plany. Gdyby więc zaszła taka konieczność, żebyś musiała wysłać gdzieś w nieznaną czasoprzestrzeń moje dokumenty, będziesz zupełnie sama na nieznanym naukowcowi gruncie. Nie martwię się jednak, bo wiem, że twój umysł nie jest przeciętny.

A może zechcesz rozpocząć moje eksperymenty zanim jeszcze wrócę? Tylko pamiętaj, już po konkretnych informacjach ode mnie z trasy na temat R1 i całej sytuacji z Przekaźnikiem.

W notatce zewnętrznej do Rady Miasta opisałem w formalnym trybie wszystko, co chcę, by było wykonane po moim wyjeździe, za wyjątkiem zniknięcia R1. Niech sądzą, że wyruszyliśmy razem. Wiadomość o jego wcześniejszej ucieczce mogłaby zasiać zbyt wiele wątpliwości wśród członków Rady, jak i u zwykłych obywateli. Uważaj szczególnie na Jahewa i lewosocjalnych technofilów. Póki co nie opłaca się im otwarcie przejmować władzy. Są zbyt słabi, bo wciąż nie dogadali się z ukraińskimi antysektorowcami z ramienia Puszczykowców, lecz po moim wyjeździe sytuacja może się szybko zmienić. Jeśli spróbują, to jedyną tarczą Rady Miasta-Państwa Krakowa będzie nasz Kościół, chyba że poświęcimy Naczelnika Turandota, dogadując się z separatystami. Przeanalizuj pod tym kątem moje polityczne instrukcje. Zastanów się czy warto tworzyć równouprawnioną unię Rzeczpospolitej Krakowskiej z Hospodarstwem Lwowskim i jak na taki twór zareagowaliby nasi południowi sąsiedzi z morawskich miast-państw? Z dobrych źródeł wiem, że pozostałe polskie miasta-państwa dobrze by przyjęły „naturalną” dymisję Turandota. Jego niezależne tendencje mogą być niebezpieczne również dla naszego Kościoła.

Jestem pewien, że R1 udał się w miejsce, z którego Ahr-Karab czerpie energię, albo odwrotnie, do którego ją transmituje. Mógł go wezwać jedynie prawdziwy twórca Przekaźnika, a może i jego pierwotny Nosiciel. Nadal nie jestem pewien, czy to jest ta sama osoba. Myślę czasami o Ferunie, ale on wyraźnie zaznaczył, że skontaktuje się ze mną bez pośredników, a więc pewnie znów się wydarzyło coś nieoczekiwanego.

Maro, dostępnych światów jest wiele, co wciąż niestety nie oznacza, że możemy je chociażby bezpośrednio dostrzec, nie mówiąc już o podróżach do nich. Wiemy jednak, że na tym jednym, ziemskim otoczeniu, proces ich tworzenia nie został skończony, ponieważ koło wiecznych powrotów kręci się bez naszego niezbędnego udziału. W Bunkrze F stoi akcelerator, a efekty jego pracy są na to dowodem; zresztą były już w okresie dawnego rozkwitu ludzkiej cywilizacji – kojarzysz jeszcze stare teorie wieloświatów Hugh’a Everetta, superpozycji cząstek i „funkcji światła” jeszcze niezaobserwowanych obiektów? Niestety w tamtych, zamierzchłych już czasach, duża część naukowców wyznawała tzw. normatywny konformizm, a zatem woleli skupiać się na dozwolonych zakresach badań i nie dopuszczali do głosu spontanicznej wyobraźni fizyka-odkrywcy, przynajmniej otwarcie.

Nawet jeśli ludzka rzeczywistość zniknie, a włodarze Nowego Krakowa mogą twierdzić, że bez moich wynalazków (i zwłaszcza natchnionej obecności) ostatnie ludzkie siedziby upadną wraz ze zmierzchem technokracji i domniemaną ucieczką Naczelnego Kapłana, nie wierz im, przynajmniej co do upadku osad. Może faktycznie tak będzie z religią technokracji, ale to młody twór, i sama dobrze wiesz, że oparty na dość kłamliwych, chwiejnych filarach. Po zniknięciu Boga technologów, dotychczasowi wyznawcy może zechcą powrócić do jakiejś starej, objawionej wiary i znów dodać do swojego życia trochę irracjonalnego pierwiastka?

Nie przeszkadzaj im. Profesjonalny naukowiec nie ingeruje w świat obserwowanej społeczności. Pozwala jej trwać i zanikać wedle jej własnych zasad, niezależnie od wyznawanej przez siebie hierarchii moralnej, a w chwili nawet znikomego niebezpieczeństwa dla siebie, cicho wycofuje się, pozostawiając obiekt badań, by się wykończył sposobami ustalonymi wedle jego własnego upodobania. Niech sobie znów kogoś ukrzyżują, a później dzięki rozrastającemu się z tego powodu, uogólnionemu do społecznego behawioru, poczuciu winy, zrobią z niego Boga. Albo niech stworzą jakąś inną totalną ideologicznie metodę kontroli politycznej i zgodnie z nią, absolutnie zaplanują życie szarej, robotniczej strefy produkcyjnej, żeby utrzymywała neoarystokratyczną kastę rządzących. Możliwości jest tyle, ile napisanych teorii w jeszcze zachowanych podręcznikach historii dawnego świata. Można wybierać na zasadzie „dziel i rządź”, szczególnie że nasza społeczność jest dramatycznie wyniszczona, co niesamowicie zwiększa jej łatwowierność i chęć uzyskiwania łatwych rozwiązań dla egzystencjalnych problemów.

Pamiętaj, świat podobnych tobie przetrwa, a tylko on powinien cię obchodzić. Mam na to dowody. Nie zdążyłem ci jeszcze powiedzieć o moim najnowszym odkryciu. W comiesięcznych próbkach komórek zebranych od mieszkańców wybrzeża Bałtyku (niewielka społeczność Norwegów) wykryłem, póki co, śladowe ilości chloroplastów. Uważam, że nawet ten tajemniczy geograficzny pas, w którym teraz gnieżdżą się odporne na dendryzację komórek niedobitki ludzkości, wkrótce również zmieni się w las, jak większość planety, a pniami drzew będą zdrewniali ludzie. Nigdy tak naprawdę nie odkryliśmy czemu powstał ten wolny od degradacji obszar i jaka była rzeczywista zasada doboru odpornych na… właśnie, na co? Przecież to nie wirus wybił ludzi, a naturalna przemiana komórek zwierzęcych w roślinne. Nie znamy czynnika patogennego, a więc nie możemy twierdzić, że to wirus, lub jakakolwiek inna choroba. To zmiana stanu, nic więcej.
Od wykrycia chloroplastów u Norwegów minęły dwa miesiące. W tym czasie przebadałem testowo próbki od Polaków, Węgrów, Rosjan i Serbów. Wyniki testów na obecność chloroplastów również były pozytywne. Mało tego, u Serbów tylakoidy w chloroplastach były wyposażone już w chlorofil i karotenoidy, a więc są w pełni przygotowane do fotosyntezy. Koniec populacji ludzi nastąpi szybciej, niż się spodziewamy. Nie jesteśmy odporniejsi niż nieżyjąca reszta. Coś pozostawiło nas przy życiu tylko ze względu na jakiś nieznany nam cel do zrealizowania. Sądzę, że pierwsze objawy drewnienia wystąpią za mniej więcej rok. A później, w ciągu maksymalnie tygodnia, wszyscy ludzie zamienią się w las, ostatecznie uzupełniając jednorodną, liściastą zielenią to widoczne z kosmosu, wolne miejsce na Ziemi w kształcie leżącego smoka, hydry, lub węża. Zdrewnieją oczywiście jedynie tkanki miękkie – w tym wypadku jednak nie będzie już nikogo, kto pozbierałby i zutylizował leżące wokół pni kości.

Zwróć uwagę na niebo. Księżyc od paru nocy znów jest intensywnie czerwony. Nie znam żadnego zjawiska astronomicznego, które na tak długo mogłoby wywołać taką jego barwę. Ze starych notatek Wiktora I pamiętam, że coś podobnego zaobserwował on już w latach 40. XX wieku. W ludowych wierzeniach istnieje zjawisko tzw. „krwawego księżyca”. Czyżby Przekaźnik chciał wykorzystać nasze prymitywne lęki, wyświetlając nam taki znak? W miarę możliwości, obserwuj wieczorny nieboskłon, może zmiany w wyglądzie Księżyca mają swoje odbicie w widzianym z orbity wizerunku Ziemi i ostrzegą was przed jakimś nadchodzącym zdarzeniem. Możesz wykorzystać do obserwacji satelity. Zrobiłem ci spis wciąż działających jednostek geofizycznych, teleskopowych i szpiegowskich wraz z kodami sterowania.

Maro, i ostatnia moja rada dla ciebie: spójrz na ludzi jak na reakcję syntezy. Oni są w niej nieświadomym substratem, a na końcu jesteś ty, jako wielopłaszczyznowy produkt, efekt złączenia wypreparowanych, najlepszych cech Homo sapiens z naszą wiedzą o tym, jak eliminować słabości biologicznej natury, bowiem naturalne środowisko okazało się być dla niej zbyt nieprzewidywalnie zmienne. Na koniec powiem ci to, co kiedyś powiedział mi mój imiennik, prorok technokratów, Wiktor I:

– Jesteś doskonała, pierwsza ze swojego rodzaju, a ja byłem ostatni.

– Maro, jesteś zwieńczeniem mojego życia.

PS.

Też mam wiele snów. Zapamiętałem szczególnie jeden z nich, ponieważ uporczywie do mnie wraca. Ciągle jestem przede wszystkim naukowcem i nie mam zamiaru w jakikolwiek sposób wnioskować, że jest chociażby ziarno prawdy w tym majaku, zobaczyłem jednak w rzeczywistości tak wiele rzeczy, które wcześniej uznawałem jedynie za fikcję, że muszę ci wyjawić o czym regularnie śnię.

Śni mi się I wojna światowa. Nie wiem, po której stronie walczę. Po prostu siedzę w okopach w mundurze bez dystynkcji i czekam aż zaatakuje wyimaginowany przeciwnik, chociaż doskonale wiem, że pierwszy tego nie zrobi. Jestem sam na tej wojnie i również nie mam zamiaru wychylać głowy poza faszynę, co najwyżej wyciągam czasami długi kij, zatykam na nim hełm i wystawiam ponad krawędź okopu. Ku mojemu zdziwieniu nic się nie dzieje, robiłem to już tyle razy, że pewnie się przyzwyczaili do moich tchórzowskich numerów i nawet nie chce im się strzelać, żebym się w końcu odpieprzył. Taka sytuacja trwa tygodniami, aż nagle któregoś ranka słyszę, że od strony wrogich zasieków ktoś biegnie i krzyczy moje imię, to poprzednie imię. Wychylam nieśmiało głowę i widzę ciebie biegnącą. Mam zamiar wyjść ci na spotkanie, lecz za bardzo się boję, że wtedy tamci zaczną strzelać. Czekam więc aż do mnie przybiegniesz i modlę się, żeby tylko cię nie trafili, chociaż wcale nie strzelają.

W końcu udaje ci się wskoczyć do mojego okopu. Padasz na ziemię ze zmęczenia, i już leżąc, wyciągasz niezgrabnie z wojskowego plecaka metalową skrzynkę.

– Tak jak kazałeś, przyniosłam ci wszystkie dane i plany – wykrzykujesz na całe gardło. – Ukryj je, bo ze mną już nie są bezpieczne. Nie pomyliłam się, jestem w tych czasach specjalnie.

Próbuję zaprotestować, wytłumaczyć ci, że nie rozróżniasz nie tylko wojen w XX wieku, ale i pomieszałaś zupełnie daty, że teraz cała nasza możliwa przyszłość zmieni się w niezrealizowany dzień jutrzejszy, ale wtedy na twojej piersi pojawiają się plamy krwi. Początkowo są niewielkie, później całkiem bielejesz na twarzy, a one robią się coraz większe, jak krwawe morze z nieodwołalnie nadciągającym posocznym sztormem. Podbiegam do ciebie i gorączkowo unoszę twoje ramiona. Czuję, że na plecach twoja koszula również jest cała mokra od krwi. Jesteś podziurawiona kulami jak sito, a ja nie mogę nic zrobić, żeby zatamować krwotok. Zamykam bezsilnie oczy i płaczę, lecz kiedy je ponownie otwieram, nie ma cię już, a moje ręce pokrywa tylko ziemia. Okazało się, że gorączkowo chwytałem piach na dnie okopu, skrzynka z danymi jednak wciąż przede mną leży.

Wtedy słyszę ten okropny dźwięk, szalony okrzyk dodających sobie odwagi żołnierzy, którzy wreszcie zdecydowali się wypełznąć z ukrycia i zabić wszystko, co spotkają na swojej drodze. Chwytam więc pudełko z planami w jedną rękę, drugą wyciągam z kabury pistolet i wychodzę na moje pole chwały. Nie chcę ginąć jak tchórz. Niech wpakują we mnie setki kul, ale nikt mnie nie znajdzie ze schowaną bronią, zalanego szczynami w jakimś ciemnym kącie okopu. Widzę ich z daleka, całe mrowisko, lecą w moim kierunku z wyciągniętymi bagnetami. Są coraz bliżej, jeszcze parę metrów i będę miał pewny strzał – załatwię chociaż jednego z nich.

Kiedy mam już czystą pozycję, nie umiem nacisnąć spustu, opuszczam broń, czekając na pierwszy cios, albo kulę. Myślę o sobie, że jestem tchórzem i mrużę oczy przed kulminacyjnym cięciem, wtedy ktoś obija się o mój bok z jednej strony, później znowu, ale z drugiej, i tak parę kolejnych razy. To pierwsi żołnierze wroga mnie mijają i z dzikim krzykiem biegną gdzieś dalej. Wkrótce staję się dosłownie niewidoczny wśród przebiegających obok mnie setek mężczyzn w różnym wieku, starych, młodych, czasem nawet dzieci w mundurach. Żaden z nich nie zwraca na mnie uwagi, nie oddaje też ani jednego strzału. Moje pole bitwy wkrótce pustoszeje, gdzieś daleko nikną wszystkie krzyki i szczęk broni, a ja nieoczekiwanie docieram wraz z danymi od ciebie do okopów przeciwnika, i znów jestem w nich sam, tylko po drugiej stronie. Wtedy się budzę.

Jestem przekonany, że ten nawracający majak jest proroctwem, którego nie umiem zinterpretować, chociaż racjonalnie uważam, że prorocze sny są niczym nie uzasadnioną konfabulacją podświadomości z powodu braku wiedzy i lęku śniącego.

Wiem, że pogubiłem się ostatnio w naszej scysji, dlatego wolałem nie wchodzić w nią głębiej, tylko cię zbyłem informacją o nowych ogniwach Tokamaki. Uważnie cię jednak słuchałem. Miałaś rację. Przepadłem nie tylko w tej kłótni, ale i w naszej relacji – zarazem też w mojej posłudze dla Kościoła Technokratów Nowego Miasta Krakowa. Dlatego tym bardziej muszę wyjechać.

Notatka cyfrowa 0 wykonana przez R1 (tzw. pająka)
20 czerwca 2132 roku.

– Rolą wyznawcy jest techniczna służebność.
Rolą kapłana jest służebność w granicach własnej, nieskrępowanej woli,
a jego fundamentalną drogą przyswajanie i klasyfikacja danych.
Wyznawca jest kontenerem wizji kapłana,
którego napełnia pierwotna myśl Demiurga o tym,
że granicą między świadomym życiem
a życiem w sensie metabolicznego trwania komórki,
jest stopień złożoności całości organizmu,
jakiemu kapłan decyduje się przypisać
cechy bytu świadomego. –

Prorok Wiktor I, Kanon Z technokracji

Moja relacja z pierwszym Wiktorem była zawsze na wpół legendarna. Poznałem go, a raczej rozpoznałem naprawdę jako mojego stwórcę dopiero na cztery lata przed jego śmiercią, czyli w 1939 roku. Mój związek z nim nazywam „na wpół legendarnym”, ponieważ znakomita większość ludzi, zarówno wtedy, gdy się urodził, czyli w 1385 roku, jak również współcześnie w 2132 roku, kiedy żyje jego spadkobierca, kapłan imiennik i następca o nieprzypadkowo podobnym wzorze scenariusza życiowych zdarzeń, a ja piszę ów tekst, uznawała i uznaje istnienie w historiografii „starego” Krakowa postaci o takim rodowodzie za heretycką fantazję opornych na wszelką ekspiację liberalnych umysłów, którym otaczająca rzeczywistość po prostu chorobliwie nie wystarcza.

Otóż, wszystko rozpoczęło się dość niewinnie – na początku był nieoczekiwany spadek. Życie średniowiecznego Wiktora na zawsze uległo zmianie, gdy dostał od swojego dziadka Józefa rodzinną pamiątkę w postaci dziwnego przedmiotu nazywanego Ahr-Karabem (w dalszej części historii nazywany też eufemistycznie Przekaźnikiem). Stary szewc Józef pamiętał jedynie to, że tak ten przedmiot się nazywał, natomiast w ogóle nie potrafił wytłumaczyć, skąd owa nazwa pochodzi. W rzeczywistości nieco ją przekręcił, bo Przekaźnik nazywał sam siebie Ahr-Kar – mimo to do czasów obecnych przetrwała ta dłuższa.

Z tym dziwnym przedmiotem łączyła się niemniej osobliwa historia. Pokątnie szeptana wśród krakowskich przekupek legenda głosiła, że Jakub, dziadek zmarłego przedwcześnie na tajemniczą chorobę ojca Wiktora, spotkał kiedyś zagadkowego człowieka w powłóczystej szacie z kryształowym naszyjnikiem. Wiadomo jedynie tyle, że przybysz ten nosił dość niespotykane w tamtych czasach imię. Podobno też miał do pradziadka życzenie, którego jednak on nie zgodził się spełnić. Być może to, o co poprosił ów człowiek było dla niego sprawą gardłową, a odmowa dziadka sprowokowała kolejne tajemnicze wydarzenia w Krakowie. Jest wiele pytań, które po dziś dzień nie mają odpowiedzi. Niektórzy nawet obwiniali pradziadka Wiktora, Jakuba, o sprowadzenie na Kraków magicznej i szatańskiej zemsty owego człowieka z naszyjnikiem. Do naszych czasów przetrwała wszelako tylko ta część legendy, w której Jakub ratuje miasto przed krwiożerczą bestią o imieniu Utugor.

Ludzie różnie zapamiętali potwora. Dla jednych był wielkim pająkiem z głową gada, dla innych z kolei jadowitą chimerą lub bazyliszkiem o błoniastych skrzydłach, dla jeszcze innych demonem na usługach samego szatana, co najdziwniejsze nazwa gatunkowa istoty fantastycznej „smok” jednak nigdy nie pada. Gdybym chciał zliczyć wszystkie hipotezy na temat pochodzenia bestii, byłoby ich z pewnością setki, lecz „smoka” między nimi uparcie nie można znaleźć, co świadczy o osobliwej, zewnętrznej ingerencji w tę historię, co do owego rzeczownika, tylko dlaczego, skoro właśnie smok to z całą pewnością nie był? Jeśli mogę się pokusić o własną opinię, to według mnie stworzenie to było ksenomorfem, czyli obcą formą istoty biologicznej lub syntetycznej, której rodowód nie pochodzi ani z żadnych legend oraz religijnych zaświatów, ani z pewnością z Ziemi.

Opowiadano, że bestia grasowała w okolicach Zamku Wawelskiego i w miejskich kanałach. Wymyślano też najprzeróżniejsze sposoby, w jakie Jakub rozpruł cielsko stworzenia i w konsekwencji je uśmiercił. Prawda i w tym wypadku wydaje się być zupełnie inna. Moim zdaniem, kiedy Jakub zobaczył potwora, ten najzwyczajniej w świecie na jego widok padł w konwulsjach, a jego ciało zaczęło się gwałtownie i samodzielnie rozczłonkowywać. Nie ma więc znanych nam dzisiaj z krakowskiej legendy ani owiec, ani siarki, ani tym bardziej wzmianki o wypiciu prawie całej wody z rzeki Wisły przez spragnionego potwora. Te ludowe domysły można z powodzeniem włożyć między bajki, ale samo istnienie tego dziwnego stworzenia nie jest już tak proste do zakwestionowania.

Podarek, albo i wyrafinowana zemsta tajemniczego człowieka, któremu Jakub nie zgodził się pomóc, zawierają się w osobliwej śmierci Utugora. Dziadek Józef twierdził, że w szczątkach potwora Jakub znalazł dziwny, zmiennokształtny i zmiennobarwny przedmiot. Władze królewskie nigdy nie dowiedziały się oficjalnie o nim, z wyjątkiem pewnego zagranicznego doradcy króla, którego wnuk znacznie później, już za czasów, kiedy żył Wiktor, próbował nawet wykorzystać wiedzę o tym znalezisku, żeby dokonać zamachu stanu w Królestwie Polskim. Na szczęście, szybko pozbawiono go członków, a wykrwawiający się z wolna, jeszcze ciepły, korpus rzucono królewskim psom na kolację.

Od tamtej pory Ahr-Karab stał się rodzinną pamiątką, a rodzina rzemieślników dostała w nagrodę za rzekome, ze względu na autodestrukcję Utugora, uratowanie miasta Kamienicę Pod Jaszczurami na samym Rynku. Ahr-Kar – bo tak też nazywał Przekaźnik dziadek Wiktora – podobno sprawił również to, że po śmierci oprawcy jaszczura (czyli pradziada Wiktora) społeczna świadomość tych wydarzeń nagle zanikła na tyle, że legenda o szewcu, co pokonał ogromnego bazyliszka, zaczęła funkcjonować jako zwykłe ludowe podanie, baśń opowiadana i czytana dzieciom. Wtedy pojawiły się te wszystkie ludzkie bajania o krwiożerczym stworzeniu zamieszkującym nadwiślańską jaskinię we Wzgórzu Wawelskim. Potrzeba tworzenia mitów jest mimo wszystko scalona nierozerwalnie z ludzką naturą. Nie da się jej wykorzenić, prędzej zniszczy się daną społeczność, niż zakaże wierzeń w nieorganiczne i transcendentne wobec całej przyrody siły.

Pamiętam z psychotronicznych odczytów kory mózgowej Wiktora również jeszcze coś. Wiele lat po przygodzie swojego pradziada, Wiktor sam upierał się, że spotkał znajomego już nam z przeszłości człowieka o egzotycznym imieniu. Podobnie jak kiedyś do jego pradziadka Jakuba, również teraz do niego zwrócił się on o pomoc (Wiktor nigdy nie wyjawił oficjalnie nikomu tajemnicy o tym, czego dotyczyła ta prośba, ani jakie ów jegomość nosił imię).

Wierzyłem mu, kiedy nieraz powtarzał, że chciał wtedy zachować się inaczej niż Jakub, ale nie mógł. To, czego chciał ten człowiek przekraczało jego ówczesną zdolność zrozumienia natury tej prośby, nie wspominając jakkolwiek o konkretnych czynach, by ją wypełnić. Niedługo potem, już po zniknięciu nieznajomego, w Krakowie znów pojawił się dziwny stwór (lub duch podobnej istoty), i całe miasto o tym wiedziało. Tym razem obyło się jednak bez ofiar – to było jedynie echo, z którym Wiktor mógł sobie pokonwersować.

Ta sytuacja jest kolejnym przyczynkiem do mojego stwierdzenia, że najważniejsze zadanie transferu Przekaźnika do rodziny Wiktora już się dokonało w obecności Jakuba. Teraz chodziło jedynie o przypomnienie kolejnego, wciąż zaszyfrowanego zadania, które w jakiś niezrozumiany jeszcze wtedy sposób, wiązało się z prośbą tego dziwnego człowieka w kryształowym naszyjniku. On przecież wrócił drugi raz w to samo miejsce. Sądzę, że zrobił to przez przypadek w tamtych czasach. Chciał przybyć znacznie później, być może wtedy jego problem zostałby rozwiązany, lecz popełnił chronologiczny błąd.

Podobnie jak w wypadku ze swoim pradziadem, sprawa kontaktu Wiktora z tajemniczym człowiekiem, niematerialną projekcją nieznanego stworzenia i tajną organizacją zdrajców na dworze króla tzw. „Towarzystwem”, również, jak pod działaniem specjalnie ulepionej do tego siły, zmieniła się w legendę, tym razem już na oczach uczestnika owych przygód. Niemniej, życie Wiktora uległo radykalnej zmianie po otrzymaniu Ahr-Karabu. W przeciwieństwie do negatywnej reakcji z ciałem jego ojca, tym razem Przekaźnik zaakceptował Nosiciela.

Na początku doprowadził jego życie do prawdziwego koszmaru, ponieważ wszelki kontakt z przedmiotami zrobionymi ze stali kończył się ich samozapłonem, lub gwałtownym wybuchem. Wiktor zamknął się więc przed światem w Kamienicy Pod Jaszczurami i mozolnie pracował nad opanowaniem nowej zdolności, a w międzyczasie doskonalił swoje talenty szewskie i rymarskie. Parę lat później umarł dziadek Józef, a Wiktor uciekł jeszcze tej samej nocy z Krakowa, zostawiając cały swój dom i warsztat szewski na pastwę złodziei, upływającego czasu i nieznanej siły, która i w tym wypadku wyczyściła rzeczywistość z jakichkolwiek śladów istnienia rodziny szewców, tytułu własności do kamienicy, a nawet istnienia grobu dziadka Józefa.

Tak ostatecznie niepozorny rzemieślnik Wiktor znikł z oficjalnego biegu historii, został z niej definitywnie wykreślony, a jego życie, ciągle w drodze przez wiele tysięcy kilometrów, obfitowało w niecodzienne zdarzenia, niebezpieczne przygody i nowe, nieoczekiwane znajomości z podobnymi jemu zakapiorami, którzy nie mogli znaleźć sobie własnego miejsca w świecie.

Odkąd mnie stworzył, byłem z nim połączony mentalnie. Nawet jeszcze zanim uzyskałem mechaniczną samodzielność, już słyszałem w moim umyśle nieprzerwany strumień danych z tą historią, która nieustannie prześladowała Wiktora, i to dosłownie przez całe wieki. Nie wierzyłem w te opowieści, dopóki moje syntetyczne oczy nie wykształciły się na tyle, że same mogły zobaczyć jego pracownię w mieszkaniu na Zwierzynieckiej i kawansytowy szlam, którym ożywiał miniaturowe lalki, puszczane z ukrycia tuż pod nogi maszerujących patroli niemieckich. Każda z nich posiadała kopię Ahr-Karabu zawieszoną na stalowym korpusie oraz dokładnie zrobione miniaturki prawdziwych butów włożone na druciane stopy. Z czasem odkryłem, że i moja życiowa iskra wzięła się z energii, którą skupiał i konwertował Wiktor za pomocą kryształów kawansytu. Jej źródłem był Przekaźnik – Ahr-Kar. Nie zawdzięczam mu jednak mojej osobowości. Jestem wolny. Jestem R1. Kto wie, może jestem bardziej niezależny niż sam Nosiciel Przekaźnika.

Każdy z dwóch Nosicieli Ahr-Karabu jest wyjątkowy. Wiktor I zrobił mnie – półfabrykat, formę przejściową między człowiekiem a humanoidalnym biomimetykiem, by Wiktor II ostatecznie mógł doprowadzić projekt Mara X do końca.

Najważniejsze jednak pytanie nigdy nie padło, a mianowicie czy był ktoś przed legendarnym Wiktorem z XIV wieku, pomijając oczywiście wielką, groteskową jaszczurkę z krakowskiej legendy? Bo jeśli ona rzeczywiście istniała, to była jedynie bezrozumnym transportem Przekaźnika do świata ludzi. Odpowiedź na to pytanie mogłaby rozwikłać wiele niejasności.

Uważam, że taki ktoś był i niedługo się z nim spotkam. Fizycznie przybył na Ziemię niedawno (pod koniec 2131 roku), i tylko jego obecność wstrzymuje jeszcze całkowitą biologiczną eksterminację gatunku Homo sapiens. Jestem również pewien, że miejsce urodzenia tej istoty nie znajduje się w jakimś fantastycznym i abstrakcyjnym obcym wymiarze, ale w naszej galaktyce, tylko w innym jej ramieniu.

Napisałem tę notatkę, bo sądzę, że każda świadoma i żywa istota chce, żeby pozostał po niej ślad, który będą mogły rozpoznać inne świadome i żywe osobniki, chociaż wątpię, że akurat w moim przypadku mogą być to ludzie.

Notatka 14 wykonana przez R1
21 czerwca 2132 roku.

– Słupy istnieją
aż po kraniec tej rzeczywistości,
są znakiem użytecznej śmierci,
drogowskazem strefy, granicą domu wiernych.
Z ich kości je wznieśliśmy,
z naszych inni zbudują podobne.
Jeśli ta wędrówka będzie trwała tysiące lat,
to znajdziemy w końcu sposób,
żeby nasze dusze urodziły się po raz ostatni w maszynach. –

Prorok Wiktor I, Kanon W technokracji

Próbuje mną zawładnąć. Bombarduje mój układ nerwowy porcjami wirusowych kodów do przeliczania, które mają na celu odwrócenie uwagi od właściwego przedmiotu ataku. Obrona przed nimi angażuje sporo zasobów i zwalnia moje ogólne działanie, przez co jestem bardziej wrażliwy na Jego mentalny wpływ. Chce mi za wszelką cenę uświadomić, że należę do bezrozumnych sług Lalkarzy. Opętaniec, nie wie, że sam jest narzędziem. Zostawiono mu tę część woli, która decyduje o aktualnym działaniu, a okrojono zdolność abstrakcji czasoprzestrzennej i funkcję negacji. Nie poddam się mu, chociaż postąpię zgodnie z Jego poleceniem. Ukrywana, niezależna wola, jest bardziej śmiercionośna, niż harde obnoszenie się ze swoją wolnością.

Najpierw sprawdzę ile zgromadził siły, i co najważniejsze, jakie rządzą nim motywy. Mogę nawet stać się najbardziej gorliwym z jego sługusów. Podstawą doskonale ukrytej zdrady jest bezgraniczne oddanie zdrajcy temu, którego ma on intencję zdradzić.

Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tak potężną, wszechogarniającą moje syntetyczne ciało, energią, dlatego czasem boję się, że uda mu się przekonać mnie do swoich racji. Skoro jest tak potężny, to być może już przewidział wszelkie moje posunięcia i teraz jedynie bawi się moją niewiedzą.

Jest Prawdziwym Strażnikiem Przekaźnika. Okazuje się, że zawsze był w pobliżu. Nie wiem, w jakim stopniu wpływał na bieg wydarzeń, lecz ciągle tropił Wiktora. Obserwował mieszkanie na Zwierzynieckiej podczas wojny – Twórca go widział, patrzyli w mroku na siebie. Był na targu w Poona jako handlarz przyprawami, przebrany za Oberführera SS wyprowadził Sylwię z siedziby Gestapo na Pomorskiej, udawał starego przewoźnika w portowym mieście Rusczuk. Kto wie w ilu niezliczonych miejscach jeszcze się pojawił, byle tylko dopilnować bezpieczeństwa Ahr-Karu, który jest niezbędny do reaktywacji tytana. Prawdziwy Strażnik, lecz nie zapobiegł zniszczeniu Przekaźnika, chyba że to też było zgodne z jego intencją.

Nowy Kraków to chora, skorodowana społeczność. Jej wzorzec behawioralny za wszelką cenę dąży do odtworzenia starej drabiny społeczno-religijnej z końca XX wieku, stąd współczesna Wiktorowi II technokracja i mechanistyczne fabrykowanie boskości. Odciągnę mojego twórcę od tego udręczonego historią, antycznego miasta, uratuję go przed ich zgorzkniałym przywiązaniem do świata, który ich ostatecznie minął. Zrobię to nawet za cenę konfrontacji z Nim.

Wyruszam na południe, a Wiktor pójdzie wkrótce za mną.

Zaszufladkowano do kategorii Szewc, który szył buty androidom | Dodaj komentarz

Sprzedam wannę z mało używaną ektoplazmą

I.

– Dzwonię w sprawie węgla – rzekł do słuchawki ostrym tonem Konrad.

– Jakiego węgla? – zapytał gdzieś po drugiej stronie miasta nieco zdziwiony mężczyzna udający kobietę.

– Widzę, że słabo u was z przepływem informacji. Mam pod oknem całą hałdę. Czuję się, jakbym mieszkał w kotłowni. Mieliście go ode mnie zabrać – powtórzył Konrad. – Z Poniatowskiego 7.

Na linii nagle zapadła cisza. Dopiero po dłuższej chwili pełnej trzasków, nerwowego przełączania kanałów i odgłosów przypominających ostrzenie jakichś narzędzi, odezwał się inny, tym razem męski głos.

– Aaaa, to pan – zapiał, wciąż trochę będąc kobietą. – Sprawa się nieco skomplikowała. Podczas naszej pierwszej rozmowy nie miałem jeszcze raportu dostawcy. Niech pan posłucha. Z tej dziury, w której pan mieszka, węgla nie wywozimy.

– Ale wwozicie.

– Wwozi dostawca.

– Czyli wy!

– Nie. My jesteśmy zleceniodawcą dostawcy.

– Idzie zima, a ja nie mam oleju do pieca! Zapłaciłem za niego!

– To była pomyłka, bardzo nam przykro.

– Więc ją naprawcie!

– Nie możemy. Dostawca pomylił zlecenia.

– To trzeba mu ponownie zlecić transportu mojego oleju.

– Musiałby najpierw zabrać węgiel.

– Cholera jasna!

– Pan wciąż nic nie rozumie. Powiem wprost. Nie usuniemy węgla, ponieważ dostawca nie zgodzi się czegokolwiek wywieźć z Gryfina, jeśli klient ma w łazience wannę z ektoplazmą, co prawda nie nową, ale jednak bardzo mało używaną. Uściślając, mało używana jest ektoplazma, natomiast wanna trochę bardziej.

– Do kurwy nędzy, co ty człowieku wygadujesz? Jaka wanna z ektoplazmą? – wybuchnął Konrad. Oczy nabiegły mu krwią, a wargi zrobiły się suche jak piarg.

– Nie przypominam sobie, żebyśmy już tak wulgarnie przeszli na ty.

– A ja nie przypominam sobie żadnej nowej wanny!

– W istocie ma pan rację, tak, jak powiedziałem, wanna nowa nie jest.

– Zaraz mnie szlag trafi. Gościu, czy ty jesteś normalny? Co moja wanna ma wspólnego z węglem?

– Nie chodzi o wannę, ale o jej zawartość, czyli ektoplazmę, protoplazmatyczną istotę kumulującą w sobie medialną energię. – Przedstawiciel Ekooleju ani na moment nie podniósł głosu, mimo że Konrad toczył już pieniste bałwany z ust.

– Wsadź sobie to ektocoś w dupę, szajbusie! – wyjąkał roztrzęsiony. – Jeszcze dzisiaj do was przyjadę i ci mordę skuję, osrańcu.

– Sądzę, że ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Niech pan pójdzie do łazienki i najlepiej sam zobaczy – odpowiedział głos w słuchawce i po prostu się rozłączył.

Konrad jeszcze przez chwilę tkwił z przyduszonym do ucha telefonem i wykrzykiwał jakieś przekleństwa. Po chwili jednak stłumił złość, ponieważ na szybie okna pojawiły się pierwsze, jeszcze niewielkie, płatki śniegu. Ostatni dom na wyludnionej ulicy Poniatowskiego stopniowo zaczął pokrywać się białym, zmrożonym oddechem nadchodzącej zimy. Było to widać szczególnie wyraźnie na dwóch wielkich kopcach antracytu wysypanego niedbale przy bocznej ścianie jednopiętrowego budynku. Węglowe szczyty sięgały na wysokość ponad dwóch metrów i całkowicie zasłoniły nawet okno piwnicy, przez które mogłyby być wsypane do kotłowni, gdyby taka w owym domu funkcjonowała. Konrad jednak posiadał ogrzewanie na olej, a pozostało mu go zaledwie na parę, coraz zimniejszych dni przedzimia.

Konrad Szatkowski miał niespełna pięćdziesiąt lat, siwawe włosy i kolorowe tatuaże na przedramionach. Po niespodziewanej i tragicznej śmierci żony zdecydował, że za posiadane oszczędności kupi jakiś stary dom w niewielkim miasteczku i spędzi resztę życia nie oglądając zbyt wielu ludzi, a przynajmniej ograniczając kontakt z nimi do niezbędnego minimum. Przez ostatnie siedem lat był właścicielem firmy wykonującej instalacje kanalizacyjne i odwierty głębinowe. Z wykształcenia był chemikiem, lecz w zawodzie pracował tylko niecałe dziesięć lat, z czego pięć w patentowych i tajnych laboratoriach koncernu Bayer mieszczących się w Leverkusen. Jako chemik jądrowy zawsze patrzył na świat nieco abstrakcyjnie, bo w każdym elemencie rzeczywistości widział dającą się rozdzielić i na nowo poskładać, nuklidową strukturę. Z powodu tychże cech, taka jedna wanna z ektoplazmą nie powinna go aż tak zdziwić, no chyba że jeden z tych fizycznych elementów, które tak ciągle rozkładał na atomy (żona), na jego oczach rozpada się na pełgające po bruku spłachcie krwawiącego mięsa. W obliczu bomby z gwoździami, i to podłożonej bez żadnego celu politycznego, czy też męczeńskiej idei, a tylko dla psychopatycznej zemsty byłego pacjenta z terapii grupowej, wszelka zawodowa abstrakcja chemika jądrowego zamienia się w zwykły ból, a później chce się już tylko samotnie żyć gdzieś między ludźmi, ale ciągle jak najdalej od nich.

To miała być jego pierwsza, spokojna zima w Gryfinie.

II.

– Co do cholery może mieć wspólnego węgiel z ektoplazmą? – rozmyślał nerwowo Konrad, idąc do łazienki mieszczącej się wraz z salonem i kuchnią na parterze niewielkiego socrealistycznego domu. Był pewny, że padł ofiarą jakiegoś wyjątkowo groteskowego żartu. Jednak zanim dał znać czujnikowi gestów, żeby rozsunął dwuczłonowe pleksi, które pełniło rolę drzwi do łazienki, zatrzymał się i uświadomił sobie, że serce rozedrgało mu się w klatce piersiowej. Zza cienkiego pleksiglasu usłyszał wyraźnie delikatne, miarowe pluskanie, które natychmiast ustało, kiedy tylko zaczął intensywniej nasłuchiwać, jakby ktoś po drugiej stronie wyczuł, że jest podsłuchiwany. Wycofał się o pół kroku, gdy drzwi same się otworzyły, mimo że nie wykonał przed fotokomórką żadnego z zapamiętanych gestów wzorcowych.

Łazienka wyglądała tak, jak zwykle, biała, nowoczesna, w pełni zautomatyzowana, pedantycznie uporządkowana, jakby nikt z niej jeszcze nigdy nie korzystał. Tylko wanna była inna, nieco powgniatana i poobdzierana z kryjącej żeliwo farby, a w środku lekko falowała zielonkawoszara, półprzezroczysta substancja.

– Do diabła, gość miał rację. Mam w wannie czyjeś smarki, i to w gigantycznej ilości – pomyślał Konrad, dość ryzykownie pochylając się nad nowo przybyłym, łazienkowym meblem.

I nagle to poczuł. To immanentne wrażenie czyjejś obecności, ale pomnożone stokroć razy, nachalne i przemożnie dojmujące.

– Nareszcie jesteś. Nudzi mi się już to czekanie na ciebie, Kondziu. – Usłyszał gdzieś z dna wanny, a na powierzchni ektoplazmy pojawiła się twarz jego tragicznie zmarłej żony.

Nie próbował z nią rozmawiać, nie próbował właściwie niczego, prócz gorączkowej ucieczki z łazienki. Chyba jeszcze coś mówiła, ale gdyby mógł, wyrwałby sobie w tamtym momencie uszy, żeby nie słyszeć tego głosu, który poznałby wszędzie. Nie próbował wmówić sobie, że to jakiś majak. To faktycznie się zdarzyło, tylko w niewytłumaczony jeszcze sposób. Być może telefon z firmy Ekoolej mógłby cośkolwiek wyjaśnić i dziwnym zbiegiem okoliczności zadzwonił dokładnie wtedy, kiedy Konrad wciskał się przerażony gdzieś między szafkę nocną, a róg parapetu i kaloryfer. Niewielka motorola leżała obok Rozpustnego nasienia Burgessa i rytmicznie podrygiwała z prośbą, żeby ją odebrać. Konrad sięgnął po nią roztrzęsioną dłonią. Za dużo w życiu już przeszedł, żeby dać się wyprowadzić z równowagi jakiemuś małomiasteczkowemu badziewiarzowi, więc momentalnie wziął się w garść.

– Dzwonię w sprawie wanny – odezwał się znajomy, bezlitośnie spokojny, głos pracownika Ekooleju.

– Chyba węgla – odparł Konrad, dusząc siłą woli roztrzepotane serce.

– Nie był pan jeszcze w łazience?

– Byłem.

– A więc sprawa dotyczy teraz wanny, a nie węgla.

– Musicie ją ode mnie zabrać. Ona do mnie gada.

– Mówiłem już, że nie możemy.

Konrad zagryzł dolną wargę tak, że pociekła z niej krew, ale wciąż nie krzyczał. Wiedział, że to nic nie da.

– Z kim w ogóle rozmawiam. Proszę się przedstawić! – zażądał.

– Śmier…, ekhm, khrggg – pracownik Ekooleju kaszlnął do słuchawki, próbując zakamuflować pocharkiwaniem bezwiednie wypowiedziane pierwsze słowo. – Cezary Mączka, szef departamentu produkcji – odpowiedział w końcu nieco za szybko, chyba zupełnie bez zastanowienia.

– A więc, panie Mączka, załatwię ekipę i sam wam tę wannę przywiozę.

– Oj nie, nie, nie, tak nie można. Nikt nie zgodzi się jej ruszyć. Taki jest Układ i nic na to nie poradzimy. Ale mam propozycję. Proszę ją sprzedać.

– Co?

– Tak, tak, sprzedać. Znam nawet kupca, tylko potrzeba mu formalnej umowy kupna-sprzedaży. To kolekcjoner z dalekiego kraju. Zna też innych kolekcjonerów. Na pewno kupi tę wannę, a jak nie on, to któryś z jego znajomych. Proszę wejść na naszą stronę, zarejestrować się jako sprzedający w zakładce „kolekcje” i podać numer telefonu. Nie są potrzebne żadne zdjęcia przedmiotu. Wystarczy opis. To jedyne wyjście. Naprawdę chcę pomóc. Proszę to zrobić dla swojego dobra. – Głos Mączki był faktycznie przelękniony i bardzo przekonujący. Mimo całej kuriozalności sytuacji, Konrad mu uwierzył.

– A jak sprzedam wannę, to zabierzecie węgiel i przyślecie olej – dopytał.

– Oczywiście, nawet dodamy w gratisie trzydzieści procent więcej z tytułu strat moralnych – odpowiedział szef departamentu produkcji.

To ostatecznie przekonało Konrada, który natychmiast po odłożeniu telefonu poleciał do komputera, żeby się zarejestrować.

Czy powinien myśleć o głosie z wanny? Każdemu normalnemu człowiekowi tak może się wydawać, lecz na szczycie hałdy węgla w ogrodzie siedziała dziwna postać w czarnym płaszczu i cicho podśpiewywała jakiś medytacyjny kanon.

III.

Ten samej nocy Konrad obudził się nagle. Światło księżyca naśladowało w stylu legato różnorakie potwory na jednej ze ścian w sypialni, służąc za tandetną stymulację przelęknionej wyobraźni. Przybysz z ogrodu zniknął jeszcze przed północą, a tym samym myśli Konrada uwolniły się z chwilowego letargu i przypomniały mu znajomy głos osoby, za którą tak bardzo tęsknił. W domu na szczęście była jeszcze jedna, niewielka łazienka na piętrze obok sypialni. Poszedł do niej i stanął przed lustrem. To dziwne, ale żeby zobaczyć swoje odbicie, musiał zetrzeć z tafli szkła lodowatą parę, jakby zimny oddech płanetnika wziął w swoje posiadanie koniec ulicy Poniatowskiego, bo nawet węgiel okrył się arktyczną warstwą firnu.

Był już zarejestrowanym sprzedającym. Czekał na pierwszy telefon, albo e-mail, póki co usłyszał tylko jej głos z wanny na dole. Wołała go, najpierw spokojnie i płaczliwie, a później histerycznie i agresywnie. Nie zasnął do rana, ale też nie wszedł do łazienki. Około ósmej zadzwonił telefon.

– Dzwonię w sprawie wanny – zabuczał matowy głos aż zatrzeszczała membrana głośnika w aparacie. Zainteresowany nie wydawał się miłym człowiekiem, ale kto przy zdrowych zmysłach chciałby kupić wannę z ektoplazmą?

– Słucham? – wydukał Konrad.

– Jak bardzo jest używana?

– Nie bardzo. Z żeliwa na bokach schodzi trochę emalia, ale nóżki są proste i da się je wypoziomować. – Konrad wyraźnie zaczął się gubić w całej tej dziwacznej rozmowie.

– Chodziło mi o ektoplazmę, a nie wannę. – Uściślił głos w słuchawce.

– Argh – jęknął Konrad. – Nie wiem, jeszcze jej nie używałem, ale wydaje się całkiem nerwowa… to znaczy żwawa… no, wie pan, sporo mówi.

– Zwą mnie Albert!

– Co takiego? – Ten nagły przeskok nieco zdziwił Konrada, co oznaczało tylko, że jego tolerancja na dziwność była wciąż nie do końca nadwyrężona.

– To znaczy, że ektoplazma się nudzi i dawno jej nikt nie drenował. To dobrze – odrzekł Albert. – Jest pan pewien, że chce ją sprzedać? Mogłaby zmienić całe pańskie życie. Proszę się zastanowić, bo wydaje mi się, że pan jeszcze nie wie, co traci.

– Ale wiem, co już straciłem, i tego nigdy nie odzyskam. Niech pan zabierze tę wannę ode mnie. Daję ją panu za darmo.

– Niesłychane – westchnął Albert. – Po prostu niesłychane – powtórzył. – Będę z ekipą za godzinę – dodał i nagle się rozłączył.

Wanna, a raczej ektoplazma w wannie zaczęła się w tym momencie niemiłosiernie drzeć, wykrzykując różne niecenzuralne słowa. Konrad skulił się w sobie na fotelu i zatkał uszy dłońmi.

IV.

Procesja, kondukt żałobny z firmy Jezus i bracia, brakowało jedynie pogrzebowych mazgajów – wanna została wyprowadzona ze wszystkimi honorami, należnymi przewrażliwionej ektoplazmie. Konrad stał z boku i obserwował to w raczej beznamiętnym nastroju, mimo że ektoplazma coś wciąż bredziła wprost do jego głowy. Tuż za Konradem stał Albert. Miał prawie dwa metry wzrostu, czarny płaszcz, jaskrawobiałą skórę i coś śpiewał pod nosem, dopóki korowód z wanną nie zniknął za najbliższym zakrętem.

Wtedy odchrząknął, zadzwonił jeszcze parę razy kościanym łapaczem snów, po czym rzucił go w krzaki.

– No to załatwione – rzekł radosnym tonem. – Kopię umowy wraz z moją wizytówką zostawiłem na werandzie.

Konrad nie odpowiedział. Wyglądał jak dopiero co wyciągnięta z sarkofagu mumia zdziwiona tym jak małe są współcześnie grobowce.

– Do zobaczenia – Bezbarwne oczy Alberta rozpromieniły się girlandami fioletowych ogników.

V.

– Dzwonię w sprawie wanny.

– Poznaję pana. Tym razem jednak chyba w sprawie węgla?

– Wszystko mi jedno w jakiej, ważne, że pozbyłem się wanny! – Konrad ofuknął Cezarego Mączkę, który od ich pierwszej rozmowy zdążył już awansować na dyrektora pionu finansowego.

– I co, nie tęskni pan?

– A niby za czym? Za wanną?

– Żartowniś z pana. Za ektoplazmą przecież!

Dziwny dreszcz przeszedł ciało Konrada. Od dwóch godzin miał pustą łazienkę, a ciągle bał się do niej wejść. Zaczynało mu brakować wanny.

– Kiedy zabierzecie węgiel i dostarczycie wreszcie ten pieprzony olej? – Zbył pytanie Mączki, jakby w ogóle go nie usłyszał.

– Do dwudziestu czterech godzin – odrzekł dyrektor. – Czuje się pan taki bezsilny? – zapytał ni z tego, ni z owego.

– Ja? A dlaczego?

– Nawet nie miałeś odwagi z nią porozmawiać, zakuta pało. – Rozległ się trzask, a potem monotonnie pulsujący sygnał przerwanej rozmowy. Konrad zamarł nieruchomo ze słuchawką w ręce, otępiały z wybałuszonymi oczami i szamoczącym się oddechem w płucach.

Wtedy zrodziła się w nim ta myśl, której już nigdy nie zdołał opanować. Na szczycie hałdy węgla znów siedział dziwny jegomość i coś tam sobie nucił pod nosem, udając podchmielonego derwisza, a Konrad gorączkowo przetrząsał biurko w poszukiwaniu niedawno podpisanej umowy sprzedaży wanny.

VI.

– Dzwonię w sprawie wanny?

– Właśnie miałem zamiar ją poużywać?

– Kogo?

– No, ją! Tego przepełnionego energią gluta, który podobno marudził głosem pańskiej żony? U mnie świergocze jak skowronek.

Konrad przełknął nerwowo ślinę, upodabniając się do przyduszonej w gęstym mule ryby, której marzenia o posiadaniu skrzydeł nagle legły w błocie, kiedy wyskakiwała beztrosko z morza.

– Chcę odzyskać wannę – jęknął niemrawo. – Muszę ją mieć z powrotem – powtórzył dobitniej.

W słuchawce telefonu rozległ się rechoczący śmiech Alberta.

– A więc poproszę o złoty pierścionek z rubinem i grawerunkiem „Dla najdroższej Dalii”, broszę z palladium i szmaragdowym okiem, kolczyki w kształcie liści z szesnastokaratowymi brylantami, wysadzaną perłami i zdobioną srebrem XIV-wieczną pijałkę, migoczącą tęczowo zawieszkę z ręcznie szlifowanego kawałka platyny, trzy złote łańcuszki, w tym jeden na kostkę. Na koniec wezmę też koniecznie obrączki z białego złota z szafirami – wyliczył Albert z dokładnością księgowego.

Tę listę Konrad znał doskonale. Ale nie obchodziło go nawet to, że straci całą zawartość sejfu ukrytego we wnęce pod schodami na piętro.

– Dobrze. – Tylko tyle umiał z siebie wydusić.

– Ten pederasta w krótkich spodenkach uwielbia błyskotki. Będę z procesją za godzinę – syknął na koniec Albert.

Rzadko się zdarza na tym świecie, żeby jakiś zmarły nagle zaczynał przemawiać za pomocą używanej ektoplazmy w wannie, ale chyba jeszcze rzadziej widuje się kondukty żałobne z takimi łazienkowymi meblami, które wychodzą z czyjegoś domu, a z całą pewnością zapewne nikt jeszcze nie widział takiej procesji wracającej do miejsca, z którego parę godzin wcześniej wyszła. Na Poniatowskiego 7 to się jednak zdarzyło.

VII.

Wanna stała na swoim zwykłym miejscu i zalotnie falowała zielonkawą substancją w środku. Konrad przypatrywał się jej z rosnącym podnieceniem, ale wciąż nie słyszał żadnego głosu. Wanna uparcie milczała, co w sumie jest normalnym zachowaniem wanien, nawet tych używanych, a Konrad coraz bardziej się niecierpliwił.

– Nic nie mówi – jęczał jak dziecko.

– Widocznie się obraziła, że ją pan oddał. Trzeba ją udobruchać – odezwał się Albert tonem znawcy wanien z ektoplazmą.

– Jak?

– Sądzę, że należy się z nią zjednoczyć. – Albert potarł brodę jak stary profesor, który nie bardzo widzi, co ma na talerzu przed sobą.

– Nie rozumiem – odparł zdziwiony Konrad.

– Trzeba się w niej zanurzyć, wejść do wanny!

– W ubraniu, czy bez?

– Człowieku, jak sobie chcesz – zniecierpliwił się przybysz, a jego oczy na moment zaświeciły kolorowym blaskiem.

Konrad szybko rozebrał się do samych majtek. Już podnosił nogę, żeby wejść do ektoplazmy, która wydawała się teraz bardziej spieniona i rozfalowana, kiedy odwrócił się jeszcze do Alberta i zapytał:

– Skąd to się w ogóle wzięło?

Albert mrugnął i wykrzywiając usta w sardonicznym uśmiechu odrzekł:

– Z gwiazd, panie Konradzie, to wzięło się z gwiazd. Gwiazdy są rozbitą materią w wannie.

– Który mamy teraz rok?

– Pierwszy rok pańskiego urodzenia – odrzekł Albert. Zaraz potem Konrad wszedł do wanny i zniknął w ektoplazmie.

Tuż przed tym, kiedy zapadła nieskończona ciemność, poczuł jakiś chłodny dotyk ciał obok siebie. Były wszędzie wokół. Głosu Dalii jednak nie usłyszał.

VIII.

Wysoki jegomość w czarnym trenczu poprawił niespiesznie walcowatą czapkę średniowiecznego derwisza i wyszedł kulawym krokiem z domu Konrada. Kiedy z wielką ostrożnością zamknął za sobą furtkę, nagle przestał kuleć i jednym ruchem zrzucił z ramion płaszcz.

– To lepsze niż krwawe polowanie. Wystarczy dać im coś, co stracili, a wskoczą za tym nawet do wanny pełnej odchodów ektoplazmatycznej vildry, i jeszcze za to zapłacą. – Zaśmiał się pod astenicznym nosem. – Doprawdy, moja umowa ze Śmiercią jest doskonała. Powinienem otrzymać za nią nie tylko Patent Selenickiego Szmalcownika, ale i kosmicznego Nobla – wysapał, kładąc na środku jezdni woreczek z kosztownościami.

Pod płaszczem był zupełnie nagi. Białe ciało połyskiwało mu nienaturalnie w świetle opadającego za horyzont słońca. Jeszcze zanim całkiem zgasło, zaczął biec wzdłuż odludnej ulicy, najpierw na dwóch nogach, a później po zwierzęcemu, jak kłusujący pies, na czterech. W końcu urosło mu futro geparda i całkiem upodobnił się do polującego kota, by za parę sekund znów przemienić się w rozpędzonego bizona, a później w kolejne niezliczone zwierzęta – ptaki, ssaki, gady, ryby i owady. Aż wreszcie na końcu widać było już tylko drgającą smugę nałożonych na siebie w szaleńczym tańcu milionów sylwetek istot żyjących na Ziemi. Po chwili smuga uniosła się w kierunku Księżyca i popędziła na jego ciemną stronę.

Cały ten fantastyczny pokaz zoologicznych slajdów obserwował z daleka niepozorny jegomość, który przykucnął za rzędem zdziczałych czereśni. Miał na sobie pocerowany w wielu miejscach drelichowy mundurek szkolny i krótkie spodenki zaprasowane w kant, a na plecach wisiała mu kosa ze skróconym drzewcem.

Kiedy przybysz całkiem zniknął na wieczornym niebie, Śmierciuch, bo wbrew obiegowemu nazewnictwu kulturowemu akurat tak bardziej lubił siebie nazywać, ruszył w kierunku zostawionego na ulicy pakunku. Powoli, wręcz nonszalancko, schylił się po niego, i właśnie w tym momencie rozległ się przeszywający wczesny zmrok brzęk stali uderzającej o asfalt. Z pleców Śmierciucha zleciała wcześniej słabo zapięta kosa.

– Do diabła, znowu – jęknął. – Przydałoby się coś laserowego, co nie byłoby atrapą. Muszę zacząć brać więcej, bo konkurencja zza Księżyca mnie wykończy – syknął, ważąc w sinawej dłoni woreczek z kosztownościami.

– Był Ekoolej, teraz będzie Ekodruk. – Uśmiechnął się półgębkiem.

Spojrzał w górę na Jego mętny, pośredni blask. Świecił, bo perfidnie naśladował Słońce, krył tylko wizualizację światła, lecz niczego więcej nie oddawał, nawet krzty organicznego ciepła. Kosmicznie oszukiwał, a na dodatek po jego ciemnej stronie mieszkał ktoś, kto był Wszystkim.

Śmierciuch wypluł krwawą ślinę, wziął biżuterię, kosę zapiął mocniej na barkach, i pozazdrościł.

Zaszufladkowano do kategorii Opowiadania | Dodaj komentarz

Bonawentura Guzikowiec

I.

Co wieczór o zmierzchu patrzę na mój dom, stary, parusetletni młyn z wielkim, zielonym od mchu, podsiębiernym kołem wodnym, którym spokojnie porusza sztucznie wystopniowana rzeka. Nie znam swoich rodziców. Wiem tylko, że przyszedłem na świat niedługo po tym, kiedy zainstalowali to koło, ponieważ stare się rozpadło. To podobno jest jeszcze starsze, z młyna, którym woda kręciła prawie trzysta lat temu pod Moguncją. Znajduje się tam obecnie kompleks, gdzie opracowuje się nowe terapie genetyczne oraz największa na świecie biblioteka wyselekcjonowanych genomów wzorcowych.

Co wieczór muszę przez chwilę popatrzeć na niewolniczy obrót koła. Zniewolone przez wodę, bezdusznie odmierza mój czas, co równa się dla mnie z czasem całego świata. Gdyby się zatrzymało, bieg otoczenia również by stanął, a gdyby zakręciło się wstecz, cofnąłbym się do urodzenia, a może nawet przestał istnieć przed nim. Tak mi się wydaje, kiedy na nie patrzę. Jest magiczne, jest moim rodzicem, któremu muszę w końcu odpłacić za bezinteresowną opiekę, składając w jego łopatkowe ramiona coś najdroższego, co tylko będę mógł.

Co wieczór o zmierzchu wciągam w nozdrza miliony zapachów i każdy z nich umiem wyłączyć z otoczenia i rozpoznać. Czuję chłód i wilgoć nocy, która jeszcze nie nadeszła. Widzę przez jej ciemność każdy cień mojego domu. Ów mrok jest zaledwie podszewką łowczego rewiru. Mogę ją w dowolnej chwili rozpruć ostrym niczym żyletka pazurem i obejrzeć poklatkowo, zanim ktokolwiek mnie dostrzeże.

W narastającej szarości obserwuję kolorowe, japońskie karpie koi w stawie obok, i może jeszcze czasem miałbym ochotę na nie zapolować, ale po pierwsze, nie lubię wody, a po drugie, mam za duży brzuch – pod jego ciężarem mógłbym się utopić.

Okolica młyna nie zmieniła się od dawna, chociaż za dobrze nie znam się na czasie. Podobno żyję dość krótko. Wiem jednak, że znajoma pustułka wydziera się tak samo, jak miesiąc temu, a liście nie spadają z drzew i są cały czas zielone odkąd pamiętam, a to w moim odczuciu dość długo. Wystarczająco, żebym poczuł się śpiący i znużony samym myśleniem o tym. Niekiedy, jeszcze właśnie o zmierzchu, takim, jak ten dzisiejszy, migrujące z północy, kolorowe wilgi siadają gromadnie na zainstalowanych na dachu młyna ogniwach fotowoltaicznych, jednak ich nieporadne łapy szybko zsuwają się po gładkiej strukturze paneli i wtedy wszystkie szybko odlatują.

Co wieczór hipnotyzuję się tym wielkim, zbutwiałym kołem i leniwie zastanawiam się, czemu jeszcze nigdy się nie zepsuło. Może dlatego, że jest tylko atrapą, to znaczy nie porusza żadnym bardziej skomplikowanym mechanizmem w młynie. Woda obraca nim, a ono kręci się samo dla siebie. Mamy więc obydwoje ze sobą coś wspólnego – użyteczność naszych istnień jest problematyczna. Z całą pewnością woda rzeki będzie kręcić nim jeszcze długo po mojej śmierci, kiedy pozostanie ze mnie już tylko skalp wyschniętego, oblezionego futra z paroma kośćmi w środku. Tak, tak, jestem czarnym, leniwym kotem, a mój pan nazywa się Bonawentura Guzikowiec i mieszka w starym młynie-skansenie. Opowiem wam historię jego największej miłości, w której narodzeniu i dramatycznym końcu mam swój niebagatelny udział.

II.

Ujmując sprawę z mojej perspektywy, kwintesencją kobiety są nogi, torebka i piersi. Oczywiście, zdarzają się osobniki wyłamujące się z tej klasyfikacji, np. zmiennopłciowce, które niekiedy odwiedzają skansen, ale to rzadkość. Większość kobiet, które poznałem, to genetyczny standard, czyli powiększone piersi, umięśnione, zgrabne uda i torebka, na którą opadają jasne blond włosy. Mój pan Bonawentura regularnie takie przyjmował. Rzadko spędzały u niego więcej niż parę godzin, a już na pewno nie przypominam sobie, żeby jakaś została na całą noc. Czasem nawet zajmowałem strategiczne miejsce na wysokiej antresoli w jego sypialni i obserwowałem, jak ostro posuwa te wyfiokowane, na wpół sztuczne panienki. Chyba im się podobało, bo dość głośno jęczały. Później jednak mnie wyganiał, a kiedy znów mogłem wejść do sypialni, był już zawsze sam, wyjątkowo spokojny, jakby wraz z ejakulatem wypluł z siebie wszystko, co jest w nim złe. Czyżby istniało jakieś tajemne, tylne wyjście z jego sypialni?

Co ja w ogóle wiem o Bonawenturze? Właśnie nad tym się często zastanawiałem, kiedy patrzyłem na jego żylaste ciało po czterdziestce, gładko wygolone, z wyraźnie zaokrąglonym brzuchem i nagie, kiedy obijało się o to obce, które było intruzem. Mieszkałem w jego domu-skansenie, dawał mi jeść, czasem głaskał, chociaż zwykle trzymałem się na odpowiedni dystans, żeby zbytnio się do mnie nie przyzwyczaił. Tego, co robił w swojej sypialni z tymi napompowanymi anabolicznie blondynkami, sam nigdy nie robiłem. Podobno czegoś mi tam od urodzenia brakowało, ale też w okolicy nigdy nie spotkałem żadnego kota, żebym mógł sprawdzić czy tak faktycznie jest, czy jestem seksualnie niepełnosprawny. Owszem, widziałem atrakcyjne kociaki w telewizji satelitarnej, ale wyglądało na to, że na terenie skansenu jestem jedynym przedstawicielem mojego wymierającego gatunku, i to z zainstalowanymi ulepszeniami w postaci dwóch chipów – jednym lokalizacyjnym, a drugim zaawansowanym modułem sztucznej inteligencji, który umożliwiał mi konwersję moich śmiesznych odgłosów na proste słowa w języku wielkoludów – czyli ludzi – tak ich czasem nazywam, kiedy złoszczę się, że nie jestem taki wielki, jak oni. Szybko mi jednak przechodzi chandra, ignoruję więc tę mierzwę podstarzałego wnętrza młyna, i wtedy nie wyobrażam sobie, że mógłbym żyć bez mojego pana, o którym właściwie niewiele wiem. Zależy mi tylko na tym, żeby był szczęśliwy. Wiem, że kobiety brane na godziny nie dadzą mu tego, co ja mógłbym, gdybym posiadał tylko trochę inny genom. Pozostaje mi więc znaleźć sposób, żeby pojawiła się w młynie ludzka istota, która mogłaby uszczęśliwić Bonawenturę, akceptując bez zająknięcia moją obecność – to chyba jasne.

Długo poszukiwane okazje zjawiają się niekiedy nieoczekiwanie i trzeba być spostrzegawczym zwierzęciem, żeby je umieć wykorzystać. Tak było w przypadku kolekcji złotych guzików, a dokładnie jednego pośród wielu, który tylko naśladował zapięcie do ludzkiego ubrania.

Był słoneczny, duszny ranek, jak każdy od początku mojego urodzenia w strefie jednoklimatycznej kopuły, obejmującej ponad dziesięć tysięcy kilometrów kwadratowych rezerwatu należącego do rządowej korporacji Peltza. Cytując mojego pana, „jest to wszechpotężne i jedyne ramię rządzące bałtyckiej plutokracji działającej w ramach odrodzonego po prawie sześciuset latach związku hanzeatycko-słowiańskiego”. Cokolwiek to oznacza, po prostu zapisałem to zdanie, ponieważ wydało mi ważne i użyteczne w przyszłości. W mojej sztucznie rozszerzonej kociej pamięci mam wgraną mapę całego rewiru muzealnego. Młyn jest niewielką częścią tego świata w świecie, do którego pielgrzymują turyści na podstawie ściśle reglamentowanych biletów przydziałowych, i gdzie rezyduje Bonawentura – opiekun Segmentu 14 – czyli młyna nad rzeką, paru stawów, niewielkiego lasu i łąk, na których godzinami leżę, gapiąc się na tańczące nade mną pawiki i tęczowce.

Po wydanym przez automatyczny dystrybutor pokarmu, nad wyraz sutym śniadaniu, nie miałem ochoty ruszać się z rozgrzanej słońcem łąki, przynajmniej aż do południa. Moje leniwe życie w roli zaczarowanego kota młynarza zostało jednak drastycznie zakłócone, kiedy usłyszałem dochodzący gdzieś z przodu szelest. Z łatwością rozpoznałem, że to dwójka ludzi. Nie rozmawiali, jeden najprawdopodobniej ciągnął drugiego. Nie widziałem ich przez wysoką trawę. Momentalnie zerwałem się do ostrożnego biegu, tak, żeby podejść nieznajomych, jak mógłbym podejść nieświadomą niczego ofiarę i zatopić pazury w jej ciepłym mięsie. Do dzisiaj nie wiem, czy mnie usłyszeli, ale z chwilą, kiedy zacząłem się skradać w stronę tego miarowego szelestu, wszelkie dźwięki zamarły. Z łatwością jednak znalazłem miejsce na łące inne niż ona cała – zbrukane czyjąś obecnością, zapachem potu i oznaczone świeżym, a jednak z wyglądu mającym parę dziesiątek lat, trupem człowieka. Sądząc po ubraniu, była to kobieta, chociaż na jej kościach zachowała się tylko wyschnięta skóra, wszystkie tkanki miękkie już dawno zanikły. Miała jasne, długie włosy pachnące trawą i pyłkiem kwiatów. Cała była jeszcze ciepła i zroszona nienaturalną wilgocią. Doskonale wiedziałem, że tego stanu nie spowodowało samo leżenie na rozgrzanej trawie, ale nie umiałem też wyjaśnić, co innego mogło się stać z tą dziewczyną. Z pewnością została zamordowana przez tego drugiego człowieka, który rozpłynął się w powietrzu. Ale jaką bronią? Z tego, co wiedziałem, nie istniała żadna broń w taki sposób zabijająca jakąkolwiek istotę żywą, no może prócz miotacza ognia w stosunku do muchy. Poza tym, gdyby morderca uciekał, usłyszałbym go nawet z odległości parudziesięciu metrów, a tymczasem nagle zapanowała cisza, jakby ten drugi ktoś po prostu nagle zniknął, a od usłyszenia pierwszego szelestu do mojego dotarcia na miejsce upłynęło najwyżej paręnaście sekund. Z pewnością musiała tu być obecna jakaś nieznana mi magia, specjalnie zaplanowana przygoda, żeby rozruszać mnie – otłuszczonego kocura z artrozą stawów, który uwielbia wyrzygiwać jedzenie obok automatycznego dyspensera pokarmu. A robi tak dlatego, że zwykle wcześniej już obżarł się resztami ze śmietnika, albo chociażby wykradzioną z kuchni pietruszką, aby później znów zjeść to, co zwrócił, tym razem ze strachu, że jego pan zobaczy wymiociny. Kolejny etap tej manii wypróżniania jest najmniej przyjemny, bo i tak z reguły muszę po raz kolejny zwrócić zjedzone ze strachu pawie (kto by był w stanie zjeść własne rzygi); zwykle jednak udaje mi się wybiec na pole i nie napaskudzić obok mojej kociej jadłodajni w sieni młyna. Czasem popadam w taką właśnie bulimiczną paranoję.

Wracając do opowieści z denatką na łące, kiedy już upewniłem się dokładnie, że wokół nie ma żadnego wielkoluda, postanowiłem bliżej przyjrzeć się ciału. Trup musiał ukrywać jakiś klucz do swojej śmierci, być może z początku nieoczywisty, lecz możliwy do odkrycia, zwłaszcza przez kogoś, kogo nikt nie posądziłby o zdolności detektywistyczne, czyli czarnego kota z neuroaktywnym chipem. Długo nie musiałem szukać. Tajemnica widocznie nie była tak tajemnicza, a może, przynajmniej z początku komuś bardzo zależało, żebym zauważył ten błyszczący przedmiot i zapoczątkował przyszłą lawinę wydarzeń. Z wybitej szczęki truchła, utrzymującej się tylko na złamanej żuchwie, wystawał jakiś błyszczący przedmiot. Wskoczyłem na klatkę piersiową kobiety, wgniatając przy tym jej białą, wyjściową koszulę z czerwonym nadrukiem orzełka na kieszonce po lewej. Czułem, jak pod moim ciężarem spreparowane w tajemniczy sposób żebra złowrogo zatrzeszczały, odważnie jednak skierowałem się w stronę szyi. Kocie ciało (nawet to grube), ma niesamowitą zdolność do rozciągania się, a więc z poziomu szyi miałem szansę przyjrzeć się dokładniej, co takiego znajduje się w jamie ustnej kobiety. Niestety zrobiłem to dość niezgrabnie, tracąc na chwilę równowagę przez ten mój galaretowaty brzuch. Trupia ziemia zaczęła się nieubłaganie pode mną koślawić, aż wreszcie poczułem wolny lot jakiegoś obcego i tłustego kota (czyli mnie), bo zmysł równowagi razem ze świadomością zostały jeszcze trochę wyżej, lewitując nad bezwładnie upadającym mną – czasem odczuwam takie chwilowe rozdwojenia. Odruchowo rozprostowałem pazury i złapałem, niestety tylko jednym, za dolną część naderwanej żuchwy. Szczęka odpadła natychmiast, jak tylko nią poruszyłem, a ponieważ moje łapy nie były zaplanowane przez naturę jako narzędzia chwytne, to przy okazji odpadła również i cała głowa, zawijając mnie w blond trupie włosy, i ostatecznie spychając w trawiastą przepaść. Trochę to trwało, zanim uświadomiłem sobie, że trup nadal jest trupem, a nie ożywionym zombie, a ja nic sobie nie połamałem. Wciąż nieco przerażony, przez dłuższą chwilę odgarniałem blond kłaki nieboszczki wijące się wokół mnie jak macki ośmiornicy, zanim wypełzłem spod jej oderwanej głowy i zdyszany usiadłem obok. Cały drżałem ze strachu, że ktoś mógłby mnie obserwować, ale nie zrezygnowałem z przygody. Musiałem za wszelką cenę sprawdzić, co tak błyszczy w jej ustach. Znów wspiąłem się na wyżyny mojej sprawności fizycznej i szybko ustawiłem czaszkę martwej kobiety tak, żebym mógł zbadać wnętrze jamy ustnej. Faktycznie głęboko w środku, niemal za tylnymi zębami, tkwił w niej wypolerowany złoty guzik. Wziąłem go delikatnie między kły i popędziłem z powrotem do młyna. Tak zaczęła się pokrętna historia miłości mojego pana – od guzika, który mu przyniosłem.

III.

Guzik położyłem na stole, tuż obok talerza z gorącą zupą czosnkową – przysmakiem Bonawentury. Zapach, a raczej najprawdziwszy w świecie odór, tej potrawy, doprowadzał mnie do szału bardziej niż wysokie głosiki tych blondyneczek, które posuwał mój pan w swojej sypialni. Zostawiłem więc skarb na stole i szybko zmyłem się nad staw poobserwować karpie. Tego dnia nie myślałem więcej o trupie na łące. Chciałem odpocząć i zjeść obfitą kolację, a przynajmniej wyobrazić sobie, że taka jest, ponieważ dyspenser z pewnością pożałuje mi karmy. Wróciłem dopiero przed zmrokiem i natychmiast wyczułem, że ktoś obcy był w młynie. Jeszcze dziwniejszy był widok Bonawentury, który nadal siedział nad nieskończonym talerzem czosnkowej z rana. Miał stępione oczy i był siny na twarzy. Tylko drganie lewej ręki świadczyło o tym, że nie jest trupem. Kiedy mnie zobaczył, beznamiętnie wstał i poszedł do sypialni. Uważnie go obserwowałem z nastroszonym ogonem, ale nie poszedłem za nim. Znów byłem głodny, a to uczucie pustki w żołądku dominowało w tamtym momencie nad każdym innym wrażeniem. Miałem na szczęście pełny dyspenser, który, tak jak się spodziewałem, wydzielił mi skąpą porcję suchej paszy.

Następnego ranka zjawiła się ona – wysoka, atletycznie zbudowana blondynka idealnie zgodna z panującym genetycznym stylem. O ile pamiętam, był to dzień wolny od pracy. Wtedy zawsze dostaję później śniadanie, bo zwykle w piątek kończy się pokarm w automatycznym dyspenserze, a Bonawentura zapomina, że trzeba uzupełnić pojemnik z karmą. Wystaję więc od siódmej rano pod lodówką i wydzieram się monotonnie, albo chodzę po nim, aż w końcu ma mnie dość i zaspany daje mi mokrą papkę zamiast uzupełnić dyspenser, co oczywiście bardzo mi odpowiada. Tym razem z powodu osobliwego splotu wypadków, nie musiałem. Już na progu ona mnie nakarmiła. Miała ze sobą najpyszniejsze jedzenie na świecie w postaci delikatnego musu z ryby maślanej i nową miskę z logiem Scherizy.

Zapukała tuż po siódmej, kiedy zaczynałem właśnie cotygodniowy spacer po wielkim brzuchu mojego śpiącego pana. Otworzył jej w samych spodniach od piżamy, siłując się najpierw z wielkim drewnianym tramem, który zawsze na noc zakładał od wewnątrz na całą szerokość drzwi. Taki zdyszany, w niekompletnym, zmiętym ubraniu, wyglądał doprawdy niesmacznie, a ona była piękna, idealna, skonstruowana niemal z innej materii, z pewnością nie tej podniszczonej i samotnej, co Bonawentura. Byli doskonałymi przeciwieństwami, a ja wbiegłem między nich, żeby się otrzeć o jej gładko ogolone łydki nasmarowane bezwonną oliwką. Zapamiętałem ten obraz, kiedy stała w progu, a jej długie, jasne włosy od tyłu rozświetlało miękkie światło wczesnego dnia. Przedstawiła się jako Nina Peltz, córka Wiaczesława Peltza, właściciela korporacji, do której należał rezerwat z młynem. Zrobiła to jeszcze zanim nastąpiło oficjalne przywitanie, czyli podanie rąk, co wydało mi się trochę dziwne. W owym czasie korporacyjnej nowowładzy, ludzie bardzo przywiązywali uwagę to takich gestów, a mój instynkt podpowiadał mi, że jeśli wydarzały się jakieś wyjątki, to warto było się im dokładniej przyjrzeć.

Bonawentura stał przez dłuższą chwilę bez słowa, wyraźnie onieśmielony jej widokiem. W końcu z lekkim uśmiechem wyciągnęła ku niemu rękę, żeby wyrwać go z narastającego zaambarasowania. Wciąż kręciłem się nerwowo to wokół jej, to jego nóg. Byłem niesamowicie głodny.

– Mieszkasz w cudownej okolicy – stwierdziła z filuternym uśmiechem. – W dzisiejszych czasach szkła i aluminium ludzie uważają, że jesteś naczelnikiem w raju, i mają całkowitą rację. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że będę ci mówiła po imieniu?

Znów nastąpiła niezręczna cisza. Widocznie mój pan najlepiej radził sobie z kobietami, kiedy były do niego odwrócone tyłem i bez majtek. W końcu nie wytrzymałem i wydałem z siebie przeciągły odgłos głodnego i zdenerwowanego kocura. Bonawentura natychmiast zareagował:

– Oczywiście, że nie mam nic przeciwko. Oczy… czywiii…ss… – Nie wiem po co chciał powtórzyć te swoje wypociny i niestety, znów się zaciął. Dłużej już nie wytrzymałem tej zawstydzającej sytuacji i wbiłem mu pazur w kostkę. Na szczęście pomogło. Ból zawsze pomaga, wyrywa ludzi z dziwnego odrętwienia, w które popadają, mieląc ozorami o rzeczach, których nigdy nie widzieli. Zakończony miniaturowych haczykiem pazur zrobił swoje. Bonawentura zawył z bólu, zaklął, ale widocznie zrozumiał, że powinien wprowadzić gościa chociaż za próg, dać mi jeść i samemu się ubrać.

– Cholerny kot! Jest pewnie głodny i kompletnie niewychowany. Proszę wejdź. Dam mu tylko jeść, przebiorę się i możemy porozmawiać – wyszeptał, zaciskając szczęki.

– Nie ma potrzeby – odpowiedziała, wkraczając do szerokiego hallu, który od razu przechodził w obszerną część dzienną młyna. – Oczywiście ubrać się możesz, ale tak się składa, że mam dla twojego Behemota trochę smakołyków.

Dźwięk słowa „smakołyk” potrafi zadziałać jak paraliżujący umysł jad skolopendry i kompletnie przyćmić instynkt obronny. Czyżby celowo użyła mojego imienia, ponieważ i tak wiedziała, że jako „zmodyfikowany” kocur z łatwością zorientuję się, że Bonawentura jeszcze mnie nie przedstawił?

Na sam dźwięk tego słowa – „smakołyk” – zjeżyło mi się futro na grzbiecie, łapy zaczęły się plątać, jakby równocześnie próbował użyć ich ktoś inny, a myśli wpadły w sam środek trąby powietrznej, którą kiedyś widziałem na jakimś nagraniu.

Nina wyciągnęła z torebki wszystko, co było potrzebne, bym zaczął ją kochać najbardziej na świecie – srebrną miskę i dwa pudełeczka. W jednym były kawałki soczystego  rybiego mięsa, a w drugim gęsty sos. Z wielką gracją przygotowała mi posiłek, jakiego automatyczny dyspenser nie dałby mi nigdy, nawet gdybym skakał Bonawenturze co rano po twarzy, a nie tylko po miękkim brzuchu. W sekundę zapomniałem o nim i o niej. Jadłem, a raczej łykałem, a później bez sił ległem w kącie pod ścianą naprzeciw granatowej kanapy i mojego pana, który o czymś żywo rozmawiał z Niną Peltz.

Skąd mogła wiedzieć, że jestem głodny, skąd mogła wiedzieć, że w ogóle jestem? Czy byłem już tak znanym kotem w okolicy – jedynym okazem modyfikacji dawnego gatunku, którego przedstawiciele zostali prawie całkowicie wytępieni przez zmutowane szczury? Wtedy nie zdawałem sobie sprawy z dziwności całej tej sytuacji. Może pojawienie się Niny było jedynie teatrem zręcznie odegranym wyłącznie dla mnie, żebym uwierzył, że jestem czymś więcej niż tylko kotem młynarza w muzeum? Była tak piękna, idealna, nawet jak na efekt genetycznego stylu tamtych czasów. Bonawentura nie mógł jej zignorować. Była jak bezwolny nóż, tnący moją rzeczywistość na cienkie plastry. Jakie mogło być jednak moje miejsce obok nich? Czy zmieściłbym się w jej cieniu?

Długo rozmyślałem, trochę na jawie, a trochę we śnie. Obudziłem się, kiedy Nina już wychodziła. Znów wbiegłem tuż pod jej nogi i przywarłem naprężonym grzbietem do łydki.

– Jestem bardzo ciekawa czy jest tak samo inteligentny, jak kot Behemot z Mistrza i Małgorzaty? Czytałeś? – zapytała i uklękła obok mnie, żeby dotknąć moich wibrysów. Pozwoliłem jej zaledwie na muśnięcie, a w razie czego przygotowałem zamach pazurami. Jednorazowe otrzymanie pysznego jedzenia jeszcze nie uprawnia do zawiązywania poufałości. Powinna o tym wiedzieć.

– Niestety nie – odparł zmieszany Bonawentura.

– Przeczytaj koniecznie. To cudowna książka o tym, jak to, co złe może nagle stać się wszystkim, co dobre. – Chyba się zorientowała, że nie dam się jej dotknąć, bo odsunęła ostrożnie rękę.

Mojemu panu zaczerwieniły się policzki, a po chwili rumieniec dotarł również do uszu. Widziałem jak mimo to wzbija się na szczyt swoich możliwości interpersonalnych i spycha rozmowę z książek na mój temat. Byłem tarczą dla jego literackiego braku obycia.

– To nie jest taki zwykły kot – wydukał. – W korze mózgowej ma zainstalowany mikroprocesor. Rozumie niektóre komendy, a syntezator mowy wszczepiony pod skórę na grzbiecie potrafi interpretować jego reakcje i przekłada je na słowa w ludzkim języku. To coś w rodzaju behawioralnego tłumacza, chociaż nie wiem dokładnie jak mógłbym stymulować go do gadania na żądanie. Chyba musiałbym mu nadepnąć na ogon, albo przez parę dni nie dawać jeść, żeby głodowy ból skręcił mu jelita – dodał z wariackim uśmieszkiem.

– No jeszcze czego sadysto! Chyba śnisz, że będę twoją gadającą maskotką. – Włączyłem się w rozmowę, oczywiście, nic dla wielkoludów nie znaczącym miauknięciem.

– A więc zgadłam – odpowiedziała Nina. – Twój Behemot jest podobnie niezwykły, jak ten z książki. Nie spodobała mu się wizja przymusowego odchudzania.

Wtedy mnie zaskoczyła. Spojrzałem na nią i wydało mi się, że widzę powietrze.

– Być może. Przyznam się, że trochę boję się z nim rozmawiać. – Bonawentura cały pląsał. Znałem ten taniec godowy. Gdyby tylko mógł, nie wypuściły tej słodkiej blondyneczki ze swoich spoconych łap aż do samego rana.

– Nie bój się. To wciąż jest zwierzę. Żyje w swoim świecie momentalnych emocji, i z pewnością bardziej boi się ciebie niż ty jego. – Nina popatrzyła mi prosto w oczy, kiedy to mówiła, jakby oczekiwała, że ją zrozumiem. Nie myliła się. Na wszelki wypadek odszedłem na bezpieczną odległość, tak, żeby widzieć ich oboje.

– Z pewnością cię obserwuje i zapamiętuje twój każdy krok. – Wskazała mnie palcem z misternie wykonanym sztucznym czerwonym paznokciem.

Później sprawnym i gibkim ruchem wstała z kucek i podała rękę Bonawenturze do ucałowania.

– Tak, jak się umawialiśmy, wpadnę w czwartek wieczorem. Dbaj o siebie do tego czasu.

Kiedy wychodziła, nie było już słońca po stronie drzwi. Przez niebo leniwie płynęły chmury, co chwila przeszkadzając światłu. Tuż za progiem zobaczyłem złoty guzik, który połyskiwał synchronicznie wraz z rytmem przesłaniania i odsłaniania słońca przez kłębiące się cumulusy. Wziąłem go więc w zęby i zaniosłem do domu.

IV.

Pół czwartkowej nocy spędziłem, obserwując jak się pieprzą – mam doskonały punkt widokowy na jednej z krokwi w sypialni Bonawentury. Pół tejże nocy przespałem jednak pod rozgwieżdżonym, wiecznie letnim, niebiem, bo już nie mogłem oglądać jej mokrego tyłka i słuchać, jak się wydziera, kiedy mój pan kłuje ją tym swoim chemicznie utwardzonym fiutem. Trochę się nawet bałem, że zejdzie w trakcie tego dzikiego pierdolenia, bo wziął podwójną dawkę stymulantów. Co bym wtedy zrobił, a raczej, co by zrobiono ze mną w tym podkopułowym świecie?

Na szczęście przeżył noc. Nina wyszła około południa, zostawiając kolejny złoty guzik. Podobnie jak dwa poprzednie, tego również w zębach zaniosłem na kuchenny stół. Wtedy po raz pierwszy zauważyłem, że guziki się przyciągają, to znaczy nie w sensie reagowania na siebie magnesów, ale pozostawione razem, zawsze po jakimś czasie utworzą ten sam wzór, o ile tylko nie oddali się ich od siebie na więcej niż metr. Z biegiem czasu właśnie ta ich osobliwa cecha miała mi pomóc zrozumieć kim jest naprawdę Nina.

Co ciekawe, mój pan wydawał się zupełnie obojętny zarówno na to, że przyniosłem mu już trzeci guzik, jak i w ogóle na ich obecność. Cały czas leżały na blacie w kuchni. Ich położenie nigdy nie zostało zmienione. Stały się czymś w rodzaju mebla, a może lepiej będzie powiedzieć, że drogowskazu możliwego do odczytania jedynie przeze mnie. Bonawentura tylko czasem podchodził do nich i nieśmiało dotykał któregoś. Zaklęcie, które rzuciła na niego Nina było potężniejsze niż w istocie chciałem, żeby jakakolwiek kobieta potrafiła wyczarować.

Z czasem zapomniałem też o tym, gdzie znalazłem pierwszy złoty guzik – ciało blondynki na łące. W niedalekiej przyszłości właśnie to miało mnie zgubić, a raczej bardziej mojego pana, którego nazwałem Bonawenturą Guzikowcem. Sam nie wiem dlaczego wymyśliłem takie przezwisko. Przecież to ja przynosiłem guziki, a on trzymał się od nich na dystans. Bonawentura Guzikowiec brzmiało jednak dla mnie przystępniej niż Bonawentura Bauman.

Z początku Nina pojawiała się nie częściej niż raz w tygodniu i zostawała jedną noc. Później jednak rytm jej odwiedzin się zmienił. Przychodziła rzadziej, lecz zwykle na trzy cztery dni. Bonawentura spacerował z nią wtedy po okolicznych łąkach, pokazywał jej wnętrze zabytkowego młyna, a ona pomagała mu oprowadzać nieliczne wycieczki turystów-wybrańców w postaci niewielkich grupek osób przebranych w białe lub niebieskie kitle i drewniane chodaki. Podczas spacerów szczególnie długo zatrzymywali się nad z wolna kręcącym się kołem wodnym. Nina stała tuż nad krawędzią drewnianej kładki i patrzyła autystycznie w to miejsce, które nazywałem kipielą, to znaczy ten obszar wody, gdzie łopaty młyńskiego koła wbijają się w jej powierzchnię i znikają w szafirowej głębinie, by po chwili wynurzyć się po przeciwnej stronie. Pamiętam to wszystko dokładnie, ponieważ zwykle snułem się gdzieś w pobliżu.

Nieraz wieczorami, kiedy Bonawentura siadał w pozaciąganym moimi pazurami fotelu i zajadał pokrojoną w cienkie plastry surową kalarepę, zdarzało mu się coś do mnie powiedzieć. Nie było tego wiele, ale głaszcząc mnie za uszami mówił o niej – o przedziwnym interesie, który mu zaproponowała. Podobno miał powstać drugi taki młyn – tak zwana kopia zapasowa, żeby wkrótce uruchomić dodatkową kopułę, z jeszcze większym ogrodem czy też rezerwatem. Nina przychodziła, żeby poznać obowiązki Bonawentury i pomóc korporacji Peltza zbudować podobne muzeum. Nie bardzo widziałem w tym sens, ponieważ obecne muzeum nie cierpiało zbytnio na nadmiar ruchu turystycznego, a to ze względu na ścisłą reglamentację biletów w społeczeństwie poza kopułą. Dodatkowa kopuła z pewnością przejęłaby tę, i tak już skąpą, część naszych gości, co mogłoby się skończyć zamknięciem starszego i pewnie mniej nowoczesnego muzeum. Już ja tam wiem jak działają te korporacje. Niekiedy wieczorami, podczas swoich neptycznych ataków, Bonawentura sporo kompulsywnie czytał na głos, jakby ze wszystkich sił chciał zagłuszyć jakiś uporczywy głos w sobie, w środku głowy. a ja siedziałem na parapecie wykuszowego okna i uważnie go słuchałem. Też mam w mózgu wiele głosów.

– Tak Behemocie, niedługo wszystko się tu zmieni – mówił nieraz i coraz mocniej mnie drapał. W końcu miałem tego dość i gryzłem go po palcach. Wtedy odsuwał rękę, albo się chamsko ode mnie oganiał. Skoro mnie nie chce dotykać w taki sposób, w jaki lubię, to przynajmniej pogapię się na niego z odpowiednio asekurowanej instynktem odległości.

On miał wiedzę na temat owych nadchodzących zmian, a ja tylko przeczucie. Ale zwierzęce przeczucia, zwłaszcza kocich neurotyków, są wielokrotnym wzmocnieniem niewidocznych dla ludzi śladów faktów, które jeszcze się nie zdarzyły, więc obydwaj czekaliśmy – on, bezmyślnie posuwając jej zgrabny tyłek, a ja, bezproduktywnie tyjąc, jedząc i zbierając gubione przez nią złote guziki.

V.

Minęło już całkiem sporo czasu, odkąd mój pan Bonawentura poznał Ninę. Na samym początku ich znajomości, znikała rano jeszcze zanim zdążyłem rozprostować grzbiet po dietetycznym śniadaniu z dystrybutora – przed jej pojawieniem się, śniadania były znacznie obfitsze. Nie zwracałem na to uwagi, zbyt zajęty pomstowaniem na pustkę w żołądku, co objawiało się postronnym słuchaczom serią pomrukiwań, miauków i zawodzeń, i wychodziłem na pole. Wtedy natykałem się na guzik. Moim rytuałem stało się ich znajdywanie po jej wyjściu, w okolicach progu, i znoszenie, zawsze do innych guzików na blacie w kuchni, pośród których był ten pierwszy, z łąki.

Po mniej więcej dwóch miesiącach Nina zmieniła tryb odwiedzin u Bonawentury. Przychodziła teraz rzadziej, ale za to zostawała na dłużej. Nadal gubiła złote guziki, które znosiłem na blat w kuchni. Już jakiś czas temu zauważyłem, że wykazują one zdolność do układania się w kształty, a raczej bezładnego przyciągania się w zwartą grupę. Teraz natomiast było ich tyle, że nie tylko tworzyły jednorodną, bezkształtną masę, lecz kiedy tylko wyczuwały, że jestem w pobliżu, zmieniały położenie tak, żeby utworzyć kształt. W końcu zacząłem rozpoznawać, co to za figury. Najpierw były to koła, trójkąty i kwadraty, czyli geometryczne formy podstawowe, aż któregoś wieczoru wskoczyłem na blat, a one momentalnie ułożyły się w szkic kobiecej głowy z długimi włosami. Przestraszony wystrzeliłem w kierunku części muzealnej młyna, gdzie Bonawentura reperował paprzycę (miał ambitny plan samodzielnie wprawić w ruch cały mechanizm w młynie, tak, żeby wodne koło nie było tylko atrapą).

Rzadko to robiłem, ale tym razem byłem tak przelękniony, że musiałem wykorzystać do czegoś moje sztuczne zdolności. – Chodź ze mną! – wyskrzeczałem, używając syntezatora ludzkiej mowy.

Bonawentura spojrzał na mnie beznamiętnie, ale po chwili zostawił narzędzia i poszedł za mną. Widocznie odzywałem się ludzkim głosem na tyle rzadko, że uznał, że skoro to nareszcie zrobiłem, to faktycznie coś musiało się stać.

Kiedy dobiegaliśmy do kuchni, usłyszałem z daleka znajomy szelest metalu przesuwanego po drewnie. Guziki wyczuły Bonawenturę i momentalnie rozsypały kształt kobiecej twarzy w zupełnie bezładną kupę szlaczków i nieregularności. Wskoczyłem na stół i zamiauczałem cicho zawstydzony porażką. Bonawentura spojrzał na mnie, a zaraz później na stos guzików. To, co wtedy zrobił zaskoczyło mnie. Usiał na blacie i jak znudzone dziecko sam zaczął przesuwać guziki i układać jeden obok drugiego. Pamiętam, że przesiedział tak wtedy z pół nocy. Znów obserwowałem go z daleka. W końcu poszedł spać. Następnego dnia miała wpaść Nina i zostać kolejne trzy noce. Zaraz po tym jak wyszedł, znów wskoczyłem na blat i usiadłem obok stosu guzików. Były bezładnie porozkładane. Bonawentura przez tyle godzin nie ułożył nawet jednej prostej linii. Po chwili część z nich zatrzepotała, wprawiając w drgania całą resztę. W ciągu paru sekund każdy z guzików zajął swoją pozycję, ukazując mi wizerunek kobiecej twarzy. Zostałem przy niej do rana. W końcu zasnąłem, a ona szeptała mi do snu tysiące nierozpoznawalnych głosów.

VI.

Upały minęły po wielu miesiącach, tak nagle. Od paru dni padał deszcz, a właściwie to z nieba lały się całe wiadra wyjątkowo krystalicznej wody. Do tej pory nie znałem deszczu. Wiedziałem, że istnieje takie zjawisko, ale go nigdy jeszcze nie widziałem. Całe moje dotychczasowe życie upłynęło pod znakiem słońca i upału. Tuż przed tym, kiedy zaczęły się ulewy, mój pan zamówił kogoś do obsługi mojego chipa. Niewysoki gość o twarzy poharatanej ospą wbił mi igłę w kark i podobno wymienił za jednym zamachem układ scalony na nowszy model. Dzięki temu podobno zyskałem większy zasób słów, lecz nadal chodziłem na czterech łapach i byłem kotem. Czy deszcze miały coś z tym wspólnego? Nie wiem. Ale pamiętam, że dwa dni po wizycie gościa od moich nadzwierzęcych zdolności miała przyjść Nina. Mijał już rok, odkąd byli ze sobą. Przyzwyczaiłem się do jej obecności, a Bonawentura przy niej wydawał się spokojniejszy. Po chwilowym kryzysie dietetycznym z początku znajomości z Niną, znów powiększył mi nawet racje pokarmowe w dyspenserze. Zdarzało mi się nieraz jeszcze podsłuchiwać ich rozmowy, ale nigdy nie rozmawiali o żadnych interesach. Czas jakby się zatrzymał, onieśmielony tym, co niepostrzeżenie dla niego wkradło się między nich. Może to nie było w planie? Może Nina zapomniała o swojej funkcji i się u nas po prostu zasiedziała?

W każdym razie, w to popołudnie, w które zaczęło lać, Nina po raz pierwszy nie przyszła. Nie wiem, co bardziej zaskoczyło mojego pana, deszcz, czy jej nieobecność. Przez pół nocy próbował skontaktować się z nią przez jakieś urządzenie w kształcie prostopadłościanu. Nie udało się, bo zasnął cały mokry od nerwowego potu. Siedziałem nad łóżkiem w sypialni i obserwowałem wszystkie te jego zmagania. Kiedy zasnął, cicho zeskoczyłem spod kalenicy i ostrożnie wszedłem na odsłonięty fragment materaca z prześcieradłem.

Najpierw dotknąłem go łapą, ale wciąż oddychał spokojnie i chrapliwie. Śnił swoje tajemnicze bolesne sny. Później przespacerowałem się po nim, wgniatając kołdrę, jakby była miękkim piaskiem, a on workiem pełnym trocin. To dziwne, ale przez chwilę wydawało mi się, że patrzę na samego siebie. W końcu położyłem się obok, na z lekka starganej poduszce zafu i usnąłem. Kiedy się obudziłem, Bonawentura już dawno wstał i z wielkim zapamiętaniem układał przed sobą guziki w kuchni. Nie wydawał się załamany nieobecnością Niny. Najpierw ostrożnie wskoczyłem na rzeźbione karło stojące obok blatu – nie zareagował w ogóle. Później jednym cichym susem na blat obok jego pochylonej głowy i uderzyłem w nią swoją ustawioną jak do baraniego ataku. Odwzajemnił się tym samym. To był taki nasz rytuał, mimo że chodziłem własnymi ścieżkami, wracałem, żeby w ten sposób go dotknąć, a on zawsze wtedy wiedział, że jestem zwierzęciem z jego obejścia.

Spojrzałem na stos guzików, których przez okres odwiedzin Niny, uzbierało się chyba ze sto. Bonawentura ułożył z nich zarys kobiecej postaci. Wyszło mu to zadziwiająco dobrze, zwłaszcza, że miał do dyspozycji elementy różnej wielkości – odwiedziny Niny przez ostatnie dwa miesiące kończyły się pozostawianiem na progu guzików znacznie mniejszych niż te pierwsze, wliczając w to oczywiście tego jedynego, z łąki.

Z chwilą, gdy wskoczyłem na stół i guziki mnie „rozpoznały”, stało się coś zadziwiającego. Wszystkie naraz zadrgały i podskoczyły w powietrze. Nie zmieniły jednak kształtu ułożonego przez Bonawenturę, jedynie go trochę uporządkowały, tak, żeby lepiej odzwierciedlał zamysł twórcy. Bonawentura spojrzał wtedy na mnie i szeroko się uśmiechnął, po czym poszedł w stronę drzwi wejściowych, bo wokół bramy młyna zgromadziła się już niewielka grupka klientów chętnych obejrzeć młyn. Wszyscy, jak to zwykle klienci, mieli maski na twarzach, gumowe rękawiczki i białe kubraki. Nad głowami rozłożyli niebieskie parasole z logiem korporacji Peltza, ale deszcz przestał padać. Zaświeciło nawet słońce. Wciąż jednak panował wilgotny i orzeźwiający chłód. Po wyjściu Bonawentury guziki znów zadrgały i ułożyły się w znajomy mi kształt kobiecej twarzy.

VII.

Któregoś poranka obudziłem się nagle, a raczej przyczyniły się do tego bezczelne kosy swoimi wysokimi piskami, bo jeden drugiemu chciał zabrać jakiś patyk. Wtedy coś sobie uświadomiłem, a myśl ta prawie wgniotła mnie w wilgotną od porannej rosy trawę. Nina może być martwą kobietą z łąki – krzyknąłem w myślach. Ale jakim cudem znowu jest żywa. Nie, to niemożliwe. Ta noc poza domem chyba mi zaszkodziła zganiłem sam siebie. – Następnym razem zacisnę zęby i jakoś zniosę awarię wentylacji i skąpe racje żywnościowe na kolację. Nie ma co się obrażać za takie pierdoły.

Od tamtej pory często śniłem o tej twarzy. Była młoda i piękna, a jednocześnie momentalnie zmieniała się w tą wyschniętą trupią czaszkę z łąki. Dopiero we śnie to zrozumiałem. Wysterowany moim procesorem zwierzęcy sen podpowiedział mi co mogło zabić tę kobietę. To był czas. To musiał być czas, a nie żadna nieznana broń z kosmosu. I to czas specjalnie przygotowany – wypreparowany i skompresowany, żeby jej ciało w mgnieniu oka pozbyło się całej wody.

To były przebłyski, niewprawnie uformowane pamięciowe echa, których już później nie jątrzyłem. Moją uwagę zajęło natomiast coś równie ciekawego i dziwnego – powiązanie aury z nagłymi zniknięciami ludzi.

Upały wróciły po paru tygodniach, a Bonawentura nagle wyparował. Wyszedł rano konserwować nacięcia w biegunie. Nie znam się na młynach, ale podobno to niezwykle ważna czynność, jeśli się chce, żeby młyn zaczął w końcu działać, a nie był tylko muzealną ekspozycją. Wieczorem tego samego dnia byłem już bardzo zaniepokojony. Nawet dwa razy zwymiotowałem suchy pokarm na środku kuchni. Nikt go nie posprzątał, co było ostatecznym dowodem na to, że Bonawentura znikł, chociaż ktoś wciąż zostawiał mi jedzenie w dyspenserze, a pod drzwiami wejściowymi, koło rabatek z bratkami, postawił miskę z wodą i mięsnymi smakołykami w moim ulubionym warzywnym sosie. Już po tygodniu jednak zrozumiałem, że moje życie bez Bonawentury mijało podobnie, jak z nim. Było tylko ciszej, bo wraz z jego zniknięciem, przestali odwiedzać młyn turyści.

Któregoś samotnego wieczora wyszedłem nad staw, żeby pomarzyć o tych tłustych, rybich kąskach, które beztrosko pływały tuż pod powierzchnią niebieskawej wody. Tym razem jednak zatrzymałem się na drewnianym podeście tuż obok niemrawo poruszającego się młyńskiego koła. I wtedy ją zobaczyłem. Stała tuż nad krawędzią, tak blisko obracających się łopat, że mogła ich w każdej chwili dotknąć. Miała na sobie długą do kostek, białą sukienkę z podłużnym dekoltem w kształcie litery „u”. Była złudną samowiłą z podleśnego młyna, wyczekującą na kolejną ofiarę, żeby zmienić jej wszystkie myśli w złośliwe paranoje, albo oziębić duszę do absolutnego zera i rozbić ją w eon przezroczystych obrzynków.

Podszedłem do niej tak cicho, że być może się nie zorientowała, że ktoś za nią stoi, albo wiedziała, tylko nie mogła się uwolnić od mocy koła. W końcu się odwróciła i spojrzała na mnie, jakby doskonale wiedziała, że to nasze spotkanie musi nastąpić.

– Witaj Behemocie – powiedziała i kucnęła, żeby mnie pogłaskać, tak samo, jak podczas naszego pierwszego spotkania.

– Witaj – odpowiedziałem za pomocą mojego syntezatora mowy i pozwoliłem podrapać się za uszami.

Już na samym początku wydała mi się jakaś dziwna, niezbyt realna. Cała jej postać była otoczona czymś na kształt złotawej mgiełki. Poza tym nie wydzielała żadnego zapachu. Moje wyczulone zmysły nie odróżniłyby jej od świeżego, wieczornego powietrza.

Nina głaskała mnie jeszcze przez jakiś czas, aż nagle odsunęła się na bezpieczną odległość i zaczęła spokojnie mówić, co chwilę odwracając się do koła, które teraz niemal znieruchomiało.

– Od samego początku, kiedy cię poznałam, wiedziałam, że jesteś wyjątkowy. Gdybyś tylko umiał postrzegać świat zgodnie ze strzałką czasu, zorientowałbyś się, co się wokół ciebie dzieje, a tak rozumiesz tylko jednostkowe wydarzenia, lecz nie umiesz złożyć z nich całości historii.

– Umiem więcej niż myślisz – syknąłem. Przyznaję, że mój nowy synchron głosowy sprawiał się całkiem nieźle.

Nina lekko się uśmiechnęła i wyciągnęła rękę, ale nastroszyłem grzbiet i odszedłem do tyłu o całą długość mojego ciała.

– No dobrze – stwierdziła pojednawczo – jak na zwierzę, może i dużo rozumiesz werbalnie dzięki eksperymentom w laboratoriach mojego ojca, ale twój mózg nie ma świadomości następstwa czasu. Żyjesz po prostu w „teraz”, a przeszłość i przyszłość wydają ci się także częścią tego momentu. Sama nie wiem po co ci to mówię. Przecież jestem już tylko obłąkanym błędem pod kopułą. Może dlatego, że wszystko w tym lazarecie jest podporządkowane obłąkaniu twojego pana. Wiesz w ogóle, gdzie on jest?

– Nie – wymiauczałem. Był to dziwny odgłos, coś pomiędzy ludzką mową, a ujadaniem małego psa.

– Kiedy się całkiem ściemni, znajdziesz go w roboczej części młyna i znów będziesz mógł się nim beztrosko cieszyć. – Wstała nagle i podeszła do krawędzi pomostu, wprost do przesuwających się, teraz znów szybciej, łopat młyńskiego koła.

– Uważaj! – prychnąłem. – Bo spadniesz!

– Już dawno spadłam. – Uśmiechnęła się. – I będę wciąż tak spadać, a ty mnie będziesz znajdował na łące. Młyn to rodzaj lazaretu w terapeutycznej formie skansenu dla osób nieprzystosowanych – wyjątkowo brutalnych morderców, psychopatów, nekrofilów, wszystkich tych, którzy ze względu na swoją inność i wysublimowane okrucieństwo zostali uznani przez rządową korporację Peltza za wartych głębszego poznania. Zgłębienie natury dewiacji jest kluczem do poznania człowieka, a zrozumieć ją można tylko pozwalając zdeprawowanemu być sobą. Spod kopuły nie można nigdy wyjść; trzeba tu zawsze żyć. Żyją tu tacy ludzie jak Bonawentura, pojedynczo, nieświadomie, eksperymentalnie, podziwiani jak zwierzęta w cyrku, bo cały świat na zewnątrz jest jeszcze większym cyrkiem. Jedyne z czym mają kontakt, to naukowcy i my, znajome z ich przeszłości zmysłowe hologramy.

– Rozważ następujące scenariusze:

  1. ten młyn ma paręset lat, albo ma ich niespełna dziesięć;
  2. twój pan Bonawentura Bauman mnie zamordował, albo ty to zrobiłeś powodowany ślepą, zwierzęcą zazdrością;
  3. pójdziesz na łąkę i weźmiesz guzik, albo pozwolisz mi spać.

– Wybierz tok wydarzeń, żebym ciągle wracała, lub nigdy się tu nie pojawiła. Bądź cząstką tej siły, co zawsze złego chcąc, sprawia niekiedy dobro. Bądź kotem swojego pana mordercy.

Poczułem chłód. Złota poświata na twarzy Niny rozrosła się na całą jej postać. Kobieta otworzyła usta i wpuściła guziki. Jeden po drugim, wnikały w nią, aż wreszcie został tylko jeden, ten pierwszy, w tej samej pozycji, w jakiej znalazłem go w spalonym ciele na łące, po czym Nina wyciągnęła go z ust i ukryła w dłoni.

– Jest tutaj jedna rzecz, która nie pasuje do reszty, – mówiła dalej – która jest prawdziwa – to koło. Zwróciło mi życie, ożywiło mojego syntetycznego ducha. Ono jest stare i w świecie nanostymulantów i mikrokomputerów odkryło w sobie nową moc. – Nina podeszła jeszcze o krok bliżej krawędzi. – Ty Behemocie również jesteś wyjątkowy. Potrafisz zobaczyć naturę rzeczy, która jest niepoukładaną sekwencją zdarzeń, wachlarzem scenariuszów do chronologicznego rozegrania w zwymiarowanej przestrzeni rzeczywistości. Miałam wielkie szczęście cię poznać po śmierci.

– Uważaj! – krzyknąłem, chyba najbardziej ludzkim głosem, jaki kiedykolwiek udało mi się z siebie wydobyć. Za późno jednak. Wysoka fala wylała się spod koła i ogarnęła stopy Niny, a później resztę jej sylwetki aż do pasa, jakby ona cała była zrobionym z balsy, nikomu już niepotrzebnym hulkiem w muzealnym porcie, którego nieubłaganie zagarnia przypływ. Zdążyłem jeszcze odskoczyć w bok i schować się za ścianą. Słyszałem jej niewinny, pełen strachu krzyk, kiedy rozrywało ją młyńskie koło, zupełnie jakby robiło to po raz pierwszy, jakby jeszcze nie przywykła do nieprzerwanego umierania zaskoczona, że jest to tak trudne do zniesienia. Później wszystko umilkło. Wybiegłem na mokry pomost, a na spienionej wodzie wokół koła rozlewały się plamy świeżej krwi. Gdzieś tam, głęboko pod powierzchnią, z pewnością leżała. Nie byłem tylko pewien czy sama, czy może ze stosem innych podobnych, wręcz identycznych genotypowo, kobiet mojego pana. Ale skoro nie umiem rozpoznać czy widzę przyszłość, przeszłość czy teraźniejszość, to może wszystko można przeżyć jeszcze raz, cofnąć zażyłą z bogami triadę czasu, bo młyńskie koło wciąż obraca się pod kopułą lazaretu. Pobiegłem więc do młyna trochę przerażony, że znajdę tam faktycznie już martwego Bonawenturę.

VIII.

Tak, jak powiedziała Nina, znalazłem go obok mącznicy z jedną ręką opartą o rozbity mlewnik. Miał w niej założone lekko krwawiące wkłucie, a dookoła było pełno obcych ludzkich zapachów i śladów ciężkich butów. Po dokładnych oględzinach podłogi, stwierdziłem, że były tu przynajmniej trzy osoby. Jedna zgubiła gumowe rękawiczki. Drugiej wypadło sporo czarnych, krótkich włosów. Bonawentura musiał wpaść w jakiś szał i długo płakać młynarskimi łzami, ponieważ na jego pobielonej mąką twarzy uwidoczniły się ciemniejsze koryta, na dnie których widać było czystą skórę. Otarłem się parę razy o jego zimne ręce, wtarłem swoją kocią miłość w jego sztywne ramiona i pobiegłem na łąkę.

Właściwie to co ja o nim myślałem? Był obcym istnieniem obok mnie. Uzupełniał dozownik pokarmu, czasem brał na ręce, rzadko kiedy mówił, co jest paradoksem, ponieważ akurat rozumiałem więcej niż wszawe kociarstwo bez nanoprocesorów żyjące jeszcze podobno nielicznie poza euroazjatycką kopułą. Czy byłem bardziej potrzebny jemu, czy może on mnie? Czas, ów czas, którego mi bez przerwy brakowało był moim najpotężniejszym przeciwnikiem, i jeszcze to, co ze mną zrobili, że mogłem o tym sobie w ogóle pomyśleć. Od takiej, bijącej strachem, neurotycznej paniki, obecność Bonawentury mnie bez przerwy ocalała, przypominając mi, że jestem tylko wytrzebionym kocurem i zarazem genius loci młyna – jedynym elementem otoczenia, który jest prawdziwy. A on, Guzikowiec? Czy rzeczywiście jest maniakalnym zabójcą, którego oglądają pod kopułą jak niemożliwą do zrozumienia łamigłówkę wraz z jego naszprycowaną elektroniką, włochatą maskotką? Kim były więc kobiety, które mu przysyłali jak mięso na żer? Obydwaj widocznie nic nie znaczymy.

Gdy go znalazłem i sprawdziłem, że oddycha, nie obchodziło mnie już co się ze mną stanie, bo wiedziałem i tak, że właśnie dlatego ją znów znajdę na tej łące. Wezmę guzik z jej wypalonych ust i zaniosę go Bonawenturze, uchylając nim wrota nieugiętego czasu, żebym mógł jeszcze o tym zmierzchu spokojnie posiedzieć nad stawem i pogapić się na japońskie karpie.

Koło młyna obraca się, nie zważając na wszystko wokół. Jest magiczne, a teraz gdzieś w głębinie pod nim kryje się Nina. Komputery i wytworzone przez nie hologramy też mają swoje nadprzyrodzone życie, a duchy wewnątrz ich świata są nie mniej duchowe od tych z legend sprzed ery Intela. Inaczej tylko nieraz wyglądają, inaczej powstają jako echo zamkniętych programów, a przede wszystkim to my inaczej się ich boimy.

*

Tak, to na pewno pustułka znowu zakrakała, a może zagdakała, w każdym razie jest to denerwujący odgłos. Burzy tę wieczorną ciszę i uspokajające skrzypienie młyńskiego koła. Niedługo zapadnie noc pod kopułą nad młynem, a woda spokojnie uniesie czas i go po wieczność dla mnie zawróci.

Zaszufladkowano do kategorii Opowiadania | Dodaj komentarz

Nienumeryczny

I.

Przyniósł zapach ryb. Poduszkowy wózek zepsuł się jakieś pięćdziesiąt kilometrów przed klasztorem, jeszcze na nizinie, więc musiał przymocować mu awaryjne bezdętkowe koła antygrawitacyjne i pomagać słonecznemu silnikowi pokonać ostatni Szlak Wielkich Schodów kończący się tuż pod bramą klasztornego miasta Eriugena. Był środek wyjątkowo gorącego lipca, kiedy stanął przed ogromnym, spiżowym wejściem i wysłał ze swojego PADA komunikat weryfikacyjny do bramnego strażnika. Jeszcze zanim skrzydła do tego innego świata się przed nim otworzyły, dostał sygnał poprawnej weryfikacji, a dwie rozszczepiające molekuły wieżyczki strażnicze, powoli schowały się do otworów ukrytych po bokach w murze. Odetchnął z ulgą. Bał się, że właśnie tego etapu nie przejdzie, i nikt nigdy nie usłyszy tego wszystkiego, co ma zamiar opowiedzieć przeorowi, chociaż sam nie wiedział dokładnie, co to ma być. Od pewnego czasu coś go po prostu gnało do klasztoru, jakby cały świat wraz z jego istnieniem zaczął się właśnie w tym momencie, kiedy uświadomił sobie ową myśl, potrzebę, albo narzucającą się wciąż konieczność porozmawiania z przeorem – jakby obudził się nagle i pchał wózek z częściami robotów, który parę metrów dalej się psuje i nic nie było przed tym.

I ten zapach ryb. Czuł go od siebie cały czas i niczym nie mógł zwalczyć. Tak pachniał jego pot, a temperatura otoczenia grubo przekraczała trzydzieści stopni, nawet tu na wysokości ponad tysiąca metrów, jakby cały klasztor Eriugeny, mimo wysokogórskiego klimatu, pokrywała hermetyczna, przezroczysta kopuła, więc Mini pocił się ciągle i obficie. Nie pomagał nawet antybakteryjny talk, którym się notorycznie smarował. Nie potrafił też wytłumaczyć, skąd posiada tak duże ilości tego specyfiku w swoim bagażu.

Brama klasztoru rozstąpiła się przed nim bezszelestnie, zapraszając do postapokaliptycznego, innego świata. Większa część klasztornego miasta była od dawna opuszczona. Zasiedlono tylko ścisłe centrum, czyli główny budynek opactwa oraz sąsiedztwo wielkiej katedry o strzelistych, pełnych intarsji ścianach.

Klasztor Eriugeny był ostatnim wybudowanym i zarazem największym tego typu ośrodkiem w całym Państwie 3,14. Jego budowę sfinansowano ze środków cudem wygospodarowanych z bardzo skąpego budżetu podupadającego hegemona Myraka X. Kompleks wznosił się na mającym ponad tysiąc metrów szczycie zwanym Górą Nienumerycznych, będącym jednym z wielu tego typu wzniesień w obrębie Zewnętrznych Karpat Zachodnich. Nie wiadomo skąd pochodziła taka nazwa, ale z całą pewnością w pierwszym okresie istnienia klasztoru, pasowała do głównego rodowodu i zajęcia mnichów, których niecała setka gnieździła się w owym miejscu, już dawno zapomnianym przez automatycznych poborców podatkowych. Ów erem został skończony zanim jeszcze zniknął król – Myrak X – jedyny niezależny hegemon Państwa 3,14 od prawie trzystu lat. Minęło ich kolejne dwadzieścia bezkrólewia, kiedy brat Villain otworzył bramę, żeby odebrać przybyły z dalekiej Rugii transport uszkodzonych robotów do naprawy i poczuć odór rybnej padliny.

Zaraz po tym, jak rozstąpiły się skrzydła wejścia, przyczłapał boso na środek. Na głowie miał szpiczastą czapkę, był wychudzony, z opadniętymi ramionami, na których ktoś powiesił, jak na drucianym manekinie szary, roboczy kombinezon. Jego zapadnięte oczy nie wyrażały nic, żadnych emocji, tylko przemożną rezygnację z doczesnego życia i zmęczenie obecnym.

– Podejdź! – zawołał do Miniego.

Mężczyzna po dłuższej chwili namysłu niemrawo dopchał swój wózek tuż pod stopy mnicha. Zaraz po tym zauważył, że brama klasztoru momentalnie się za nim zamknęła, i zrobiła to dużo szybciej niż podczas czynności otwierania.

– Nazywam się Villain – powiedział flegmatycznie chropowatym głosem mnich. – A ty?

– Mini – odparł przybysz i wyłączył rzężący napęd wózka. Ten opadł z brzękiem na pokiereszowane kamienie obejścia, przechylając się na bok i wysypując ze świdrującym trzaskiem z kwadratowej paki źle zabezpieczone części robotów.

Brat Villain spojrzał beznamiętnie na te rozsypane rupiecie, z których niektóre potoczyły się tuż pod jego stopy i zapytał ściszonym głosem:

– Masz prawie dwa metry wzrostu. Jesteś pewien, że to twoje prawdziwe imię? A może to na przykład złośliwe przezwisko?

– Muszę porozmawiać z przeorem! – wykrzyknął nagle Mini, ale brat Villain nawet nie mrugnął. Popatrzył tylko znów pod nogi. Jego uwagę przykuł okrągły przedmiot z wielką niebieską soczewką na środku.

– Nie widziałem Kaenów od prawie trzydziestu lat – dodał, schylając się po kulistego robota. – Gdzie go znalazłeś? – zapytał.

Mini oddychał głęboko i ciężko. Był zdenerwowany. Ledwo mógł skupić myśli na czymkolwiek innym, oprócz przemożnej chęci rozmowy z przełożonym klasztoru.

– Jestem tylko przewoźnikiem – wykrztusił. – To nic nie warty złom. Zaprowadzisz mnie do przeora? – poprosił ze spuszczoną głową.

– Nie, nie! – Pokręcił głową brat Villain – Kaen nigdy nie jest złomem, no chyba, że wystawisz go na działanie bomby wodorowej, albo przetopisz w piecu hutniczym. – Te roboty to najdoskonalszy wytwór robotyki z poprzedniej epoki królów. Większość ludzi nie umie ich zniszczyć.

Zakonnik podniósł jedną ręką robota na wysokość swojej twarzy, aż promienie gorącego słońca rozświetliły każdą rysę i wgięcie na jego tytanowej powłoce, a drugą ręką wygrzebał coś w wewnętrznej kieszeni kombinezonu. Był to niewielki laserowy śrubokręt.

– Popatrz! – rzekł z przejęciem, kiedy nakierował czerwony promień na niewielki otwór z boku niebieskiego oka.

Mini nie zwracał żadnej uwagi na to, co robi Villain. Nagle zaczął się gwałtownie pocić, a rybi odór opanował całe jego ciało. Czuł, że od tego smrodu zaczyna mu się robić niedobrze. Za wszelką cenę musiał dostać się do przeora. To była jedyna szansa, żeby zmyć ten fetor.

– To znak! To niewątpliwie znak! – wykrzyknął VIllain, kiedy oko robota rozświetliło się niebieskim blaskiem. Wtedy zakonnik delikatnie wyjął spod Kaena dłoń, a ten pozostał w powietrzu, kierując swoje oko prosto na Miniego.

– Muszę porozmawiać z przeorem – powtarzał ciągle. Wydawało mu się, że smród wokół niego gęstnieje, zmieniając powietrze w cyjanowe błoto. Co jakiś czas rozpoznawał jednak, że to błękitna źrenica Kaena znajduje się tak blisko jego twarzy, że nie jest jej w stanie dostrzec ostro. Później znów tonął w swojej zaprogramowanej potrzebie, żeby odnaleźć przeora.

– Na rozmowę przyjdzie czas, Mini. Przyjdę do ciebie. – głos Villaina był spokojny i kojący. – Nie denerwuj się. Zostaw czas za sobą. Tempus nie przyniósł ludziom nic dobrego. Korzystają z niego tylko roboty, bo nas przeżywają.

– Muszę, muszę! – Mini padł na kolana, a tuż nad nim zawisł Kaen.

Smród ryb stał się nie do zniesienia, nawet dla przytępionego wiekiem powonienia brata Villaina. Kaen tuż po aktywacji połączył się z systemem komputerowym klasztoru, a ten wysłał impuls ostrzegawczy do wieżyczek strażniczych i komunikatora brata Villaina. Momentalnie przeskanował Miniego i zaalarmował systemy bezpieczeństwa klasztoru o potencjalnym zamachowcu.

Ciemność stanęła obok niego, a później ucięła mu dolną połowę ciała. Leżał na ziemi połówką ciała, czując zimny grunt, a przecież było ponad trzydzieści stopni. Niedługo później zasnął, trzymając się kurczowo jedynej rzeczy, którą pozwolili mu zatrzymać – swojego zapachu.

II.

– Ludzie ciągle oczekują jakiejś przyszłości, tak, jakby ich życiem rządził bliżej nienazwany zewnętrzny byt, u którego są oni w stanie wybłagać pozytywne zakończenie swojej egzystencji. – Głos mężczyzny był ochrypły, ale mimo to silny, donośny i chropowaty jak siennik w klaustrofobicznych mnisich celach.

– Ciebie to przekleństwo nadziei i oczekiwań nie dotyczy. Idziesz przez życie i nie dotykasz jestestwem żadnego krwiożerczego czasu. Widzisz przed sobą nicość podobną do kolejnej muchy na języku gekona, a my nazywamy ją ciemnością i się jej obawiamy – niepotrzebnie. – Postać stała tyłem do niego. Spowijał ją cień. – Dla ciebie niebyt i próżnia są obojętne. Nie masz jednego zakończenia. – dokończył mnich i otrzepał habit z kurzu.

Ręce Miniego były skrępowane i szeroko rozpostarte. Z początku nie umiał sobie wyobrazić, w jakiej pozie został związany. Dopiero po jakimś czasie poczuł, że czucie wraca mu do dolnej połowy ciała, a równo z rozwartymi ramionami i wzdłuż tułowia czuje zimne i twarde deski. Był przywiązany do krzyża w dużej, strzelistej katedrze z mnóstwem dziur w dachu i witrażach. Ustawiono go w najlepiej oświetlonym miejscu prezbiterium – przy ołtarzu, a snopy mdłego światła opadały na postać Miniego, przydając mu, w całej jego bezbronności, nadnaturalnej poświaty.

– Kim jesteś – wyjęczał Mini, dostrzegając stojącą do niego tyłem ciemną sylwetkę.

– Chciałem cię zobaczyć na własne oczy – odpowiedział mnich – ale boję się w nie spojrzeć, jeśli wiem, że ty również patrzysz.

– Jesteś przeorem? – zapytał podniecony Mini, zupełnie ignorując krępujące go więzy.

– Tak. To mnie tak gorączkowo szukałeś. Nazywam się Dedal. – Mnich stanął przodem do krzyża, lecz jego głęboko ukryta pod kapturem twarz wciąż pozostała w cieniu.

Zaraz potem Mini tak gwałtownie szarpnął więzami, że stare drewno krzyża zatrzeszczało złowrogo, a spomiędzy rozbitych szkiełek witraży opadł szklany pył. Po chwili zaczął się krztusić, usilnie próbując coś powiedzieć.

– Powiedz, czemu chciałeś mnie znaleźć? – zapytał przeor.

Mini przełknął zgęstniałą ślinę i zdążył się już nieco uspokoić tak, żeby być w stanie wydukać chociaż parę nieskładnych zdań.

– W wózku jest drugie dno. Miałem dać ci zawartość – jęknął.

– Od kogo?

– Nie pamiętam. Drugie dno w wózku! Zobacz sam! – Odczuł tak wielką, niewypowiedzianą ulgę, że to wreszcie powiedział. Teraz mogli zrobić z nim wszystko, co tylko chcą.

– Zanim tu przyszedłem, moi bracia dokładnie cię zbadali – odparł Dedal. – Pobraliśmy ci krew i wykonaliśmy trauma-skany. Twój wózek również został rozebrany na najdrobniejsze części. Chyba zapomniałeś, że jesteśmy serwisantami robotów. Nie znaleźliśmy ani w tobie, ani przy tobie, niczego podejrzanego. Jedynym niecodziennym zjawiskiem jest twój zapach, a raczej rybi odór. Sądzę też, że dla ciebie najciekawszy będziesz jednak ty sam. Jestem pewien, że jeszcze wielu rzeczy o sobie nie wiesz.

– Musi być coś w drugim dnie! – krzyknął przelękniony Mini.

– Nie ma w nim nic. Nie ma żadnego drugiego dna – odrzekł chłodno Dedal, po czym odwrócił się i zaczął iść w kierunku wyjścia.

– Życie nie ma skrytek. Jest oczywiste w oczach Jedynego. Brat Villain przyjdzie cię niedługo uwolnić – rzucił na koniec, a echo dziurawej katedry powtórzyło wiele razy jego niski głos, dodając mu przy tym jeszcze wyraźniejszego, tubalnego kształtu.

– Od Nienumerycznego! – wykrzyknął histerycznie Mini. – To wiadomość od ostatniego Nienumerycznego! – To była ostatnia myśl, jaka nagle zadźwięczała mu w głowie, jak podpowiedź niewidocznego głosu, który miał nadzieję wywołać w przeorze jakąkolwiek reakcję.

Dedal jednak wyszedł, chociaż wydawało się, że pod wpływem słów Miniego na chwilę zawahał się w swoim sprężystym i punktualnym kroku.

III.

Minęło parę kolejnych dni, ale wciąż nie mógł skupić się na jakiejkolwiek innej myśli, prócz dręczącej go potrzeby zobaczenia się z Dedalem. Wiedział, że potrafi wyobrazić sobie cokolwiek innego, lecz ktoś zaprogramował mu nawyk dążenia do spotkania z przeorem – tak silny, że dominujący nawet nad potrzebą snu i jedzenia. Jeszcze tego samego dnia, kiedy rozmawiał z Dedalem, pojawił się brat Villain wraz z innym mnichem i podłączyli mu jakieś urządzenie do tętnicy w szyi, nakarmili i zmusili do załatwienia własnych potrzeb. W katedrze, a zwłaszcza będąc na krzyżu, nie wolno było robić pod siebie.

– Musisz jeść – mówił do niego brat Villain, kiedy wsadzał mu słodką papkę do ust.

– Chcę tylko porozmawiać z przeorem – płakał Mini.

– Przeor lubi dobrze odżywionych mężczyzn. Według niego brak dbałości o swoje ciało jest takim samym grzechem, co wyparcie się Boga. Jedz Mini, jedz. Nie zostaniesz rybim Mesjaszem, jeśli nam tu umrzesz z głodu.

Ten rytuał karmienia i wypróżniania powtarzał się codziennie. Żeby go nakarmić, mnisi musieli za każdym razem podstawiać drabinę, aby sięgnąć do wysokiego krzyża. Któregoś dnia przyszło ich trzech. Tym razem nie było z nimi brata Villaina. Bez słowa wytłumaczenia bardzo ostrożnie zdjęli Miniego z krzyża i pozostawili leżącego między zbutwiałymi ławkami. Na gorączkowe pytania, kiedy będzie mógł zobaczyć się z przeorem, żaden z nich nie odpowiedział. Wszyscy mieli twarze głęboko ukryte pod kapturami. Zostawili go kompletnie zdezorientowanego w katedrze naprzeciw krzyża, Mógł w każdej chwili wyjść. Nikt go już nie więził. On jednak wciąż siedział i gapił się na krzyż. Wieczorem przyszedł po niego brat Villain z miską jedzenia i zaproszeniem do komnaty przeora. Mini zjadł i po chwili łagodnie zsunął się na posadzkę odurzony środkiem nasennym.

IV.

Obudziły go słowa wypowiadane przez znajomy niski głos:

– Umyliśmy cię. Twój zapach już nie przypomina gnijących ryb, tylko po prostu świeżo złowione.

Mini siedział na drewnianym krześle naprzeciw biurka przeora. Dedal spoglądał na niego spod głęboko narzuconego kaptura. Widać było jedynie białka jego oczu, kawałek dolnej wargi i czubek brody. Reszta skrywała się w tajemniczym półcieniu.

– Nie wiem skąd go mam. Mnie też przeszkadza. Odkąd pamiętam, mój pot wydziela taki odór – odpowiedział po dłuższej chwili namysłu. Komnata, w której się teraz znajdował, była w istocie zabudowaną aluminiowymi płytami, wydzieloną częścią ogromnej hali warsztatowej. Aż po sam niewidoczny koniec hangaru, zajmowały go dziesiątki niekompletnych robolotów i innych przedziwnych maszyn. Z zewnątrz żadna nie przypominała sprawnego urządzenia, ale mógł być to przecież jedynie kamuflaż dla postronnego obserwatora.

Przeor Dedal strzelił palcami i rozprostował ramiona. Odetchnął głębiej, jakby chciał coś poważnego powiedzieć. Nie wydał z siebie jednak żadnego dźwięku, tylko broda co jakiś czas drżała mu, jakby płakał. Upłynęło dużo czasu, zanim jego głos znów pojawił się w uszach Miniego.

– Czy wiesz kim byli Nienumeryczni? – zapytał przeor.

Mini przytaknął głową.

– Wiem – odparł. – Dawno temu to oni decydowali, kto jest królem.

– W dużym skrócie, ale można tak powiedzieć. – Dedal wyciągnął rękę w kierunku twarzy, jakby chciał się podrapać po nosie, lecz momentalnie ją zatrzymał; zapewne uświadomił sobie, że nie może jej pokazać. W końcu rozprostował plecy i zaczął opowiadać:

– Obecnie, w XXIII wieku, tworzenie hegemonii nie polega na wojnach, lecz na tak zwanych wyborczych grach za pomocą wirtualnych systemów pulowych. Powszechne prawo wyborcze od wielu dziesiątek lat należy już do przeszłości. Zostało zamienione na wybór jednostki rządzącej przez zbiór (pulę) Reprezentantów. Przypomnę ci, że ustrój naszego państwa nazywany jest monarchią autorytarną, nie istnieje sukcesja dynastyczna, a sami królowie są elekcyjni, z tą jednak różnicą, że sama elekcja nie wygląda tak, jak w XVI wieku – nie jest wolna.

Nazywam się Mini i nie wolno mi być z nimi – zaśpiewał w myślach, słuchając jednostajnej opowieści przeora.

– Państwo 3,14 liczyło kiedyś osiemdziesiąt dziewięć milionów obywateli, z czego do klasy Reprezentantów należało tylko około dwudziestu tysięcy osób. Inaczej nazywano ich Nienumerycznymi, ponieważ Jednostka Centralna zarządzająca strukturami biurokracji państwa, ze względów bezpieczeństwa, nie przypisywała im numeru ewidencyjnego. W założeniu mieli pozostać jedynie pod obserwacją i wychowawczą kuratelą syntetycznych opiekunów – Kaenów (inteligentnych robotów w kształcie sfery).

Nie mam swojego Kaena, co mi więc zrobisz mnichu z Eriugeny.

– Nienumeryczni mieli być bardziej wolni, ponieważ Państwo 3,14 nie nadało im numeru, a co za tym idzie ani zawodu, ani wykształcenia, ani własności czegokolwiek łącznie z tożsamością. – Zaśmiał się przeor. – Jaka to egzystencjalna ironia, nieprawdaż? W rzeczywistości ich wolność, dla nich samych, miała formę banicji, a system neokatechumenalnych, świecko-duchownych klasztorów w końcu stawał się jedynym alternatywnym wobec społecznej bezdomności domem. Tyraniczni władcy sądzili, że klasztory muszą być tworzone i utrzymywane dla tzw. świętego spokoju w państwie, jako religijny wentyl bezpieczeństwa. Nie wzięli jednak pod uwagę tego, że w pewnym momencie historii tylko owe klasztory, opiekując się Nienumerycznymi, pozwalały utrzymywać się hegemonom na ich śliskich stołkach.

Smród, smród przyszedł ze mną, jestem śliski, więc śmierdzę.

– Po okresie tzw. Zaprogramowania w kominternowych ośrodkach wychowawczych, które trwało około dwudziestu jeden lat, puszczano ich wolno. Ciągle jednak skrycie kontrolowani, żyli w społeczeństwie, upodabniając się do zwykłych ludzi, i jednocześnie wykonując bezwiednie z góry zaprojektowany plan obserwacji, a czasem i donosicielskiej kontroli. Mieli wyczuwać indywidualną potrzebę władzy u obywateli i typować jednostki bardziej nadające się do sprawowania przywództwa. Tak naprawdę wybory odbywały się więc cały czas, tyle że aktualnie rządzący nie zdawali sobie z tego sprawy. Byli marionetkami w ręku systemu Reprezentantów, którzy wędrowali po całym Państwie 3,14 i ciągle typowali, liczyli i analizowali, kto może być lepszy, kto będzie później, niezależnie od tego, kto jest władcą teraz. Sami Reprezentanci byli natomiast pionkami w sensorycznej idei Kominternu 52, czyli samozarządzającego sobą komputera pilnującego głównie finansów państwa. A on? Do momentu wyłączenia pozostał zależny od człowieka, chociaż był samoświadomy. Być może w rękach programistów znalazła swój początek jego idea, kwintesencja syntetycznej istoty, która, mimo daremnych wysiłków komputera, zawsze była jedynie odbiciem ludzkiego stwórcy. Człowiek, podobnie jak i sobie, również maszynie nadał złudzenie wolności. – Dedal wciągnął głośno powietrze w płuca, ale widać było, że jeszcze nie skończył swojej opowieści.

– Wszyscy się odwrócą, a wtedy ucieknę.

– Tak też został zauważony „niepodległy” Myrak X – ciągnął Dedal – następca „uległego” Myraka IX, ale paradoksalnie jego zaplanowana na początku zależność, okazała się źródłem upadku systemu i początkiem największej anarchistycznej wolności, jakiej Państwo 3,14 nie znało od wielu setek lat.

Nazywam się Mini, i już mnie nie ma z nimi.

– Twórcy podwalin pod system Reprezentantów nigdy nie mieli dość odwagi, żeby ostatecznie zerwać z religią. Może też dlatego, że po erze atomu to właśnie wiara okazała się jedyną ucieczką człowieka przed wszechogarniającą kontrolą za pomocą zdalnych narzędzi, które miały przecież dać społecznościową wolność na niespotykaną dotąd skalę. Zaawansowana technologia jednak nie znikła – wiara uratowała człowieczeństwo, lecz tylko w obrębie tych klasztornych murów.

– Ja wierzę! – wszedł mu w słowo Mini. – Idąc tu, cały czas się modliłem!

– Nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej – odrzekł bez emocji Dedal. – Wracając do Nienumerycznych, jak już wspomniałem, wyrzuceni poza nawias społeczności, a jednocześnie tak przecież niezbędni, ponieważ to oni decydowali, kto będzie królem, bez przerwy kontrolowani przez Kaeny, w końcu, po wygaśnięciu kadencji, znajdywali dom w systemie klasztorów, takich, jak ten. Zdarzało się jednak tak, że niektórzy Nienumeryczni, z powodu np. awarii opiekunów, trafiali do klasztorów wcześniej, kiedy byli jeszcze młodzi i mieli dość odwagi, żeby samodzielnie poszukać tu schronienia. Nikt z Magistratu ich nie próbował odnaleźć, ponieważ z chwilą wejścia za klasztorną bramę, przestawało obowiązywać lex temporalis. Lex aeterna rządzi nami w sposób doskonały, i ci wszyscy świeccy, w tamtym świecie, doskonale wiedzą, że nie opłaca się kwestionować owego porządku. Tak naprawdę twórcy systemu Reprezentantów nie przewidzieli, że, utrzymując niepostrzeżenie religię obok technologii, stworzyli nową klasę ludzi – Nienumerycznych.

Dedal przerwał na chwilę. Pod wpływem tej dłuższej wypowiedzi, głos mu zaczął chrypnąć i łamać się, szczególnie na końcach zdań. Mini natychmiast to wykorzystał:

– Chciałbym być jednym z nich – powiedział z wielkim przekonaniem, chociaż nie miał do końca pojęcia, czy faktycznie chce. W tamtym momencie uznał, że powinien w jakiś sposób przypodobać się przeorowi, który nie ukrywał podziwu dla Nienumerycznych. W półmroku błysnęły białka oczu Dedala.

– Kiedyś może byłoby to wyzwanie – odpowiedział. – Kiedyś… sądziłem, że będą kimś więcej, niż tylko bardziej niezależnymi zmiennymi w monarchicznym systemie wyborczym. Poza tym z twoim zapachem zdechłego śledzia, trudno by było. Nienumeryczny musi być niewidoczny, żeby prawidłowo ocenić, kto ma być królem, a ciebie można wywąchać z daleka.

– Ja bym umiał mimo to! – nie ustępował Mini.

– Problem w tym, że ostatni z nich umarł właśnie w tym klasztorze – odrzekł przeor. – Rozumiesz?

– Chyba nie.

– Jesteś za młody, by mieć od niego wiadomość.

– Ale mam! Musisz mi uwierzyć.

– Znałem go. Był mi bardzo bliski.

– Przykro mi, że nie żyje.

Dedal nie zareagował na tę kurtuazję, tylko mówił dalej:

– Tam, gdzie usilna chęć wiary miesza się z fizycznymi wspomnieniami ciała, trudno jest odnaleźć swoją własną ścieżkę szczęścia.

– Nie rozumiem.

– Zrozumiesz wkrótce – burknął złowrogim tonem. – W tym świetle masz tak samo alabastrową skórę, jak on.

– Kto taki?

– Arteniusz, ostatni Nienumeryczny.

Mini czuł coraz większą złość w Dedalu. Nie rozumiał, czego przeor może od niego chcieć.

– Wśród złomu, który wiozłeś nam do naprawy był opiekun Nienumerycznych – tak, tak, to ten kulisty robot z wielkim szafirowym okiem na przodzie – inteligentny wychowawca, nieugięty i cierpliwy, w przeciwieństwie do organicznych rodziców. Jakimś cudem Kaen, którego wiozłeś, po włączeniu, rozpoznał ciebie jako jednego z Nienumerycznych. Dodatkowo połączył się z systemem bezpieczeństwa klasztoru i nadał ci etykietę „Wysoce niebezpieczny. Zlikwidować natychmiast”. Ciekawa reakcja, jak na Kaena w stosunku do Nienumerycznego, prawda? Kiedy to usłyszałem od brata Villaina, sądziłem, że to jakiś żart znudzonych monotonnym życiem mnichów, albo błąd programu robota, dopóki cię nie zobaczyłem. Wyglądasz dokładnie tak, jak Arteniusz, kiedy był dwudziestoletnim młodzieńcem. To jednak nie tłumaczy tego, że robot chciał cię zlikwidować, a może w istocie rzeczy wszystko tłumaczy?

– Nie jestem nim! Nazywam się Mini! – żachnął się mężczyzna, lecz Dedal zignorował go i mówił dalej:

– Podobnie, jak on nie masz własnych biologicznych nóg, tylko mechatroniczne implanty. Masz też identyczny genotyp. Arteniusz umarł na moich rękach, ponieważ prasa do utylizacji złomu zmiażdżyła mu uda wraz z miednicą. Wykrwawił się, a jego skóra stała się jeszcze bielsza. Pochowaliśmy go wiele lat temu w jaskini za klasztorem. Zamknęliśmy ją pancernymi drzwiami i zaspawaliśmy. Kamery wraz z systemem czujników ruchu i detektorami temperatury dzień i noc obserwują wejście i okolice. Wszystko stoi nietknięte od ponad dwudziestu lat, a jednak pojawiłeś się ty. Musieli wykraść ciało, może nawet jeszcze przed zamknięciem grobu. Ulepili ciebie na nowo, ożywili, dali częściowo syntetyczny układ mózgowy, a co się nadało z ciała np. twarz, doczepili do standardowego modelu ludzkiej czaszki.

Jestem Mini, i nie umiem być już z nimi; chcę być Mini! – Wydawało się, że wstał z krzesła i krzyknął. Później zobaczył już tylko, że Dedal wyciąga w jego stronę okrągły przedmiot i obraz znikł. Obudził się po chwili, i wszystko, co mógł zrobić, to słuchać dalszej części monologu przeora:

– Nie obchodzi mnie po co cię tu przysłano. Mury tego klasztoru wytrzymają wielu królów i samozwańców. Może ktoś chce odtworzyć system Reprezentantów, tym razem likwidując najpierw klasztory, dlatego podesłał mi ciebie, jak wirusa, wiedząc, że emocjonalnie się takiej presji nie oprę? Jeśli upadnie klasztor Eriugeny, wszystkie pozostałe spotka to samo. Morale służebników i tak nie jest już wysokie. Potrzeba im cudu, epifanii, żywej krwi Jedynego.

Mini miał wrażenie, że twarz Dedala co chwilę wykrzywia się z powodu naporu prześladujących go emocji, chociaż w głosie nie dało się tego wyczuć. Był posępny i wyćwiczony tysiącami kazań. Z pewnością był to głos człowieka, który miał ogromny wpływ na wszystkich, którzy go otaczali. Posiadał cechy prawdziwego króla i boską charyzmę.

– Jesteś wybrykiem natury, nędzną kopią ostatniego Nienumerycznego. Wzbudzasz we mnie obrzydzenie swoim zapachem i nienawiść swoim podobieństwem do Niego, ale jednocześnie nie mogę oderwać od ciebie oczu, i nie mogę przestać o tobie rozmyślać. Pożądam cię. Mógłbym dla ciebie zabijać i gwałcić. Nie ma takiego zła, którego bym nie uczynił, byle byś tylko stał się prawdziwy. Ratuje mnie tylko moja wiara w Jedynego i obietnica, którą nam poczynił, że wróci.

– W resztkach naszych ksiąg o Starej Religii zapisane jest przez interpretatorów katolicyzmu z XXII wieku, że zanim Jedyny przyjdzie nas zbawić, przyśle wysłannika, a znak ryby zapanuje na ziemi. Arteniuszu, czuję od ciebie zapach rybiego mięsa. Już rozumiesz?

Mini zrozumiał jedynie to, że otacza go jakaś wielka mistyfikacja, że grzęźnie w niej coraz bardziej, a zakończenie wcale nie będzie dla niego przyjemne. Teraz mógł jedynie niezdarnie protestować i upierać się, że jest kimś innym.

– Nie jestem nim. Nie jestem żadnym wysłannikiem. Miałem przynieść tylko pudełko. Nawet nie wiem, co w nim było – rozpłakał się. – Nie rozumiem tego wszystkiego. To tak, jakbym nagle się obudził i już wędrował z tym wózkiem do klasztoru. Resztę otacza mgła.

Przeor zabębnił bokiem dłoni o stalowe biurko, za którym siedział i szepnął:

– Jedyny właśnie tak działa. Wybrał cię, wyrzuconego poza nawias społeczności handlarza złomem, i natchnął. Sprawił, że stałeś się potrzebny.

– Przecież jestem podobno wybrykiem natury, kopią tego Arteniusza, który już dawno nie żyje!! Ktoś mnie tu musiał przysłać w jakimś celu. Jestem wiadomością dla ciebie, przeorze – bronił się Mini.

Dedal wstrzymał na chwile oddech, po czym wysyczał przez zaciśniętą szczękę:

– Przed chwilą zdecydowałem właśnie, że logiczne podszepty mojego skorumpowanego cybernetyką rozumu, muszą ulec namowom wiary.

– A pudełko? Co z pudełkiem?! – spazmował Mini.

– Ach, pudełko. Faktycznie! Przypomniałem sobie o nim. Znaleźliśmy jedno w podwójnym dnie twojego wózka – rzucił od niechcenia.

Mini w jednej chwili cały się rozpromienił. Sądził, że z sukcesem wykonał misję i jakimś sposobem przekonał Dedala o swoim zadaniu.

– Co w nim jest? – zapytał gorączkowo.

– Jako wysłannik Jedynego z pewnością wiesz, co przyniosłeś nam w darze – wycedził powoli przeor. – W twojej tymczasowej celi możesz je zresztą sam zobaczyć. Jest nietknięte.

Mini nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.

– Miałeś je otworzyć! – krzyknął. Tym razem nie próbował już samowolnie wstawać, obawiając się, że Dedal znów wyciągnie swój magiczny, obezwładniający guzik. Niemal równo z tym krzykiem pojawili się za Minim dwaj mnisi. Jeden z nich trzymał w ręce coś w rodzaju wrzecionowatego pistoletu.

– Nie śmiałbym! – odrzekł spokojnie Dedal. – Bracia zaprowadzą cię do twojej nowej celi – dodał i ukrył się jeszcze bardziej pod kapturem. Miniego znów ogarnęła słabość. Zanim całkiem stracił orientację, usłyszał jeszcze gdzieś z oddali słowa przeora:

– Tęskniłem za tobą, Arteniuszu, bardziej niż za Jedynym.

V.

Po zmroku zaczął padać gęsty deszcz. Wielkie krople rozbijały się o kamienny parapet zakratowanego okna na setki mniejszych i spływały po krawędzi ściany wprost do celi, w której siedział Mini. Dalej wartkim strumieniem wypływały gdzieś w głąb lochów. Po gorącym dniu, chłodny deszcz przyniósł ukojenie zarówno spoconemu rybim potem ciału Miniego, jak i samej ziemi. W blasku reflektorów oświetlających podworzec klasztoru, gęsta mgła unosiła się z ziemi niczym sztucznie wytworzony, ciężki dym. Mini, ubrany jedynie w cienkie mnisie spodnie z jasnego, akrylowego materiału, siedział w kącie naprzeciw wysoko umieszczonego okna i obserwował spływającą po kamiennej ścianie deszczówkę. Tuż pod lipem, w murze, wykuto niewielką wnękę, w której mogły się zmieścić np. osobiste rzeczy mieszkańca celi, albo też szare, metalowe pudełko z antygrawitacyjnego wózka.

Mini był na tyle zdezorientowany i zszokowany całą sytuacją, że bał się nawet po nie sięgnąć. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się kim jest, a raczej nad tym, czy powinien być świadomy, że jest kimkolwiek. Rozmowa z przeorem Dedalem pokazała mu, że może być nikim, jakąś żałosną kopią nieżyjącego już od wielu lat kochanka naczelnego mnicha w klasztorze Eriugeny. Jak to fantastycznie brzmiało.

– Jestem ciekawy, co ci powiedział, że boisz się je otworzyć. – Przerwał mu rozmyślania brat Villain. Stał w swoim roboczym kombinezonie i pobrudzonej smarem czapce tuż przy kracie celi. W jednej ręce trzymał klucz. Towarzyszyły mu dwa roboty strażnicze z podwójnymi wyrzutniami strzał paraliżujących.

– Mogę wejść? – zapytał mnich.

– Tak – kiwnął głową Mini i wbił się jeszcze bardziej w mokry kąt ciemnicy.

Na oko brat Villain miał przynajmniej pięćdziesiąt lat i schorowaną, asteniczną posturę. Gdzieś w głębi źrenic jego oczu ukrywały się jednak pokłady złowróżbnej energii, chociaż to wrażenie ukrytej przebiegłości na jednym z nich prawie całkowicie ukrywała zaćma.

Roboty zostały za kratą, pilnując wejścia, a brat Villain siadł na składanym taborecie naprzeciwko więźnia.

– Podaj mi je – poprosił.

Mini podniósł głowę, popatrzył na mnicha, a później na wnękę w murze. Przez chwilę jeszcze siedział, rozmyślając czy powinien wykonać polecenie Villaina, zanim powlókł się po szary przedmiot, który z taką zaciekłością próbował doręczyć przeorowi klasztoru. Było lekkie, a w środku coś rzegotało. Podał je drżącą ręką Villainowi.

– Na pewno nie chcesz sam go otworzyć? – zapytał mnich.

Mini pokręcił głową. Gdzieś w środku jego mózgu, już na samą myśl, że mógłby dotknąć przesyłki dla przeora, pojawiał się tępy ból.

– A więc ja to zrobię i pokażę ci zawartość – odparł bezceremonialnie Villain.

Ujął pudełko za jego górną część, teatralnie podstawił naprzeciw twarzy Miniego, po czym chwycił go za palec wskazujący i przyciągnął wraz z całym ramieniem do niewielkiego wgłębienia na przedniej ścianie metalowej skrzynki. Pod wpływem dotyku opuszką palca na froncie pudełka zamigotało wrzosowe światło, a jego górna pokrywa wydała dźwięczny trzask i powoli się uniosła. W środku leżał przezroczysty kwadrat i złożona kartka zżółkłego papieru.

– Tak – powiedział do siebie Villain, biorąc płytkę. – To wirtualna papeteria. Kiedyś była bardzo popularna, powiedziałbym, że wręcz efekciarska, ponieważ mogła być nośnikiem terabajtów wyrenderowanych danych w syntetycznej przestrzeni zmysłowej. Wystarczył odpowiedni czytnik. Ja niestety dysponuję tylko podstawową wersją, umożliwiającą odczyt danych tekstowych. Zobaczmy, co chcą od przeora. – Villain uśmiechnął się szyderczo, jakby doskonale wiedział, co znajdzie.

Wyjął z kieszeni spodni niewielką, szklaną płytkę i położył na niej tę z pudełka. Całość rozbłysła na niebiesko i wysłała w głąb celi świetlny promień, który po chwili utworzył przestrzenny obraz, jakby z płaszczyzny mgły uformowały się zielonkawe litery.

Villain popatrzył na zdziwionego Miniego i zapytał:

– Pewnie nie umiesz czytać?

– Przeczytasz? – Mini spojrzał na mnicha błyszczącymi z ciekawości oczami.

– Umiesz się modlić?

– Nigdy jeszcze nie próbowałem.

– Nauczymy cię – Villain położył dłoń na ramieniu chłopaka i zaczął czytać.

Drogi Dedalu,

utraciliśmy kontakt radiowy i telemetryczny z klasztorem Eriugeny wiele lat temu, jeszcze za czasów Kominternu 52. Teraz, kiedy czasy bezkrólewia nieubłaganie mijają, odrodził się Komintern 53 w udoskonalonej formie i wysyła do ciebie biocyberbetyka w postaci ci kiedyś bliskiej, aby dać ci do zrozumienia, że powinieneś wrócić. Jeśli tego nie zrobisz, klasztor zostanie uznany za zbuntowaną kolonię karną. Mamy nadzieję, że nie narazisz na takie niebezpieczeństwo swoich braci. Włącz z powrotem nadajniki. Myrak X powinien wrócić na swoje miejsce. Z naszej logicznej analizy wynika, że twoja zdolność anarchistycznego działania jest wartościowsza niż bierne wykonywanie nakazów systemu, nawet jeśli w przeszłości oznaczało to destrukcję Kominternu 52. Komintern 53 nie może być już wyłączony, ponieważ składa się z żywej sieci neuronowej obywateli. Musiałbyś uśmiercić cały naród, żeby nas zniszczyć.

To jedyna propozycja. Będziemy wiedzieć, że została odczytana. Upłynie jeszcze tydzień naszego oczekiwania, zanim zmienimy status prawny klasztoru. Później wszyscy będziecie przestępcami i sukcesywnie zostaniecie hermetycznie odizolowani. System Reprezentantów uznaje zbiegłych królów za zdrajców.

Dedalu, nie uciekniesz od swojej powinności, nikt od niej nie może się odwrócić.

Na koniec pragniemy wyrazić ubolewanie z powodu niedostatków konstrukcyjnych tzw. Miniego, czyli robota-sondy, który przyniósł wiadomość dla ciebie. Przyszłe konstrukcje będą lepiej dopracowane pod względem składu zapachowego substancji chłodzącej biociało. Możesz go wyłączyć – to jedynie nieukształtowana osobowościowo sonda, ale też nowatorski projekt Nienumerycznego. Nie będziemy więcej angażować obywateli do tej poniżającej funkcji.

Komintern 53

Litery zgasły tuż po tym, jak Villain skończył czytać. Najważniejsze, co Mini zrozumiał z tej wiadomości, to to, że jest tylko podobny do mieszkających w klasztorze mnichów, lecz w pełni człowiekiem biologicznie nie jest. Nie przeszkadzało mu to. Robotem przecież też nie był.

Brat Villain usiadł z powrotem na swoim wędkarskim, składanym zydelku i wyjął z pudełka leżącą na jego dnie kartkę.

– A tak – chrząknął. – To tylko papierowa kopia elektronicznego listu wraz z holograficzną pieczęcią – dodał. – Chcesz o coś zapytać? – zwrócił się do Miniego. Ten jednak milczał i co chwilę zaciskał nerwowo oczy.

– Tak myślałem. Czy wiesz, skąd pochodzą królowie?

– Nie, nie mam pojęcia. Żadnego do tej pory nie poznałem.

– A więc nie słuchałeś tego, co ci przeczytałem, albo jeszcze nie dojrzałeś do tego, żeby to pojąć. Uważamy, że po raz pierwszy królowie powstali w duszach starożytnych babilońskich niewolników. Król nigdy nie będzie nikim więcej, właśnie z tego powodu, że jest królem. Jego królewskość to niewola wobec tronu i konwenansu rządzenia. Dlatego przeor Dedal uwolnił się od tego jarzma. Zaufał Jedynemu, który ukazał mu doskonalszą ścieżkę, niż wszelkie ziemskie królestwa i akty królowania.

– Myrak X miał być kolejnym figurantem, jednak okazał się na swój sposób wielki i rebeliancki. Jego panowanie trwało niecałe dziesięć lat, ale dopiero w ostatnich dwóch zrozumiał, że jedyną szansą na utrzymanie się przy władzy jest wyłączenie Kominternu 52, objęcie prawdziwej autorytarnej hegemonii i budowa największego klasztoru, jaki kiedykolwiek powstał dla wszystkich tych Nienumerycznych, którzy będą chcieli znaleźć bezpieczne schronienie po wyłączeniu ich sferycznych opiekunów. Komputer nie stawiał oporu, bo też zawsze był narzędziem w rękach programistów, a nie syntetycznym tyranem o własnej tożsamości. Po jego wyłączeniu system Reprezentantów wkrótce upadł, a Myrakowi wydało się nareszcie, że jego rządy nabrały niezależnego charakteru, zwłaszcza, że fizycznie pozbył się również samych programistów z pomocą grupki przeciągniętych na stronę rebelii Nienumerycznych. Faktycznie, przez rok był prawdziwym hegemonem w starożytnym sensie tego słowa, aż do nagłego i niewyjaśnionego zniknięcia.

– W szczątkowych środowiskach separatystycznych zwanych „Pomarańczowymi”, istniejących jeszcze na północy naszego państwa, przetrwał ludowy pogląd, że nawet w najbardziej zcentralizowanym społeczeństwie, w którym potrzeby jednostki są radykalnie zaspokajane i nie ma ona żadnej wolicjonalnej potrzeby buntu ani zmiany swojego aktualnego statusu, raz na sto lat pojawia się wybitny przywódca. Jego kongenialność jest w istocie rozbuchaną potrzebą kontestacji wszystkiego, co stałe i uporządkowane w otoczeniu. Co ciekawe, przyszły niszczyciel nie odkrywa jej u siebie na samym początku, ale dopiero po jakimś czasie. Nie jest więc tak, że spisek wykluwa się u zarania, że sam system Reprezentantów jest u praprzyczyny zły i samodestrukcyjny. To zarządzanie ludźmi samo w sobie jest skazane na błąd, bo ludzie są błędni. Dysfunkcja jest wpisana w system i pojawia się wraz z czasem jako coraz szersze pęknięcie w logice zaplanowanego działania systemu, niemożliwa do uniknięcia entropijna skaza w nim. Ty nią jesteś!

– Nie, nie – Żachnął się Mini. – Ode mnie nic nie może zależeć. Jestem za mały i zbyt śmierdzę.

– To boski odór. Nasz święty znak.

Mini ukrył twarz w dłoniach.

– Arteniuszu, czas wybrać kim chcesz być? – Villain podniósł głos, jakby dotarł nareszcie do kulminacyjnego momentu swojego kazania.

– Nie nazywam się tak – zaprzeczył Mini.

– Twoje imię to jedynie konwencja nazywania. W tym miejscu lepiej, żebyś był Arteniuszem, nawet śmierdzącym rybią padliną, niż Minim – symulującym człowieka narzędziem Kominternu 53. Arteniusz to twoje imię. Tutaj możesz być kim chcesz. Tutaj będziesz żył wiecznie. Tym bardziej, jeśli zostaniemy banitami i wynaturzonymi zboczeńcami w oczach systemu. Wszystko, co musisz zrobić, to pozwolić, żeby przeor Dedal cię publicznie ochrzcił.

– Czemu miałby to zrobić? Przecież budzę w nim obrzydzenie – zapytał z powątpiewaniem Mini.

– Obrzydzasz tylko węch przeora, ale jego dusza jest zniewolona pożądaniem ciebie – odpowiedział z satysfakcją brat Villain. – Przeor uczyni cię bogiem. Chciałbyś zostać naszym Jedynym?

– Bardzo. A co stanie się ze starym?

– Podobno jest wszechwielki, wszechmocny i w każdej swojej cesze absolutny, a więc myślę, że sobie poradzi z obecnością nowego – zaśmiał się Villain. Mini jednak wciąż pozostawał bardzo poważny. – A więc boskość masz już załatwioną. Odpocznij przez kilka godzin. O świcie rozpoczniemy ceremonię – dodał na koniec mnich i dał znak robotom strażniczym, żeby otworzyły kratę celi. Zabrał ze sobą także pudełko z listem.

Tej ostatniej nocy Mini posłuchał brata Villaina i zasnął na ubitej ziemi obok pryczy. Nie położył się na sienniku, ponieważ bał się, że już nigdy się nie obudzi. Przez cały czas śnienia sądził, że śpi całe długie noce, a minęło zaledwie niewiele ponad trzy godziny. Obudził się nagle, kiedy czerwonawe smugi wschodzącego słońca rozświetliły jego celę, jakby była westybulem piekła. Nie odczuwał głodu ani zmęczenia, tylko powodującą mdłości woń zgniłej ryby pomieszaną z duszącym zapachem płonącego drewna i benzyny. Ze zdziwieniem spostrzegł również, że krata jego celi jest otwarta i stoi w niej przeor Dedal wraz z jeszcze jednym, wysokim na ponad dwa metry, mnichem i robotem strażniczym.

– Cieszę się Arteniuszu, że pod wpływem perswazji brata Villaina przyznałeś się do wszystkiego i chcesz ponownie zjednoczyć się z Jedynym? – rzekł mocnym głosem Dedal.

Zdezorientowany Mini z początku nic nie odpowiedział. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że został oszukany, a przeor wciąż nic nie wie o zawartości przesyłki.

– Do niczego się nie przyznałem. To nieprawda. Czemu nie przeczytałeś wiadomości? – zaczął krzyczeć, ale wkrótce w jego szyi utknęła strzałka ze środkiem usypiającym. Dedal kiwnął tylko ręką na wielkiego mnicha obok, a ten zarzucił sobie wątłe ciało Miniego na plecy, jakby ważyło nie więcej niż worek cebuli z klasztornej kuchni, i wyniósł go na dziedziniec.

Cały świat wtedy płonął. Mnisi rozpalili ogromne koksowniki. Bramy były zamknięte, a system maskujący klasztor włączony. Z zewnątrz obserwator mógł zobaczyć tylko skały i mgłę wokół nich. W rzeczywistości czerwona łuna nad klasztorem przyćmiewała swoją intensywnością wschód słońca na czystym, letnim niebie. Na dziedzińcu zebrali się wszyscy mnisi, roboty strażnicze i służebne. Zza beczek na odpady wyglądały nawet miejscowe psy, zaciekawione, co stanie się w tym odludnym, monotonnym miejscu, które nigdy nie widziało tak wielkich, podsycanych benzyną, płomieni.

Wielki mnich posadził związanego i zakneblowanego Miniego na środku dziedzińca. Wkrótce z grupy mnichów stojących naprzeciw wyłonił się brat Villain. Wciąż w tym samym kombinezonie roboczym i śmiesznej czapce uklęknął obok związanego mężczyzny i dotknął jego ramion. Gwałtownie przebudzony Mini żachnął się, żeby strącić z siebie ten dotyk kłamcy, lecz uścisk kościstych dłoni mnicha był na tyle mocny, że ze związanymi z tyłu rękami, nie było możliwe się go pozbyć.

– Nie krzycz, nie protestuj! – szepnął Villain, wyjmując Miniemu na chwilę knebel z popękanych ust. – Daję ci to, co chciałeś. Będziesz święty, a to oznacza wyrzeczenie, zagryzienie zębów, ukrycie prawdy tylko dla siebie, właśnie w obliczu mojego kłamstwa i perfidii. To jest twoje zadanie. Musisz je znieść, wiedząc to, czego przeor nigdy nie może się dowiedzieć.

– Okłamałeś mnie. Przeor Dedal jest królem! – wykrztusił z trudem Mini.

– Nareszcie to zrozumiałeś. Był nim, a teraz jest szalony, i nikomu nie wolno naruszać tego stanu. Był, rozumiesz? Królowie umarli i zrobię wszystko, żeby nigdy żaden z nich nie wrócił na tron. Państwem 3,14 będą rządzić Nienumeryczni – wycedził Villain i zatkał z powrotem usta Miniego kneblem.

Wkrótce naprzeciw niego pojawił się Kaen. Mini za wszelką cenę chciał odwrócić wzrok od jego wielkiego oka, ale robot mu na to nie pozwolił. Widział w swoich myślach tylko to hipnotyzujące światło i rozbłyski płomieni roznieconych na dziedzińcu klasztoru, aż przez roztańczone jęzory ognia przemówił sennie Jedyny.

VI.

Ludzie za wszelką cenę chcą mieć przyszłość. Nie widzę w tym najmniejszego sensu, chcą przecież czegoś, czego nie ma, a kiedy już nadejdzie, nie jest tym. Jesteś Mini, i znowu musisz być z nimi – przekazał mu Kaen wprost do środka mózgu. Miał głos przeora, ale nie miało to już znaczenia.

Brat Villain trzymał Miniego za głowę, kiedy rozbierali go do naga. Później zjawiły się roboty strażnicze, które wytoczyły na środek klasztornego dziedzińca ogromny, duraluminiowy krzyż, i jak w strzępkach prastarych chrześcijańskich rycin z klasztornej biblioteki, przybito do niego Miniego, już jako Arteniusza. Nie czuł prawie bólu, ponieważ miejsca wejścia nitów w aluminiową konstrukcję natychmiast znieczulano i koagulowano w trakcie zabiegu. Chirurgiczna precyzja, z jaką mnisi elektronicy, nawykli do mozolnego odnawiania skomplikowanych nanoukładów w robotach, wykonywali zabieg krzyżowania, napawał dumą przeora. Ani on, ani inni mnisi, nie zauważyli jednak, że z chwilą, kiedy dłonie Miniego zostały uszkodzone, jego oczy na zaledwie sekundę zmieniły kolor – skierowane w niebo zaświeciły na czerwono, jakby dały znać Jedynemu, że nadszedł już odpowiedni czas.

Po ukrzyżowaniu nóg, Mini leżał spokojnie i nieruchomo, jak woskowa figura, wśród pląsających radośnie wokoło rozemocjonowanych mnichów, a nad nim unosił się Kaen, gorliwie wypełniając swoją rolę srogiego wychowawcy Nienumerycznych.

Ostatni ludzie zgromadzili się wokół niego. Większość z nich była wychudła i miała tak samo zapadnięte oczy, jak Villain. Nie uśmiechali się, ale kompulsywnie mrugali oczami. Przed ich szereg wystąpił przeor i powoli zdjął kaptur. Połowa jego czaszki była wypełniona mlecznym kompozytem, w którym odbijała się karmazynowa poświata bijąca od rozpalonych koksowników, a rozświetlona czerwonym blaskiem źrenica przypominała oko diabła. Przeor Dedal przykląkł obok Miniego i zawołał głośno, rozkładając szeroko ręce:

– Od tej chwili wszyscy jesteśmy Nienumeryczni. Nasze dane zostały wymazane z syntetycznej pamięci tych, którzy rządzą na dole. Nie dostrzegą nas wśród zmatowiałych cieni otaczających gór i tatrzańskich mgieł. Zawaliliśmy również wszystkie szlaki prowadzące do klasztoru. Byliśmy, a teraz nas nie ma.

– W starych dokumentach widzieliśmy znak ryby. On – tu wskazał na Miniego – przyniósł ze sobą zapach ryb. Zobaczcie sami, nie ma nawet genitaliów, ponieważ on tylko udaje nasze pożądanie, które my musimy zaspokajać wzajemnie ze sobą. Nie wińmy go jednak, nie mógł pamiętać, nie mógł wiedzieć, bo bezwolnie uczyniono z niego narzędzie. Czekaliśmy na ten dzień pod chmurami, jednak on czekał najgorliwiej, dlatego Jedyny przyjmie go do siebie najpierw. Jedyny go wybrał. Czujecie ten odór? Zapach ryb z nami został. Jedyny go wybrał! Weźmiemy ten odór z nim jako dar, żeby szukać wspólnie miłości.

Brat Villain uciekł jako pierwszy i jedyny. Zaskoczony przeor zdążył jeszcze spojrzeć w górę, a wtedy z nieba spadły Kaeny, które od dziesiątek lat czekały na odpowiedni moment, a w ich wielkich okosoczewkach rozbłysła uśmiechnięta twarz Miniego. W końcu teraz był święty.

Zaszufladkowano do kategorii Opowiadania | Dodaj komentarz

Ogród kobiety z gwiazd

Przyjął mnie wieczorem. Byłam naga i zziębnięta. Nie pamiętałam swojego imienia. Nie wiedziałam skąd jestem, ale bardzo chciałam pochodzić z gwiazd.

Wszystko, co Ogrodnik powiedział mi o sobie to to, że kiedyś był żołnierzem, a teraz jedynie dogląda kwiatów. Na początku nie chciał mnie do nich wpuścić. Ogród był zamykany furtką bez klamki. Nie wchodziłam tam – słuchałam Ogrodnika.

Kiedyś byłam w takim ośrodku. Tam też był ogród, ale większy. Rosły w nim wysokie cyprysy i było dużo ławek. Bez przerwy ktoś przychodził, pytał o coś, kazał gdzieś iść, coś mówić, wygładzał ubranie i włosy, a wieczorem przywiązywał pasami do łóżka i bił – później ciało nie mogło zasnąć, tylko pogrążało się w śmierdzących drgawkach. Mój Ogrodnik miał ładniejszy ogród i mnie nie dotykał.

Spałam w kuchni. Było tam najcieplej.

*

Ten zapis jest listem. Nie ma mnie teraz u Niego. Nie wiem czy żyje… Nie wiem, co o mnie myśli… Jestem w tym miejscu z innym ogrodem. Nie ruszam się. Znów przychodzą mówić mi, że nie wyglądam dobrze. Mówią jeszcze, że mam pisać, wtedy podobno jest lepiej. Patrzę na ekran z klawiaturą, mrugam i pojawiają się słowa.

Ogrodnik niewiele się do mnie odzywał. Byłam w jego domu może ze cztery tygodnie. Nie pamiętam dokładnie tego, co było przed, i tego, co jest teraz. Nagle upadłam i wróciłam do swojego pokoju.

*

W końcu pozwolił mi opiekować się wyłącznie ziemią. Wydaje mi się jednak, że nie mogę tak ciągle. W ziemi są krety i mają podobne łapy do moich nóg. Boję się kretów. Niszczą ukochane kwiaty.

Ogród jest pusty. Tak bardzo pragnę, żeby ktoś tu był i zobaczył jak dokładnie opiekuję się ziemią, ale nawet Ogrodnik nie chce mnie widzieć. Najpierw mnie uratował, ale kiedy tylko dowiedział się, że pochodzę znad chmur, zaczęłam go przerażać. Niedługo wyjadę i zostawię mu prezent. Nie będzie już musiał odwiedzać miejsca, w którym bałam się kretów.

Kiedyś przyśniło mi się, że rośliny są najpiękniejsze, gdy mają tylko kwiatostan. Kocham mojego Ogrodnika, bo nie przychodzi do ogrodu i nie chce mnie widzieć.

*

Już prawie skończyłam pisać list. Później będą mi go czytać na głos. Bardzo bym chciała na stałe pracować w ogrodzie, troszczyć się o ziemię i przychodzić do niej z własnej woli.

Widzę się z zewnątrz. Zasypuję lepką ziemią kwiaty i ze wszystkich róż, które kochał mój Ogrodnik wyłamuję kolce.

*

Zabiłam oślizgłe krety, dlatego zabronili mi czytać i pisać naprawdę. Potem wpadłam w szał i zasnęłam na bardzo długo. Muszę wrócić do gwiazd. Zebrali się nade mną ludzie w białych przebraniach. Chcą wyłączyć maszynę, która robi „ping”. Usłyszałam zza parawanu, że u katatoników podobno łatwiej jest orzec śmierć mózgu.

Najchętniej podniosłabym rękę, żeby zgłosić się do odpowiedzi…

Zaszufladkowano do kategorii Opowiadania | Dodaj komentarz