Nienumeryczny

I.

Przyniósł zapach ryb. Poduszkowy wózek zepsuł się jakieś pięćdziesiąt kilometrów przed klasztorem, jeszcze na nizinie, więc musiał przymocować mu awaryjne bezdętkowe koła antygrawitacyjne i pomagać słonecznemu silnikowi pokonać ostatni Szlak Wielkich Schodów kończący się tuż pod bramą klasztornego miasta Eriugena. Był środek wyjątkowo gorącego lipca, kiedy stanął przed ogromnym, spiżowym wejściem i wysłał ze swojego PADA komunikat weryfikacyjny do bramnego strażnika. Jeszcze zanim skrzydła do tego innego świata się przed nim otworzyły, dostał sygnał poprawnej weryfikacji, a dwie rozszczepiające molekuły wieżyczki strażnicze, powoli schowały się do otworów ukrytych po bokach w murze. Odetchnął z ulgą. Bał się, że właśnie tego etapu nie przejdzie, i nikt nigdy nie usłyszy tego wszystkiego, co ma zamiar opowiedzieć przeorowi, chociaż sam nie wiedział dokładnie, co to ma być. Od pewnego czasu coś go po prostu gnało do klasztoru, jakby cały świat wraz z jego istnieniem zaczął się właśnie w tym momencie, kiedy uświadomił sobie ową myśl, potrzebę, albo narzucającą się wciąż konieczność porozmawiania z przeorem – jakby obudził się nagle i pchał wózek z częściami robotów, który parę metrów dalej się psuje i nic nie było przed tym.

I ten zapach ryb. Czuł go od siebie cały czas i niczym nie mógł zwalczyć. Tak pachniał jego pot, a temperatura otoczenia grubo przekraczała trzydzieści stopni, nawet tu na wysokości ponad tysiąca metrów, jakby cały klasztor Eriugeny, mimo wysokogórskiego klimatu, pokrywała hermetyczna, przezroczysta kopuła, więc Mini pocił się ciągle i obficie. Nie pomagał nawet antybakteryjny talk, którym się notorycznie smarował. Nie potrafił też wytłumaczyć, skąd posiada tak duże ilości tego specyfiku w swoim bagażu.

Brama klasztoru rozstąpiła się przed nim bezszelestnie, zapraszając do postapokaliptycznego, innego świata. Większa część klasztornego miasta była od dawna opuszczona. Zasiedlono tylko ścisłe centrum, czyli główny budynek opactwa oraz sąsiedztwo wielkiej katedry o strzelistych, pełnych intarsji ścianach.

Klasztor Eriugeny był ostatnim wybudowanym i zarazem największym tego typu ośrodkiem w całym Państwie 3,14. Jego budowę sfinansowano ze środków cudem wygospodarowanych z bardzo skąpego budżetu podupadającego hegemona Myraka X. Kompleks wznosił się na mającym ponad tysiąc metrów szczycie zwanym Górą Nienumerycznych, będącym jednym z wielu tego typu wzniesień w obrębie Zewnętrznych Karpat Zachodnich. Nie wiadomo skąd pochodziła taka nazwa, ale z całą pewnością w pierwszym okresie istnienia klasztoru, pasowała do głównego rodowodu i zajęcia mnichów, których niecała setka gnieździła się w owym miejscu, już dawno zapomnianym przez automatycznych poborców podatkowych. Ów erem został skończony zanim jeszcze zniknął król – Myrak X – jedyny niezależny hegemon Państwa 3,14 od prawie trzystu lat. Minęło ich kolejne dwadzieścia bezkrólewia, kiedy brat Villain otworzył bramę, żeby odebrać przybyły z dalekiej Rugii transport uszkodzonych robotów do naprawy i poczuć odór rybnej padliny.

Zaraz po tym, jak rozstąpiły się skrzydła wejścia, przyczłapał boso na środek. Na głowie miał szpiczastą czapkę, był wychudzony, z opadniętymi ramionami, na których ktoś powiesił, jak na drucianym manekinie szary, roboczy kombinezon. Jego zapadnięte oczy nie wyrażały nic, żadnych emocji, tylko przemożną rezygnację z doczesnego życia i zmęczenie obecnym.

– Podejdź! – zawołał do Miniego.

Mężczyzna po dłuższej chwili namysłu niemrawo dopchał swój wózek tuż pod stopy mnicha. Zaraz po tym zauważył, że brama klasztoru momentalnie się za nim zamknęła, i zrobiła to dużo szybciej niż podczas czynności otwierania.

– Nazywam się Villain – powiedział flegmatycznie chropowatym głosem mnich. – A ty?

– Mini – odparł przybysz i wyłączył rzężący napęd wózka. Ten opadł z brzękiem na pokiereszowane kamienie obejścia, przechylając się na bok i wysypując ze świdrującym trzaskiem z kwadratowej paki źle zabezpieczone części robotów.

Brat Villain spojrzał beznamiętnie na te rozsypane rupiecie, z których niektóre potoczyły się tuż pod jego stopy i zapytał ściszonym głosem:

– Masz prawie dwa metry wzrostu. Jesteś pewien, że to twoje prawdziwe imię? A może to na przykład złośliwe przezwisko?

– Muszę porozmawiać z przeorem! – wykrzyknął nagle Mini, ale brat Villain nawet nie mrugnął. Popatrzył tylko znów pod nogi. Jego uwagę przykuł okrągły przedmiot z wielką niebieską soczewką na środku.

– Nie widziałem Kaenów od prawie trzydziestu lat – dodał, schylając się po kulistego robota. – Gdzie go znalazłeś? – zapytał.

Mini oddychał głęboko i ciężko. Był zdenerwowany. Ledwo mógł skupić myśli na czymkolwiek innym, oprócz przemożnej chęci rozmowy z przełożonym klasztoru.

– Jestem tylko przewoźnikiem – wykrztusił. – To nic nie warty złom. Zaprowadzisz mnie do przeora? – poprosił ze spuszczoną głową.

– Nie, nie! – Pokręcił głową brat Villain – Kaen nigdy nie jest złomem, no chyba, że wystawisz go na działanie bomby wodorowej, albo przetopisz w piecu hutniczym. – Te roboty to najdoskonalszy wytwór robotyki z poprzedniej epoki królów. Większość ludzi nie umie ich zniszczyć.

Zakonnik podniósł jedną ręką robota na wysokość swojej twarzy, aż promienie gorącego słońca rozświetliły każdą rysę i wgięcie na jego tytanowej powłoce, a drugą ręką wygrzebał coś w wewnętrznej kieszeni kombinezonu. Był to niewielki laserowy śrubokręt.

– Popatrz! – rzekł z przejęciem, kiedy nakierował czerwony promień na niewielki otwór z boku niebieskiego oka.

Mini nie zwracał żadnej uwagi na to, co robi Villain. Nagle zaczął się gwałtownie pocić, a rybi odór opanował całe jego ciało. Czuł, że od tego smrodu zaczyna mu się robić niedobrze. Za wszelką cenę musiał dostać się do przeora. To była jedyna szansa, żeby zmyć ten fetor.

– To znak! To niewątpliwie znak! – wykrzyknął VIllain, kiedy oko robota rozświetliło się niebieskim blaskiem. Wtedy zakonnik delikatnie wyjął spod Kaena dłoń, a ten pozostał w powietrzu, kierując swoje oko prosto na Miniego.

– Muszę porozmawiać z przeorem – powtarzał ciągle. Wydawało mu się, że smród wokół niego gęstnieje, zmieniając powietrze w cyjanowe błoto. Co jakiś czas rozpoznawał jednak, że to błękitna źrenica Kaena znajduje się tak blisko jego twarzy, że nie jest jej w stanie dostrzec ostro. Później znów tonął w swojej zaprogramowanej potrzebie, żeby odnaleźć przeora.

– Na rozmowę przyjdzie czas, Mini. Przyjdę do ciebie. – głos Villaina był spokojny i kojący. – Nie denerwuj się. Zostaw czas za sobą. Tempus nie przyniósł ludziom nic dobrego. Korzystają z niego tylko roboty, bo nas przeżywają.

– Muszę, muszę! – Mini padł na kolana, a tuż nad nim zawisł Kaen.

Smród ryb stał się nie do zniesienia, nawet dla przytępionego wiekiem powonienia brata Villaina. Kaen tuż po aktywacji połączył się z systemem komputerowym klasztoru, a ten wysłał impuls ostrzegawczy do wieżyczek strażniczych i komunikatora brata Villaina. Momentalnie przeskanował Miniego i zaalarmował systemy bezpieczeństwa klasztoru o potencjalnym zamachowcu.

Ciemność stanęła obok niego, a później ucięła mu dolną połowę ciała. Leżał na ziemi połówką ciała, czując zimny grunt, a przecież było ponad trzydzieści stopni. Niedługo później zasnął, trzymając się kurczowo jedynej rzeczy, którą pozwolili mu zatrzymać – swojego zapachu.

II.

– Ludzie ciągle oczekują jakiejś przyszłości, tak, jakby ich życiem rządził bliżej nienazwany zewnętrzny byt, u którego są oni w stanie wybłagać pozytywne zakończenie swojej egzystencji. – Głos mężczyzny był ochrypły, ale mimo to silny, donośny i chropowaty jak siennik w klaustrofobicznych mnisich celach.

– Ciebie to przekleństwo nadziei i oczekiwań nie dotyczy. Idziesz przez życie i nie dotykasz jestestwem żadnego krwiożerczego czasu. Widzisz przed sobą nicość podobną do kolejnej muchy na języku gekona, a my nazywamy ją ciemnością i się jej obawiamy – niepotrzebnie. – Postać stała tyłem do niego. Spowijał ją cień. – Dla ciebie niebyt i próżnia są obojętne. Nie masz jednego zakończenia. – dokończył mnich i otrzepał habit z kurzu.

Ręce Miniego były skrępowane i szeroko rozpostarte. Z początku nie umiał sobie wyobrazić, w jakiej pozie został związany. Dopiero po jakimś czasie poczuł, że czucie wraca mu do dolnej połowy ciała, a równo z rozwartymi ramionami i wzdłuż tułowia czuje zimne i twarde deski. Był przywiązany do krzyża w dużej, strzelistej katedrze z mnóstwem dziur w dachu i witrażach. Ustawiono go w najlepiej oświetlonym miejscu prezbiterium – przy ołtarzu, a snopy mdłego światła opadały na postać Miniego, przydając mu, w całej jego bezbronności, nadnaturalnej poświaty.

– Kim jesteś – wyjęczał Mini, dostrzegając stojącą do niego tyłem ciemną sylwetkę.

– Chciałem cię zobaczyć na własne oczy – odpowiedział mnich – ale boję się w nie spojrzeć, jeśli wiem, że ty również patrzysz.

– Jesteś przeorem? – zapytał podniecony Mini, zupełnie ignorując krępujące go więzy.

– Tak. To mnie tak gorączkowo szukałeś. Nazywam się Dedal. – Mnich stanął przodem do krzyża, lecz jego głęboko ukryta pod kapturem twarz wciąż pozostała w cieniu.

Zaraz potem Mini tak gwałtownie szarpnął więzami, że stare drewno krzyża zatrzeszczało złowrogo, a spomiędzy rozbitych szkiełek witraży opadł szklany pył. Po chwili zaczął się krztusić, usilnie próbując coś powiedzieć.

– Powiedz, czemu chciałeś mnie znaleźć? – zapytał przeor.

Mini przełknął zgęstniałą ślinę i zdążył się już nieco uspokoić tak, żeby być w stanie wydukać chociaż parę nieskładnych zdań.

– W wózku jest drugie dno. Miałem dać ci zawartość – jęknął.

– Od kogo?

– Nie pamiętam. Drugie dno w wózku! Zobacz sam! – Odczuł tak wielką, niewypowiedzianą ulgę, że to wreszcie powiedział. Teraz mogli zrobić z nim wszystko, co tylko chcą.

– Zanim tu przyszedłem, moi bracia dokładnie cię zbadali – odparł Dedal. – Pobraliśmy ci krew i wykonaliśmy trauma-skany. Twój wózek również został rozebrany na najdrobniejsze części. Chyba zapomniałeś, że jesteśmy serwisantami robotów. Nie znaleźliśmy ani w tobie, ani przy tobie, niczego podejrzanego. Jedynym niecodziennym zjawiskiem jest twój zapach, a raczej rybi odór. Sądzę też, że dla ciebie najciekawszy będziesz jednak ty sam. Jestem pewien, że jeszcze wielu rzeczy o sobie nie wiesz.

– Musi być coś w drugim dnie! – krzyknął przelękniony Mini.

– Nie ma w nim nic. Nie ma żadnego drugiego dna – odrzekł chłodno Dedal, po czym odwrócił się i zaczął iść w kierunku wyjścia.

– Życie nie ma skrytek. Jest oczywiste w oczach Jedynego. Brat Villain przyjdzie cię niedługo uwolnić – rzucił na koniec, a echo dziurawej katedry powtórzyło wiele razy jego niski głos, dodając mu przy tym jeszcze wyraźniejszego, tubalnego kształtu.

– Od Nienumerycznego! – wykrzyknął histerycznie Mini. – To wiadomość od ostatniego Nienumerycznego! – To była ostatnia myśl, jaka nagle zadźwięczała mu w głowie, jak podpowiedź niewidocznego głosu, który miał nadzieję wywołać w przeorze jakąkolwiek reakcję.

Dedal jednak wyszedł, chociaż wydawało się, że pod wpływem słów Miniego na chwilę zawahał się w swoim sprężystym i punktualnym kroku.

III.

Minęło parę kolejnych dni, ale wciąż nie mógł skupić się na jakiejkolwiek innej myśli, prócz dręczącej go potrzeby zobaczenia się z Dedalem. Wiedział, że potrafi wyobrazić sobie cokolwiek innego, lecz ktoś zaprogramował mu nawyk dążenia do spotkania z przeorem – tak silny, że dominujący nawet nad potrzebą snu i jedzenia. Jeszcze tego samego dnia, kiedy rozmawiał z Dedalem, pojawił się brat Villain wraz z innym mnichem i podłączyli mu jakieś urządzenie do tętnicy w szyi, nakarmili i zmusili do załatwienia własnych potrzeb. W katedrze, a zwłaszcza będąc na krzyżu, nie wolno było robić pod siebie.

– Musisz jeść – mówił do niego brat Villain, kiedy wsadzał mu słodką papkę do ust.

– Chcę tylko porozmawiać z przeorem – płakał Mini.

– Przeor lubi dobrze odżywionych mężczyzn. Według niego brak dbałości o swoje ciało jest takim samym grzechem, co wyparcie się Boga. Jedz Mini, jedz. Nie zostaniesz rybim Mesjaszem, jeśli nam tu umrzesz z głodu.

Ten rytuał karmienia i wypróżniania powtarzał się codziennie. Żeby go nakarmić, mnisi musieli za każdym razem podstawiać drabinę, aby sięgnąć do wysokiego krzyża. Któregoś dnia przyszło ich trzech. Tym razem nie było z nimi brata Villaina. Bez słowa wytłumaczenia bardzo ostrożnie zdjęli Miniego z krzyża i pozostawili leżącego między zbutwiałymi ławkami. Na gorączkowe pytania, kiedy będzie mógł zobaczyć się z przeorem, żaden z nich nie odpowiedział. Wszyscy mieli twarze głęboko ukryte pod kapturami. Zostawili go kompletnie zdezorientowanego w katedrze naprzeciw krzyża, Mógł w każdej chwili wyjść. Nikt go już nie więził. On jednak wciąż siedział i gapił się na krzyż. Wieczorem przyszedł po niego brat Villain z miską jedzenia i zaproszeniem do komnaty przeora. Mini zjadł i po chwili łagodnie zsunął się na posadzkę odurzony środkiem nasennym.

IV.

Obudziły go słowa wypowiadane przez znajomy niski głos:

– Umyliśmy cię. Twój zapach już nie przypomina gnijących ryb, tylko po prostu świeżo złowione.

Mini siedział na drewnianym krześle naprzeciw biurka przeora. Dedal spoglądał na niego spod głęboko narzuconego kaptura. Widać było jedynie białka jego oczu, kawałek dolnej wargi i czubek brody. Reszta skrywała się w tajemniczym półcieniu.

– Nie wiem skąd go mam. Mnie też przeszkadza. Odkąd pamiętam, mój pot wydziela taki odór – odpowiedział po dłuższej chwili namysłu. Komnata, w której się teraz znajdował, była w istocie zabudowaną aluminiowymi płytami, wydzieloną częścią ogromnej hali warsztatowej. Aż po sam niewidoczny koniec hangaru, zajmowały go dziesiątki niekompletnych robolotów i innych przedziwnych maszyn. Z zewnątrz żadna nie przypominała sprawnego urządzenia, ale mógł być to przecież jedynie kamuflaż dla postronnego obserwatora.

Przeor Dedal strzelił palcami i rozprostował ramiona. Odetchnął głębiej, jakby chciał coś poważnego powiedzieć. Nie wydał z siebie jednak żadnego dźwięku, tylko broda co jakiś czas drżała mu, jakby płakał. Upłynęło dużo czasu, zanim jego głos znów pojawił się w uszach Miniego.

– Czy wiesz kim byli Nienumeryczni? – zapytał przeor.

Mini przytaknął głową.

– Wiem – odparł. – Dawno temu to oni decydowali, kto jest królem.

– W dużym skrócie, ale można tak powiedzieć. – Dedal wyciągnął rękę w kierunku twarzy, jakby chciał się podrapać po nosie, lecz momentalnie ją zatrzymał; zapewne uświadomił sobie, że nie może jej pokazać. W końcu rozprostował plecy i zaczął opowiadać:

– Obecnie, w XXIII wieku, tworzenie hegemonii nie polega na wojnach, lecz na tak zwanych wyborczych grach za pomocą wirtualnych systemów pulowych. Powszechne prawo wyborcze od wielu dziesiątek lat należy już do przeszłości. Zostało zamienione na wybór jednostki rządzącej przez zbiór (pulę) Reprezentantów. Przypomnę ci, że ustrój naszego państwa nazywany jest monarchią autorytarną, nie istnieje sukcesja dynastyczna, a sami królowie są elekcyjni, z tą jednak różnicą, że sama elekcja nie wygląda tak, jak w XVI wieku – nie jest wolna.

Nazywam się Mini i nie wolno mi być z nimi – zaśpiewał w myślach, słuchając jednostajnej opowieści przeora.

– Państwo 3,14 liczyło kiedyś osiemdziesiąt dziewięć milionów obywateli, z czego do klasy Reprezentantów należało tylko około dwudziestu tysięcy osób. Inaczej nazywano ich Nienumerycznymi, ponieważ Jednostka Centralna zarządzająca strukturami biurokracji państwa, ze względów bezpieczeństwa, nie przypisywała im numeru ewidencyjnego. W założeniu mieli pozostać jedynie pod obserwacją i wychowawczą kuratelą syntetycznych opiekunów – Kaenów (inteligentnych robotów w kształcie sfery).

Nie mam swojego Kaena, co mi więc zrobisz mnichu z Eriugeny.

– Nienumeryczni mieli być bardziej wolni, ponieważ Państwo 3,14 nie nadało im numeru, a co za tym idzie ani zawodu, ani wykształcenia, ani własności czegokolwiek łącznie z tożsamością. – Zaśmiał się przeor. – Jaka to egzystencjalna ironia, nieprawdaż? W rzeczywistości ich wolność, dla nich samych, miała formę banicji, a system neokatechumenalnych, świecko-duchownych klasztorów w końcu stawał się jedynym alternatywnym wobec społecznej bezdomności domem. Tyraniczni władcy sądzili, że klasztory muszą być tworzone i utrzymywane dla tzw. świętego spokoju w państwie, jako religijny wentyl bezpieczeństwa. Nie wzięli jednak pod uwagę tego, że w pewnym momencie historii tylko owe klasztory, opiekując się Nienumerycznymi, pozwalały utrzymywać się hegemonom na ich śliskich stołkach.

Smród, smród przyszedł ze mną, jestem śliski, więc śmierdzę.

– Po okresie tzw. Zaprogramowania w kominternowych ośrodkach wychowawczych, które trwało około dwudziestu jeden lat, puszczano ich wolno. Ciągle jednak skrycie kontrolowani, żyli w społeczeństwie, upodabniając się do zwykłych ludzi, i jednocześnie wykonując bezwiednie z góry zaprojektowany plan obserwacji, a czasem i donosicielskiej kontroli. Mieli wyczuwać indywidualną potrzebę władzy u obywateli i typować jednostki bardziej nadające się do sprawowania przywództwa. Tak naprawdę wybory odbywały się więc cały czas, tyle że aktualnie rządzący nie zdawali sobie z tego sprawy. Byli marionetkami w ręku systemu Reprezentantów, którzy wędrowali po całym Państwie 3,14 i ciągle typowali, liczyli i analizowali, kto może być lepszy, kto będzie później, niezależnie od tego, kto jest władcą teraz. Sami Reprezentanci byli natomiast pionkami w sensorycznej idei Kominternu 52, czyli samozarządzającego sobą komputera pilnującego głównie finansów państwa. A on? Do momentu wyłączenia pozostał zależny od człowieka, chociaż był samoświadomy. Być może w rękach programistów znalazła swój początek jego idea, kwintesencja syntetycznej istoty, która, mimo daremnych wysiłków komputera, zawsze była jedynie odbiciem ludzkiego stwórcy. Człowiek, podobnie jak i sobie, również maszynie nadał złudzenie wolności. – Dedal wciągnął głośno powietrze w płuca, ale widać było, że jeszcze nie skończył swojej opowieści.

– Wszyscy się odwrócą, a wtedy ucieknę.

– Tak też został zauważony „niepodległy” Myrak X – ciągnął Dedal – następca „uległego” Myraka IX, ale paradoksalnie jego zaplanowana na początku zależność, okazała się źródłem upadku systemu i początkiem największej anarchistycznej wolności, jakiej Państwo 3,14 nie znało od wielu setek lat.

Nazywam się Mini, i już mnie nie ma z nimi.

– Twórcy podwalin pod system Reprezentantów nigdy nie mieli dość odwagi, żeby ostatecznie zerwać z religią. Może też dlatego, że po erze atomu to właśnie wiara okazała się jedyną ucieczką człowieka przed wszechogarniającą kontrolą za pomocą zdalnych narzędzi, które miały przecież dać społecznościową wolność na niespotykaną dotąd skalę. Zaawansowana technologia jednak nie znikła – wiara uratowała człowieczeństwo, lecz tylko w obrębie tych klasztornych murów.

– Ja wierzę! – wszedł mu w słowo Mini. – Idąc tu, cały czas się modliłem!

– Nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej – odrzekł bez emocji Dedal. – Wracając do Nienumerycznych, jak już wspomniałem, wyrzuceni poza nawias społeczności, a jednocześnie tak przecież niezbędni, ponieważ to oni decydowali, kto będzie królem, bez przerwy kontrolowani przez Kaeny, w końcu, po wygaśnięciu kadencji, znajdywali dom w systemie klasztorów, takich, jak ten. Zdarzało się jednak tak, że niektórzy Nienumeryczni, z powodu np. awarii opiekunów, trafiali do klasztorów wcześniej, kiedy byli jeszcze młodzi i mieli dość odwagi, żeby samodzielnie poszukać tu schronienia. Nikt z Magistratu ich nie próbował odnaleźć, ponieważ z chwilą wejścia za klasztorną bramę, przestawało obowiązywać lex temporalis. Lex aeterna rządzi nami w sposób doskonały, i ci wszyscy świeccy, w tamtym świecie, doskonale wiedzą, że nie opłaca się kwestionować owego porządku. Tak naprawdę twórcy systemu Reprezentantów nie przewidzieli, że, utrzymując niepostrzeżenie religię obok technologii, stworzyli nową klasę ludzi – Nienumerycznych.

Dedal przerwał na chwilę. Pod wpływem tej dłuższej wypowiedzi, głos mu zaczął chrypnąć i łamać się, szczególnie na końcach zdań. Mini natychmiast to wykorzystał:

– Chciałbym być jednym z nich – powiedział z wielkim przekonaniem, chociaż nie miał do końca pojęcia, czy faktycznie chce. W tamtym momencie uznał, że powinien w jakiś sposób przypodobać się przeorowi, który nie ukrywał podziwu dla Nienumerycznych. W półmroku błysnęły białka oczu Dedala.

– Kiedyś może byłoby to wyzwanie – odpowiedział. – Kiedyś… sądziłem, że będą kimś więcej, niż tylko bardziej niezależnymi zmiennymi w monarchicznym systemie wyborczym. Poza tym z twoim zapachem zdechłego śledzia, trudno by było. Nienumeryczny musi być niewidoczny, żeby prawidłowo ocenić, kto ma być królem, a ciebie można wywąchać z daleka.

– Ja bym umiał mimo to! – nie ustępował Mini.

– Problem w tym, że ostatni z nich umarł właśnie w tym klasztorze – odrzekł przeor. – Rozumiesz?

– Chyba nie.

– Jesteś za młody, by mieć od niego wiadomość.

– Ale mam! Musisz mi uwierzyć.

– Znałem go. Był mi bardzo bliski.

– Przykro mi, że nie żyje.

Dedal nie zareagował na tę kurtuazję, tylko mówił dalej:

– Tam, gdzie usilna chęć wiary miesza się z fizycznymi wspomnieniami ciała, trudno jest odnaleźć swoją własną ścieżkę szczęścia.

– Nie rozumiem.

– Zrozumiesz wkrótce – burknął złowrogim tonem. – W tym świetle masz tak samo alabastrową skórę, jak on.

– Kto taki?

– Arteniusz, ostatni Nienumeryczny.

Mini czuł coraz większą złość w Dedalu. Nie rozumiał, czego przeor może od niego chcieć.

– Wśród złomu, który wiozłeś nam do naprawy był opiekun Nienumerycznych – tak, tak, to ten kulisty robot z wielkim szafirowym okiem na przodzie – inteligentny wychowawca, nieugięty i cierpliwy, w przeciwieństwie do organicznych rodziców. Jakimś cudem Kaen, którego wiozłeś, po włączeniu, rozpoznał ciebie jako jednego z Nienumerycznych. Dodatkowo połączył się z systemem bezpieczeństwa klasztoru i nadał ci etykietę „Wysoce niebezpieczny. Zlikwidować natychmiast”. Ciekawa reakcja, jak na Kaena w stosunku do Nienumerycznego, prawda? Kiedy to usłyszałem od brata Villaina, sądziłem, że to jakiś żart znudzonych monotonnym życiem mnichów, albo błąd programu robota, dopóki cię nie zobaczyłem. Wyglądasz dokładnie tak, jak Arteniusz, kiedy był dwudziestoletnim młodzieńcem. To jednak nie tłumaczy tego, że robot chciał cię zlikwidować, a może w istocie rzeczy wszystko tłumaczy?

– Nie jestem nim! Nazywam się Mini! – żachnął się mężczyzna, lecz Dedal zignorował go i mówił dalej:

– Podobnie, jak on nie masz własnych biologicznych nóg, tylko mechatroniczne implanty. Masz też identyczny genotyp. Arteniusz umarł na moich rękach, ponieważ prasa do utylizacji złomu zmiażdżyła mu uda wraz z miednicą. Wykrwawił się, a jego skóra stała się jeszcze bielsza. Pochowaliśmy go wiele lat temu w jaskini za klasztorem. Zamknęliśmy ją pancernymi drzwiami i zaspawaliśmy. Kamery wraz z systemem czujników ruchu i detektorami temperatury dzień i noc obserwują wejście i okolice. Wszystko stoi nietknięte od ponad dwudziestu lat, a jednak pojawiłeś się ty. Musieli wykraść ciało, może nawet jeszcze przed zamknięciem grobu. Ulepili ciebie na nowo, ożywili, dali częściowo syntetyczny układ mózgowy, a co się nadało z ciała np. twarz, doczepili do standardowego modelu ludzkiej czaszki.

Jestem Mini, i nie umiem być już z nimi; chcę być Mini! – Wydawało się, że wstał z krzesła i krzyknął. Później zobaczył już tylko, że Dedal wyciąga w jego stronę okrągły przedmiot i obraz znikł. Obudził się po chwili, i wszystko, co mógł zrobić, to słuchać dalszej części monologu przeora:

– Nie obchodzi mnie po co cię tu przysłano. Mury tego klasztoru wytrzymają wielu królów i samozwańców. Może ktoś chce odtworzyć system Reprezentantów, tym razem likwidując najpierw klasztory, dlatego podesłał mi ciebie, jak wirusa, wiedząc, że emocjonalnie się takiej presji nie oprę? Jeśli upadnie klasztor Eriugeny, wszystkie pozostałe spotka to samo. Morale służebników i tak nie jest już wysokie. Potrzeba im cudu, epifanii, żywej krwi Jedynego.

Mini miał wrażenie, że twarz Dedala co chwilę wykrzywia się z powodu naporu prześladujących go emocji, chociaż w głosie nie dało się tego wyczuć. Był posępny i wyćwiczony tysiącami kazań. Z pewnością był to głos człowieka, który miał ogromny wpływ na wszystkich, którzy go otaczali. Posiadał cechy prawdziwego króla i boską charyzmę.

– Jesteś wybrykiem natury, nędzną kopią ostatniego Nienumerycznego. Wzbudzasz we mnie obrzydzenie swoim zapachem i nienawiść swoim podobieństwem do Niego, ale jednocześnie nie mogę oderwać od ciebie oczu, i nie mogę przestać o tobie rozmyślać. Pożądam cię. Mógłbym dla ciebie zabijać i gwałcić. Nie ma takiego zła, którego bym nie uczynił, byle byś tylko stał się prawdziwy. Ratuje mnie tylko moja wiara w Jedynego i obietnica, którą nam poczynił, że wróci.

– W resztkach naszych ksiąg o Starej Religii zapisane jest przez interpretatorów katolicyzmu z XXII wieku, że zanim Jedyny przyjdzie nas zbawić, przyśle wysłannika, a znak ryby zapanuje na ziemi. Arteniuszu, czuję od ciebie zapach rybiego mięsa. Już rozumiesz?

Mini zrozumiał jedynie to, że otacza go jakaś wielka mistyfikacja, że grzęźnie w niej coraz bardziej, a zakończenie wcale nie będzie dla niego przyjemne. Teraz mógł jedynie niezdarnie protestować i upierać się, że jest kimś innym.

– Nie jestem nim. Nie jestem żadnym wysłannikiem. Miałem przynieść tylko pudełko. Nawet nie wiem, co w nim było – rozpłakał się. – Nie rozumiem tego wszystkiego. To tak, jakbym nagle się obudził i już wędrował z tym wózkiem do klasztoru. Resztę otacza mgła.

Przeor zabębnił bokiem dłoni o stalowe biurko, za którym siedział i szepnął:

– Jedyny właśnie tak działa. Wybrał cię, wyrzuconego poza nawias społeczności handlarza złomem, i natchnął. Sprawił, że stałeś się potrzebny.

– Przecież jestem podobno wybrykiem natury, kopią tego Arteniusza, który już dawno nie żyje!! Ktoś mnie tu musiał przysłać w jakimś celu. Jestem wiadomością dla ciebie, przeorze – bronił się Mini.

Dedal wstrzymał na chwile oddech, po czym wysyczał przez zaciśniętą szczękę:

– Przed chwilą zdecydowałem właśnie, że logiczne podszepty mojego skorumpowanego cybernetyką rozumu, muszą ulec namowom wiary.

– A pudełko? Co z pudełkiem?! – spazmował Mini.

– Ach, pudełko. Faktycznie! Przypomniałem sobie o nim. Znaleźliśmy jedno w podwójnym dnie twojego wózka – rzucił od niechcenia.

Mini w jednej chwili cały się rozpromienił. Sądził, że z sukcesem wykonał misję i jakimś sposobem przekonał Dedala o swoim zadaniu.

– Co w nim jest? – zapytał gorączkowo.

– Jako wysłannik Jedynego z pewnością wiesz, co przyniosłeś nam w darze – wycedził powoli przeor. – W twojej tymczasowej celi możesz je zresztą sam zobaczyć. Jest nietknięte.

Mini nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.

– Miałeś je otworzyć! – krzyknął. Tym razem nie próbował już samowolnie wstawać, obawiając się, że Dedal znów wyciągnie swój magiczny, obezwładniający guzik. Niemal równo z tym krzykiem pojawili się za Minim dwaj mnisi. Jeden z nich trzymał w ręce coś w rodzaju wrzecionowatego pistoletu.

– Nie śmiałbym! – odrzekł spokojnie Dedal. – Bracia zaprowadzą cię do twojej nowej celi – dodał i ukrył się jeszcze bardziej pod kapturem. Miniego znów ogarnęła słabość. Zanim całkiem stracił orientację, usłyszał jeszcze gdzieś z oddali słowa przeora:

– Tęskniłem za tobą, Arteniuszu, bardziej niż za Jedynym.

V.

Po zmroku zaczął padać gęsty deszcz. Wielkie krople rozbijały się o kamienny parapet zakratowanego okna na setki mniejszych i spływały po krawędzi ściany wprost do celi, w której siedział Mini. Dalej wartkim strumieniem wypływały gdzieś w głąb lochów. Po gorącym dniu, chłodny deszcz przyniósł ukojenie zarówno spoconemu rybim potem ciału Miniego, jak i samej ziemi. W blasku reflektorów oświetlających podworzec klasztoru, gęsta mgła unosiła się z ziemi niczym sztucznie wytworzony, ciężki dym. Mini, ubrany jedynie w cienkie mnisie spodnie z jasnego, akrylowego materiału, siedział w kącie naprzeciw wysoko umieszczonego okna i obserwował spływającą po kamiennej ścianie deszczówkę. Tuż pod lipem, w murze, wykuto niewielką wnękę, w której mogły się zmieścić np. osobiste rzeczy mieszkańca celi, albo też szare, metalowe pudełko z antygrawitacyjnego wózka.

Mini był na tyle zdezorientowany i zszokowany całą sytuacją, że bał się nawet po nie sięgnąć. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się kim jest, a raczej nad tym, czy powinien być świadomy, że jest kimkolwiek. Rozmowa z przeorem Dedalem pokazała mu, że może być nikim, jakąś żałosną kopią nieżyjącego już od wielu lat kochanka naczelnego mnicha w klasztorze Eriugeny. Jak to fantastycznie brzmiało.

– Jestem ciekawy, co ci powiedział, że boisz się je otworzyć. – Przerwał mu rozmyślania brat Villain. Stał w swoim roboczym kombinezonie i pobrudzonej smarem czapce tuż przy kracie celi. W jednej ręce trzymał klucz. Towarzyszyły mu dwa roboty strażnicze z podwójnymi wyrzutniami strzał paraliżujących.

– Mogę wejść? – zapytał mnich.

– Tak – kiwnął głową Mini i wbił się jeszcze bardziej w mokry kąt ciemnicy.

Na oko brat Villain miał przynajmniej pięćdziesiąt lat i schorowaną, asteniczną posturę. Gdzieś w głębi źrenic jego oczu ukrywały się jednak pokłady złowróżbnej energii, chociaż to wrażenie ukrytej przebiegłości na jednym z nich prawie całkowicie ukrywała zaćma.

Roboty zostały za kratą, pilnując wejścia, a brat Villain siadł na składanym taborecie naprzeciwko więźnia.

– Podaj mi je – poprosił.

Mini podniósł głowę, popatrzył na mnicha, a później na wnękę w murze. Przez chwilę jeszcze siedział, rozmyślając czy powinien wykonać polecenie Villaina, zanim powlókł się po szary przedmiot, który z taką zaciekłością próbował doręczyć przeorowi klasztoru. Było lekkie, a w środku coś rzegotało. Podał je drżącą ręką Villainowi.

– Na pewno nie chcesz sam go otworzyć? – zapytał mnich.

Mini pokręcił głową. Gdzieś w środku jego mózgu, już na samą myśl, że mógłby dotknąć przesyłki dla przeora, pojawiał się tępy ból.

– A więc ja to zrobię i pokażę ci zawartość – odparł bezceremonialnie Villain.

Ujął pudełko za jego górną część, teatralnie podstawił naprzeciw twarzy Miniego, po czym chwycił go za palec wskazujący i przyciągnął wraz z całym ramieniem do niewielkiego wgłębienia na przedniej ścianie metalowej skrzynki. Pod wpływem dotyku opuszką palca na froncie pudełka zamigotało wrzosowe światło, a jego górna pokrywa wydała dźwięczny trzask i powoli się uniosła. W środku leżał przezroczysty kwadrat i złożona kartka zżółkłego papieru.

– Tak – powiedział do siebie Villain, biorąc płytkę. – To wirtualna papeteria. Kiedyś była bardzo popularna, powiedziałbym, że wręcz efekciarska, ponieważ mogła być nośnikiem terabajtów wyrenderowanych danych w syntetycznej przestrzeni zmysłowej. Wystarczył odpowiedni czytnik. Ja niestety dysponuję tylko podstawową wersją, umożliwiającą odczyt danych tekstowych. Zobaczmy, co chcą od przeora. – Villain uśmiechnął się szyderczo, jakby doskonale wiedział, co znajdzie.

Wyjął z kieszeni spodni niewielką, szklaną płytkę i położył na niej tę z pudełka. Całość rozbłysła na niebiesko i wysłała w głąb celi świetlny promień, który po chwili utworzył przestrzenny obraz, jakby z płaszczyzny mgły uformowały się zielonkawe litery.

Villain popatrzył na zdziwionego Miniego i zapytał:

– Pewnie nie umiesz czytać?

– Przeczytasz? – Mini spojrzał na mnicha błyszczącymi z ciekawości oczami.

– Umiesz się modlić?

– Nigdy jeszcze nie próbowałem.

– Nauczymy cię – Villain położył dłoń na ramieniu chłopaka i zaczął czytać.

Drogi Dedalu,

utraciliśmy kontakt radiowy i telemetryczny z klasztorem Eriugeny wiele lat temu, jeszcze za czasów Kominternu 52. Teraz, kiedy czasy bezkrólewia nieubłaganie mijają, odrodził się Komintern 53 w udoskonalonej formie i wysyła do ciebie biocyberbetyka w postaci ci kiedyś bliskiej, aby dać ci do zrozumienia, że powinieneś wrócić. Jeśli tego nie zrobisz, klasztor zostanie uznany za zbuntowaną kolonię karną. Mamy nadzieję, że nie narazisz na takie niebezpieczeństwo swoich braci. Włącz z powrotem nadajniki. Myrak X powinien wrócić na swoje miejsce. Z naszej logicznej analizy wynika, że twoja zdolność anarchistycznego działania jest wartościowsza niż bierne wykonywanie nakazów systemu, nawet jeśli w przeszłości oznaczało to destrukcję Kominternu 52. Komintern 53 nie może być już wyłączony, ponieważ składa się z żywej sieci neuronowej obywateli. Musiałbyś uśmiercić cały naród, żeby nas zniszczyć.

To jedyna propozycja. Będziemy wiedzieć, że została odczytana. Upłynie jeszcze tydzień naszego oczekiwania, zanim zmienimy status prawny klasztoru. Później wszyscy będziecie przestępcami i sukcesywnie zostaniecie hermetycznie odizolowani. System Reprezentantów uznaje zbiegłych królów za zdrajców.

Dedalu, nie uciekniesz od swojej powinności, nikt od niej nie może się odwrócić.

Na koniec pragniemy wyrazić ubolewanie z powodu niedostatków konstrukcyjnych tzw. Miniego, czyli robota-sondy, który przyniósł wiadomość dla ciebie. Przyszłe konstrukcje będą lepiej dopracowane pod względem składu zapachowego substancji chłodzącej biociało. Możesz go wyłączyć – to jedynie nieukształtowana osobowościowo sonda, ale też nowatorski projekt Nienumerycznego. Nie będziemy więcej angażować obywateli do tej poniżającej funkcji.

Komintern 53

Litery zgasły tuż po tym, jak Villain skończył czytać. Najważniejsze, co Mini zrozumiał z tej wiadomości, to to, że jest tylko podobny do mieszkających w klasztorze mnichów, lecz w pełni człowiekiem biologicznie nie jest. Nie przeszkadzało mu to. Robotem przecież też nie był.

Brat Villain usiadł z powrotem na swoim wędkarskim, składanym zydelku i wyjął z pudełka leżącą na jego dnie kartkę.

– A tak – chrząknął. – To tylko papierowa kopia elektronicznego listu wraz z holograficzną pieczęcią – dodał. – Chcesz o coś zapytać? – zwrócił się do Miniego. Ten jednak milczał i co chwilę zaciskał nerwowo oczy.

– Tak myślałem. Czy wiesz, skąd pochodzą królowie?

– Nie, nie mam pojęcia. Żadnego do tej pory nie poznałem.

– A więc nie słuchałeś tego, co ci przeczytałem, albo jeszcze nie dojrzałeś do tego, żeby to pojąć. Uważamy, że po raz pierwszy królowie powstali w duszach starożytnych babilońskich niewolników. Król nigdy nie będzie nikim więcej, właśnie z tego powodu, że jest królem. Jego królewskość to niewola wobec tronu i konwenansu rządzenia. Dlatego przeor Dedal uwolnił się od tego jarzma. Zaufał Jedynemu, który ukazał mu doskonalszą ścieżkę, niż wszelkie ziemskie królestwa i akty królowania.

– Myrak X miał być kolejnym figurantem, jednak okazał się na swój sposób wielki i rebeliancki. Jego panowanie trwało niecałe dziesięć lat, ale dopiero w ostatnich dwóch zrozumiał, że jedyną szansą na utrzymanie się przy władzy jest wyłączenie Kominternu 52, objęcie prawdziwej autorytarnej hegemonii i budowa największego klasztoru, jaki kiedykolwiek powstał dla wszystkich tych Nienumerycznych, którzy będą chcieli znaleźć bezpieczne schronienie po wyłączeniu ich sferycznych opiekunów. Komputer nie stawiał oporu, bo też zawsze był narzędziem w rękach programistów, a nie syntetycznym tyranem o własnej tożsamości. Po jego wyłączeniu system Reprezentantów wkrótce upadł, a Myrakowi wydało się nareszcie, że jego rządy nabrały niezależnego charakteru, zwłaszcza, że fizycznie pozbył się również samych programistów z pomocą grupki przeciągniętych na stronę rebelii Nienumerycznych. Faktycznie, przez rok był prawdziwym hegemonem w starożytnym sensie tego słowa, aż do nagłego i niewyjaśnionego zniknięcia.

– W szczątkowych środowiskach separatystycznych zwanych „Pomarańczowymi”, istniejących jeszcze na północy naszego państwa, przetrwał ludowy pogląd, że nawet w najbardziej zcentralizowanym społeczeństwie, w którym potrzeby jednostki są radykalnie zaspokajane i nie ma ona żadnej wolicjonalnej potrzeby buntu ani zmiany swojego aktualnego statusu, raz na sto lat pojawia się wybitny przywódca. Jego kongenialność jest w istocie rozbuchaną potrzebą kontestacji wszystkiego, co stałe i uporządkowane w otoczeniu. Co ciekawe, przyszły niszczyciel nie odkrywa jej u siebie na samym początku, ale dopiero po jakimś czasie. Nie jest więc tak, że spisek wykluwa się u zarania, że sam system Reprezentantów jest u praprzyczyny zły i samodestrukcyjny. To zarządzanie ludźmi samo w sobie jest skazane na błąd, bo ludzie są błędni. Dysfunkcja jest wpisana w system i pojawia się wraz z czasem jako coraz szersze pęknięcie w logice zaplanowanego działania systemu, niemożliwa do uniknięcia entropijna skaza w nim. Ty nią jesteś!

– Nie, nie – Żachnął się Mini. – Ode mnie nic nie może zależeć. Jestem za mały i zbyt śmierdzę.

– To boski odór. Nasz święty znak.

Mini ukrył twarz w dłoniach.

– Arteniuszu, czas wybrać kim chcesz być? – Villain podniósł głos, jakby dotarł nareszcie do kulminacyjnego momentu swojego kazania.

– Nie nazywam się tak – zaprzeczył Mini.

– Twoje imię to jedynie konwencja nazywania. W tym miejscu lepiej, żebyś był Arteniuszem, nawet śmierdzącym rybią padliną, niż Minim – symulującym człowieka narzędziem Kominternu 53. Arteniusz to twoje imię. Tutaj możesz być kim chcesz. Tutaj będziesz żył wiecznie. Tym bardziej, jeśli zostaniemy banitami i wynaturzonymi zboczeńcami w oczach systemu. Wszystko, co musisz zrobić, to pozwolić, żeby przeor Dedal cię publicznie ochrzcił.

– Czemu miałby to zrobić? Przecież budzę w nim obrzydzenie – zapytał z powątpiewaniem Mini.

– Obrzydzasz tylko węch przeora, ale jego dusza jest zniewolona pożądaniem ciebie – odpowiedział z satysfakcją brat Villain. – Przeor uczyni cię bogiem. Chciałbyś zostać naszym Jedynym?

– Bardzo. A co stanie się ze starym?

– Podobno jest wszechwielki, wszechmocny i w każdej swojej cesze absolutny, a więc myślę, że sobie poradzi z obecnością nowego – zaśmiał się Villain. Mini jednak wciąż pozostawał bardzo poważny. – A więc boskość masz już załatwioną. Odpocznij przez kilka godzin. O świcie rozpoczniemy ceremonię – dodał na koniec mnich i dał znak robotom strażniczym, żeby otworzyły kratę celi. Zabrał ze sobą także pudełko z listem.

Tej ostatniej nocy Mini posłuchał brata Villaina i zasnął na ubitej ziemi obok pryczy. Nie położył się na sienniku, ponieważ bał się, że już nigdy się nie obudzi. Przez cały czas śnienia sądził, że śpi całe długie noce, a minęło zaledwie niewiele ponad trzy godziny. Obudził się nagle, kiedy czerwonawe smugi wschodzącego słońca rozświetliły jego celę, jakby była westybulem piekła. Nie odczuwał głodu ani zmęczenia, tylko powodującą mdłości woń zgniłej ryby pomieszaną z duszącym zapachem płonącego drewna i benzyny. Ze zdziwieniem spostrzegł również, że krata jego celi jest otwarta i stoi w niej przeor Dedal wraz z jeszcze jednym, wysokim na ponad dwa metry, mnichem i robotem strażniczym.

– Cieszę się Arteniuszu, że pod wpływem perswazji brata Villaina przyznałeś się do wszystkiego i chcesz ponownie zjednoczyć się z Jedynym? – rzekł mocnym głosem Dedal.

Zdezorientowany Mini z początku nic nie odpowiedział. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że został oszukany, a przeor wciąż nic nie wie o zawartości przesyłki.

– Do niczego się nie przyznałem. To nieprawda. Czemu nie przeczytałeś wiadomości? – zaczął krzyczeć, ale wkrótce w jego szyi utknęła strzałka ze środkiem usypiającym. Dedal kiwnął tylko ręką na wielkiego mnicha obok, a ten zarzucił sobie wątłe ciało Miniego na plecy, jakby ważyło nie więcej niż worek cebuli z klasztornej kuchni, i wyniósł go na dziedziniec.

Cały świat wtedy płonął. Mnisi rozpalili ogromne koksowniki. Bramy były zamknięte, a system maskujący klasztor włączony. Z zewnątrz obserwator mógł zobaczyć tylko skały i mgłę wokół nich. W rzeczywistości czerwona łuna nad klasztorem przyćmiewała swoją intensywnością wschód słońca na czystym, letnim niebie. Na dziedzińcu zebrali się wszyscy mnisi, roboty strażnicze i służebne. Zza beczek na odpady wyglądały nawet miejscowe psy, zaciekawione, co stanie się w tym odludnym, monotonnym miejscu, które nigdy nie widziało tak wielkich, podsycanych benzyną, płomieni.

Wielki mnich posadził związanego i zakneblowanego Miniego na środku dziedzińca. Wkrótce z grupy mnichów stojących naprzeciw wyłonił się brat Villain. Wciąż w tym samym kombinezonie roboczym i śmiesznej czapce uklęknął obok związanego mężczyzny i dotknął jego ramion. Gwałtownie przebudzony Mini żachnął się, żeby strącić z siebie ten dotyk kłamcy, lecz uścisk kościstych dłoni mnicha był na tyle mocny, że ze związanymi z tyłu rękami, nie było możliwe się go pozbyć.

– Nie krzycz, nie protestuj! – szepnął Villain, wyjmując Miniemu na chwilę knebel z popękanych ust. – Daję ci to, co chciałeś. Będziesz święty, a to oznacza wyrzeczenie, zagryzienie zębów, ukrycie prawdy tylko dla siebie, właśnie w obliczu mojego kłamstwa i perfidii. To jest twoje zadanie. Musisz je znieść, wiedząc to, czego przeor nigdy nie może się dowiedzieć.

– Okłamałeś mnie. Przeor Dedal jest królem! – wykrztusił z trudem Mini.

– Nareszcie to zrozumiałeś. Był nim, a teraz jest szalony, i nikomu nie wolno naruszać tego stanu. Był, rozumiesz? Królowie umarli i zrobię wszystko, żeby nigdy żaden z nich nie wrócił na tron. Państwem 3,14 będą rządzić Nienumeryczni – wycedził Villain i zatkał z powrotem usta Miniego kneblem.

Wkrótce naprzeciw niego pojawił się Kaen. Mini za wszelką cenę chciał odwrócić wzrok od jego wielkiego oka, ale robot mu na to nie pozwolił. Widział w swoich myślach tylko to hipnotyzujące światło i rozbłyski płomieni roznieconych na dziedzińcu klasztoru, aż przez roztańczone jęzory ognia przemówił sennie Jedyny.

VI.

Ludzie za wszelką cenę chcą mieć przyszłość. Nie widzę w tym najmniejszego sensu, chcą przecież czegoś, czego nie ma, a kiedy już nadejdzie, nie jest tym. Jesteś Mini, i znowu musisz być z nimi – przekazał mu Kaen wprost do środka mózgu. Miał głos przeora, ale nie miało to już znaczenia.

Brat Villain trzymał Miniego za głowę, kiedy rozbierali go do naga. Później zjawiły się roboty strażnicze, które wytoczyły na środek klasztornego dziedzińca ogromny, duraluminiowy krzyż, i jak w strzępkach prastarych chrześcijańskich rycin z klasztornej biblioteki, przybito do niego Miniego, już jako Arteniusza. Nie czuł prawie bólu, ponieważ miejsca wejścia nitów w aluminiową konstrukcję natychmiast znieczulano i koagulowano w trakcie zabiegu. Chirurgiczna precyzja, z jaką mnisi elektronicy, nawykli do mozolnego odnawiania skomplikowanych nanoukładów w robotach, wykonywali zabieg krzyżowania, napawał dumą przeora. Ani on, ani inni mnisi, nie zauważyli jednak, że z chwilą, kiedy dłonie Miniego zostały uszkodzone, jego oczy na zaledwie sekundę zmieniły kolor – skierowane w niebo zaświeciły na czerwono, jakby dały znać Jedynemu, że nadszedł już odpowiedni czas.

Po ukrzyżowaniu nóg, Mini leżał spokojnie i nieruchomo, jak woskowa figura, wśród pląsających radośnie wokoło rozemocjonowanych mnichów, a nad nim unosił się Kaen, gorliwie wypełniając swoją rolę srogiego wychowawcy Nienumerycznych.

Ostatni ludzie zgromadzili się wokół niego. Większość z nich była wychudła i miała tak samo zapadnięte oczy, jak Villain. Nie uśmiechali się, ale kompulsywnie mrugali oczami. Przed ich szereg wystąpił przeor i powoli zdjął kaptur. Połowa jego czaszki była wypełniona mlecznym kompozytem, w którym odbijała się karmazynowa poświata bijąca od rozpalonych koksowników, a rozświetlona czerwonym blaskiem źrenica przypominała oko diabła. Przeor Dedal przykląkł obok Miniego i zawołał głośno, rozkładając szeroko ręce:

– Od tej chwili wszyscy jesteśmy Nienumeryczni. Nasze dane zostały wymazane z syntetycznej pamięci tych, którzy rządzą na dole. Nie dostrzegą nas wśród zmatowiałych cieni otaczających gór i tatrzańskich mgieł. Zawaliliśmy również wszystkie szlaki prowadzące do klasztoru. Byliśmy, a teraz nas nie ma.

– W starych dokumentach widzieliśmy znak ryby. On – tu wskazał na Miniego – przyniósł zapach ryb. Zobaczcie sami, nie ma nawet genitaliów, ponieważ on tylko udaje nasze pożądanie, które my musimy zaspokajać wzajemnie ze sobą. Nie wińmy go jednak, nie mógł pamiętać, nie mógł wiedzieć, bo bezwolnie uczyniono z niego narzędzie. Czekaliśmy na ten dzień pod chmurami, jednak on czekał najgorliwiej, dlatego Jedyny przyjmie go do siebie najpierw. Jedyny go wybrał. Czujecie ten odór? Zapach ryb z nami został. Jedyny go wybrał! Weźmiemy ten odór z nim jako dar, żeby szukać wspólnie miłości.

Brat Villain uciekł jako pierwszy i jedyny. Zaskoczony przeor zdążył jeszcze spojrzeć w górę, a wtedy z nieba spadły Kaeny, które od dziesiątek lat czekały na odpowiedni moment, a w ich wielkich okosoczewkach rozbłysła uśmiechnięta twarz Miniego. W końcu teraz był święty.

Dodaj komentarz