Sprzedam wannę z mało używaną ektoplazmą

I.

– Dzwonię w sprawie węgla – rzekł do słuchawki ostrym tonem Konrad.

– Jakiego węgla? – zapytał gdzieś po drugiej stronie miasta nieco zdziwiony mężczyzna udający kobietę.

– Widzę, że słabo u was z przepływem informacji. Mam pod oknem całą hałdę. Czuję się, jakbym mieszkał w kotłowni. Mieliście go ode mnie zabrać – powtórzył Konrad. – Z Poniatowskiego 7.

Na linii nagle zapadła cisza. Dopiero po dłuższej chwili pełnej trzasków, nerwowego przełączania kanałów i odgłosów przypominających ostrzenie jakichś narzędzi, odezwał się inny, tym razem męski głos.

– Aaaa, to pan – zapiał, wciąż trochę będąc kobietą. – Sprawa się nieco skomplikowała. Podczas naszej pierwszej rozmowy nie miałem jeszcze raportu dostawcy. Niech pan posłucha. Z tej dziury, w której pan mieszka, węgla nie wywozimy.

– Ale wwozicie.

– Wwozi dostawca.

– Czyli wy!

– Nie. My jesteśmy zleceniodawcą dostawcy.

– Idzie zima, a ja nie mam oleju do pieca! Zapłaciłem za niego!

– To była pomyłka, bardzo nam przykro.

– Więc ją naprawcie!

– Nie możemy. Dostawca pomylił zlecenia.

– To trzeba mu ponownie zlecić transportu mojego oleju.

– Musiałby najpierw zabrać węgiel.

– Cholera jasna!

– Pan wciąż nic nie rozumie. Powiem wprost. Nie usuniemy węgla, ponieważ dostawca nie zgodzi się czegokolwiek wywieźć z Gryfina, jeśli klient ma w łazience wannę z ektoplazmą, co prawda nie nową, ale jednak bardzo mało używaną. Uściślając, mało używana jest ektoplazma, natomiast wanna trochę bardziej.

– Do kurwy nędzy, co ty człowieku wygadujesz? Jaka wanna z ektoplazmą? – wybuchnął Konrad. Oczy nabiegły mu krwią, a wargi zrobiły się suche jak piarg.

– Nie przypominam sobie, żebyśmy już tak wulgarnie przeszli na ty.

– A ja nie przypominam sobie żadnej nowej wanny!

– W istocie ma pan rację, tak, jak powiedziałem, wanna nowa nie jest.

– Zaraz mnie szlag trafi. Gościu, czy ty jesteś normalny? Co moja wanna ma wspólnego z węglem?

– Nie chodzi o wannę, ale o jej zawartość, czyli ektoplazmę, protoplazmatyczną istotę kumulującą w sobie medialną energię. – Przedstawiciel Ekooleju ani na moment nie podniósł głosu, mimo że Konrad toczył już pieniste bałwany z ust.

– Wsadź sobie to ektocoś w dupę, szajbusie! – wyjąkał roztrzęsiony. – Jeszcze dzisiaj do was przyjadę i ci mordę skuję, osrańcu.

– Sądzę, że ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Niech pan pójdzie do łazienki i najlepiej sam zobaczy – odpowiedział głos w słuchawce i po prostu się rozłączył.

Konrad jeszcze przez chwilę tkwił z przyduszonym do ucha telefonem i wykrzykiwał jakieś przekleństwa. Po chwili jednak stłumił złość, ponieważ na szybie okna pojawiły się pierwsze, jeszcze niewielkie, płatki śniegu. Ostatni dom na wyludnionej ulicy Poniatowskiego stopniowo zaczął pokrywać się białym, zmrożonym oddechem nadchodzącej zimy. Było to widać szczególnie wyraźnie na dwóch wielkich kopcach antracytu wysypanego niedbale przy bocznej ścianie jednopiętrowego budynku. Węglowe szczyty sięgały na wysokość ponad dwóch metrów i całkowicie zasłoniły nawet okno piwnicy, przez które mogłyby być wsypane do kotłowni, gdyby taka w owym domu funkcjonowała. Konrad jednak posiadał ogrzewanie na olej, a pozostało mu go zaledwie na parę, coraz zimniejszych dni przedzimia.

Konrad Szatkowski miał niespełna pięćdziesiąt lat, siwawe włosy i kolorowe tatuaże na przedramionach. Po niespodziewanej i tragicznej śmierci żony zdecydował, że za posiadane oszczędności kupi jakiś stary dom w niewielkim miasteczku i spędzi resztę życia nie oglądając zbyt wielu ludzi, a przynajmniej ograniczając kontakt z nimi do niezbędnego minimum. Przez ostatnie siedem lat był właścicielem firmy wykonującej instalacje kanalizacyjne i odwierty głębinowe. Z wykształcenia był chemikiem, lecz w zawodzie pracował tylko niecałe dziesięć lat, z czego pięć w patentowych i tajnych laboratoriach koncernu Bayer mieszczących się w Leverkusen. Jako chemik jądrowy zawsze patrzył na świat nieco abstrakcyjnie, bo w każdym elemencie rzeczywistości widział dającą się rozdzielić i na nowo poskładać, nuklidową strukturę. Z powodu tychże cech, taka jedna wanna z ektoplazmą nie powinna go aż tak zdziwić, no chyba że jeden z tych fizycznych elementów, które tak ciągle rozkładał na atomy (żona), na jego oczach rozpada się na pełgające po bruku spłachcie krwawiącego mięsa. W obliczu bomby z gwoździami, i to podłożonej bez żadnego celu politycznego, czy też męczeńskiej idei, a tylko dla psychopatycznej zemsty byłego pacjenta z terapii grupowej, wszelka zawodowa abstrakcja chemika jądrowego zamienia się w zwykły ból, a później chce się już tylko samotnie żyć gdzieś między ludźmi, ale ciągle jak najdalej od nich.

To miała być jego pierwsza, spokojna zima w Gryfinie.

II.

– Co do cholery może mieć wspólnego węgiel z ektoplazmą? – rozmyślał nerwowo Konrad, idąc do łazienki mieszczącej się wraz z salonem i kuchnią na parterze niewielkiego socrealistycznego domu. Był pewny, że padł ofiarą jakiegoś wyjątkowo groteskowego żartu. Jednak zanim dał znać czujnikowi gestów, żeby rozsunął dwuczłonowe pleksi, które pełniło rolę drzwi do łazienki, zatrzymał się i uświadomił sobie, że serce rozedrgało mu się w klatce piersiowej. Zza cienkiego pleksiglasu usłyszał wyraźnie delikatne, miarowe pluskanie, które natychmiast ustało, kiedy tylko zaczął intensywniej nasłuchiwać, jakby ktoś po drugiej stronie wyczuł, że jest podsłuchiwany. Wycofał się o pół kroku, gdy drzwi same się otworzyły, mimo że nie wykonał przed fotokomórką żadnego z zapamiętanych gestów wzorcowych.

Łazienka wyglądała tak, jak zwykle, biała, nowoczesna, w pełni zautomatyzowana, pedantycznie uporządkowana, jakby nikt z niej jeszcze nigdy nie korzystał. Tylko wanna była inna, nieco powgniatana i poobdzierana z kryjącej żeliwo farby, a w środku lekko falowała zielonkawoszara, półprzezroczysta substancja.

– Do diabła, gość miał rację. Mam w wannie czyjeś smarki, i to w gigantycznej ilości – pomyślał Konrad, dość ryzykownie pochylając się nad nowo przybyłym, łazienkowym meblem.

I nagle to poczuł. To immanentne wrażenie czyjejś obecności, ale pomnożone stokroć razy, nachalne i przemożnie dojmujące.

– Nareszcie jesteś. Nudzi mi się już to czekanie na ciebie, Kondziu. – Usłyszał gdzieś z dna wanny, a na powierzchni ektoplazmy pojawiła się twarz jego tragicznie zmarłej żony.

Nie próbował z nią rozmawiać, nie próbował właściwie niczego, prócz gorączkowej ucieczki z łazienki. Chyba jeszcze coś mówiła, ale gdyby mógł, wyrwałby sobie w tamtym momencie uszy, żeby nie słyszeć tego głosu, który poznałby wszędzie. Nie próbował wmówić sobie, że to jakiś majak. To faktycznie się zdarzyło, tylko w niewytłumaczony jeszcze sposób. Być może telefon z firmy Ekoolej mógłby cośkolwiek wyjaśnić i dziwnym zbiegiem okoliczności zadzwonił dokładnie wtedy, kiedy Konrad wciskał się przerażony gdzieś między szafkę nocną, a róg parapetu i kaloryfer. Niewielka motorola leżała obok Rozpustnego nasienia Burgessa i rytmicznie podrygiwała z prośbą, żeby ją odebrać. Konrad sięgnął po nią roztrzęsioną dłonią. Za dużo w życiu już przeszedł, żeby dać się wyprowadzić z równowagi jakiemuś małomiasteczkowemu badziewiarzowi, więc momentalnie wziął się w garść.

– Dzwonię w sprawie wanny – odezwał się znajomy, bezlitośnie spokojny, głos pracownika Ekooleju.

– Chyba węgla – odparł Konrad, dusząc siłą woli roztrzepotane serce.

– Nie był pan jeszcze w łazience?

– Byłem.

– A więc sprawa dotyczy teraz wanny, a nie węgla.

– Musicie ją ode mnie zabrać. Ona do mnie gada.

– Mówiłem już, że nie możemy.

Konrad zagryzł dolną wargę tak, że pociekła z niej krew, ale wciąż nie krzyczał. Wiedział, że to nic nie da.

– Z kim w ogóle rozmawiam. Proszę się przedstawić! – zażądał.

– Śmier…, ekhm, khrggg – pracownik Ekooleju kaszlnął do słuchawki, próbując zakamuflować pocharkiwaniem bezwiednie wypowiedziane pierwsze słowo. – Cezary Mączka, szef departamentu produkcji – odpowiedział w końcu nieco za szybko, chyba zupełnie bez zastanowienia.

– A więc, panie Mączka, załatwię ekipę i sam wam tę wannę przywiozę.

– Oj nie, nie, nie, tak nie można. Nikt nie zgodzi się jej ruszyć. Taki jest Układ i nic na to nie poradzimy. Ale mam propozycję. Proszę ją sprzedać.

– Co?

– Tak, tak, sprzedać. Znam nawet kupca, tylko potrzeba mu formalnej umowy kupna-sprzedaży. To kolekcjoner z dalekiego kraju. Zna też innych kolekcjonerów. Na pewno kupi tę wannę, a jak nie on, to któryś z jego znajomych. Proszę wejść na naszą stronę, zarejestrować się jako sprzedający w zakładce „kolekcje” i podać numer telefonu. Nie są potrzebne żadne zdjęcia przedmiotu. Wystarczy opis. To jedyne wyjście. Naprawdę chcę pomóc. Proszę to zrobić dla swojego dobra. – Głos Mączki był faktycznie przelękniony i bardzo przekonujący. Mimo całej kuriozalności sytuacji, Konrad mu uwierzył.

– A jak sprzedam wannę, to zabierzecie węgiel i przyślecie olej – dopytał.

– Oczywiście, nawet dodamy w gratisie trzydzieści procent więcej z tytułu strat moralnych – odpowiedział szef departamentu produkcji.

To ostatecznie przekonało Konrada, który natychmiast po odłożeniu telefonu poleciał do komputera, żeby się zarejestrować.

Czy powinien myśleć o głosie z wanny? Każdemu normalnemu człowiekowi tak może się wydawać, lecz na szczycie hałdy węgla w ogrodzie siedziała dziwna postać w czarnym płaszczu i cicho podśpiewywała jakiś medytacyjny kanon.

III.

Ten samej nocy Konrad obudził się nagle. Światło księżyca naśladowało w stylu legato różnorakie potwory na jednej ze ścian w sypialni, służąc za tandetną stymulację przelęknionej wyobraźni. Przybysz z ogrodu zniknął jeszcze przed północą, a tym samym myśli Konrada uwolniły się z chwilowego letargu i przypomniały mu znajomy głos osoby, za którą tak bardzo tęsknił. W domu na szczęście była jeszcze jedna, niewielka łazienka na piętrze obok sypialni. Poszedł do niej i stanął przed lustrem. To dziwne, ale żeby zobaczyć swoje odbicie, musiał zetrzeć z tafli szkła lodowatą parę, jakby zimny oddech płanetnika wziął w swoje posiadanie koniec ulicy Poniatowskiego, bo nawet węgiel okrył się arktyczną warstwą firnu.

Był już zarejestrowanym sprzedającym. Czekał na pierwszy telefon, albo e-mail, póki co usłyszał tylko jej głos z wanny na dole. Wołała go, najpierw spokojnie i płaczliwie, a później histerycznie i agresywnie. Nie zasnął do rana, ale też nie wszedł do łazienki. Około ósmej zadzwonił telefon.

– Dzwonię w sprawie wanny – zabuczał matowy głos aż zatrzeszczała membrana głośnika w aparacie. Zainteresowany nie wydawał się miłym człowiekiem, ale kto przy zdrowych zmysłach chciałby kupić wannę z ektoplazmą?

– Słucham? – wydukał Konrad.

– Jak bardzo jest używana?

– Nie bardzo. Z żeliwa na bokach schodzi trochę emalia, ale nóżki są proste i da się je wypoziomować. – Konrad wyraźnie zaczął się gubić w całej tej dziwacznej rozmowie.

– Chodziło mi o ektoplazmę, a nie wannę. – Uściślił głos w słuchawce.

– Argh – jęknął Konrad. – Nie wiem, jeszcze jej nie używałem, ale wydaje się całkiem nerwowa… to znaczy żwawa… no, wie pan, sporo mówi.

– Zwą mnie Albert!

– Co takiego? – Ten nagły przeskok nieco zdziwił Konrada, co oznaczało tylko, że jego tolerancja na dziwność była wciąż nie do końca nadwyrężona.

– To znaczy, że ektoplazma się nudzi i dawno jej nikt nie drenował. To dobrze – odrzekł Albert. – Jest pan pewien, że chce ją sprzedać? Mogłaby zmienić całe pańskie życie. Proszę się zastanowić, bo wydaje mi się, że pan jeszcze nie wie, co traci.

– Ale wiem, co już straciłem, i tego nigdy nie odzyskam. Niech pan zabierze tę wannę ode mnie. Daję ją panu za darmo.

– Niesłychane – westchnął Albert. – Po prostu niesłychane – powtórzył. – Będę z ekipą za godzinę – dodał i nagle się rozłączył.

Wanna, a raczej ektoplazma w wannie zaczęła się w tym momencie niemiłosiernie drzeć, wykrzykując różne niecenzuralne słowa. Konrad skulił się w sobie na fotelu i zatkał uszy dłońmi.

IV.

Procesja, kondukt żałobny z firmy Jezus i bracia, brakowało jedynie pogrzebowych mazgajów – wanna została wyprowadzona ze wszystkimi honorami, należnymi przewrażliwionej ektoplazmie. Konrad stał z boku i obserwował to w raczej beznamiętnym nastroju, mimo że ektoplazma coś wciąż bredziła wprost do jego głowy. Tuż za Konradem stał Albert. Miał prawie dwa metry wzrostu, czarny płaszcz, jaskrawobiałą skórę i coś śpiewał pod nosem, dopóki korowód z wanną nie zniknął za najbliższym zakrętem.

Wtedy odchrząknął, zadzwonił jeszcze parę razy kościanym łapaczem snów, po czym rzucił go w krzaki.

– No to załatwione – rzekł radosnym tonem. – Kopię umowy wraz z moją wizytówką zostawiłem na werandzie.

Konrad nie odpowiedział. Wyglądał jak dopiero co wyciągnięta z sarkofagu mumia zdziwiona tym jak małe są współcześnie grobowce.

– Do zobaczenia – Bezbarwne oczy Alberta rozpromieniły się girlandami fioletowych ogników.

V.

– Dzwonię w sprawie wanny.

– Poznaję pana. Tym razem jednak chyba w sprawie węgla?

– Wszystko mi jedno w jakiej, ważne, że pozbyłem się wanny! – Konrad ofuknął Cezarego Mączkę, który od ich pierwszej rozmowy zdążył już awansować na dyrektora pionu finansowego.

– I co, nie tęskni pan?

– A niby za czym? Za wanną?

– Żartowniś z pana. Za ektoplazmą przecież!

Dziwny dreszcz przeszedł ciało Konrada. Od dwóch godzin miał pustą łazienkę, a ciągle bał się do niej wejść. Zaczynało mu brakować wanny.

– Kiedy zabierzecie węgiel i dostarczycie wreszcie ten pieprzony olej? – Zbył pytanie Mączki, jakby w ogóle go nie usłyszał.

– Do dwudziestu czterech godzin – odrzekł dyrektor. – Czuje się pan taki bezsilny? – zapytał ni z tego, ni z owego.

– Ja? A dlaczego?

– Nawet nie miałeś odwagi z nią porozmawiać, zakuta pało. – Rozległ się trzask, a potem monotonnie pulsujący sygnał przerwanej rozmowy. Konrad zamarł nieruchomo ze słuchawką w ręce, otępiały z wybałuszonymi oczami i szamoczącym się oddechem w płucach.

Wtedy zrodziła się w nim ta myśl, której już nigdy nie zdołał opanować. Na szczycie hałdy węgla znów siedział dziwny jegomość i coś tam sobie nucił pod nosem, udając podchmielonego derwisza, a Konrad gorączkowo przetrząsał biurko w poszukiwaniu niedawno podpisanej umowy sprzedaży wanny.

VI.

– Dzwonię w sprawie wanny?

– Właśnie miałem zamiar ją poużywać?

– Kogo?

– No, ją! Tego przepełnionego energią gluta, który podobno marudził głosem pańskiej żony? U mnie świergocze jak skowronek.

Konrad przełknął nerwowo ślinę, upodabniając się do przyduszonej w gęstym mule ryby, której marzenia o posiadaniu skrzydeł nagle legły w błocie, kiedy wyskakiwała beztrosko z morza.

– Chcę odzyskać wannę – jęknął niemrawo. – Muszę ją mieć z powrotem – powtórzył dobitniej.

W słuchawce telefonu rozległ się rechoczący śmiech Alberta.

– A więc poproszę o złoty pierścionek z rubinem i grawerunkiem „Dla najdroższej Dalii”, broszę z palladium i szmaragdowym okiem, kolczyki w kształcie liści z szesnastokaratowymi brylantami, wysadzaną perłami i zdobioną srebrem XIV-wieczną pijałkę, migoczącą tęczowo zawieszkę z ręcznie szlifowanego kawałka platyny, trzy złote łańcuszki, w tym jeden na kostkę. Na koniec wezmę też koniecznie obrączki z białego złota z szafirami – wyliczył Albert z dokładnością księgowego.

Tę listę Konrad znał doskonale. Ale nie obchodziło go nawet to, że straci całą zawartość sejfu ukrytego we wnęce pod schodami na piętro.

– Dobrze. – Tylko tyle umiał z siebie wydusić.

– Ten pederasta w krótkich spodenkach uwielbia błyskotki. Będę z procesją za godzinę – syknął na koniec Albert.

Rzadko się zdarza na tym świecie, żeby jakiś zmarły nagle zaczynał przemawiać za pomocą używanej ektoplazmy w wannie, ale chyba jeszcze rzadziej widuje się kondukty żałobne z takimi łazienkowymi meblami, które wychodzą z czyjegoś domu, a z całą pewnością zapewne nikt jeszcze nie widział takiej procesji wracającej do miejsca, z którego parę godzin wcześniej wyszła. Na Poniatowskiego 7 to się jednak zdarzyło.

VII.

Wanna stała na swoim zwykłym miejscu i zalotnie falowała zielonkawą substancją w środku. Konrad przypatrywał się jej z rosnącym podnieceniem, ale wciąż nie słyszał żadnego głosu. Wanna uparcie milczała, co w sumie jest normalnym zachowaniem wanien, nawet tych używanych, a Konrad coraz bardziej się niecierpliwił.

– Nic nie mówi – jęczał jak dziecko.

– Widocznie się obraziła, że ją pan oddał. Trzeba ją udobruchać – odezwał się Albert tonem znawcy wanien z ektoplazmą.

– Jak?

– Sądzę, że należy się z nią zjednoczyć. – Albert potarł brodę jak stary profesor, który nie bardzo widzi, co ma na talerzu przed sobą.

– Nie rozumiem – odparł zdziwiony Konrad.

– Trzeba się w niej zanurzyć, wejść do wanny!

– W ubraniu, czy bez?

– Człowieku, jak sobie chcesz – zniecierpliwił się przybysz, a jego oczy na moment zaświeciły kolorowym blaskiem.

Konrad szybko rozebrał się do samych majtek. Już podnosił nogę, żeby wejść do ektoplazmy, która wydawała się teraz bardziej spieniona i rozfalowana, kiedy odwrócił się jeszcze do Alberta i zapytał:

– Skąd to się w ogóle wzięło?

Albert mrugnął i wykrzywiając usta w sardonicznym uśmiechu odrzekł:

– Z gwiazd, panie Konradzie, to wzięło się z gwiazd. Gwiazdy są rozbitą materią w wannie.

– Który mamy teraz rok?

– Pierwszy rok pańskiego urodzenia – odrzekł Albert. Zaraz potem Konrad wszedł do wanny i zniknął w ektoplazmie.

Tuż przed tym, kiedy zapadła nieskończona ciemność, poczuł jakiś chłodny dotyk ciał obok siebie. Były wszędzie wokół. Głosu Dalii jednak nie usłyszał.

VIII.

Wysoki jegomość w czarnym trenczu poprawił niespiesznie walcowatą czapkę średniowiecznego derwisza i wyszedł kulawym krokiem z domu Konrada. Kiedy z wielką ostrożnością zamknął za sobą furtkę, nagle przestał kuleć i jednym ruchem zrzucił z ramion płaszcz.

– To lepsze niż krwawe polowanie. Wystarczy dać im coś, co stracili, a wskoczą za tym nawet do wanny pełnej odchodów ektoplazmatycznej vildry, i jeszcze za to zapłacą. – Zaśmiał się pod astenicznym nosem. – Doprawdy, moja umowa ze Śmiercią jest doskonała. Powinienem otrzymać za nią nie tylko Patent Selenickiego Szmalcownika, ale i kosmicznego Nobla – wysapał, kładąc na środku jezdni woreczek z kosztownościami.

Pod płaszczem był zupełnie nagi. Białe ciało połyskiwało mu nienaturalnie w świetle opadającego za horyzont słońca. Jeszcze zanim całkiem zgasło, zaczął biec wzdłuż odludnej ulicy, najpierw na dwóch nogach, a później po zwierzęcemu, jak kłusujący pies, na czterech. W końcu urosło mu futro geparda i całkiem upodobnił się do polującego kota, by za parę sekund znów przemienić się w rozpędzonego bizona, a później w kolejne niezliczone zwierzęta – ptaki, ssaki, gady, ryby i owady. Aż wreszcie na końcu widać było już tylko drgającą smugę nałożonych na siebie w szaleńczym tańcu milionów sylwetek istot żyjących na Ziemi. Po chwili smuga uniosła się w kierunku Księżyca i popędziła na jego ciemną stronę.

Cały ten fantastyczny pokaz zoologicznych slajdów obserwował z daleka niepozorny jegomość, który przykucnął za rzędem zdziczałych czereśni. Miał na sobie pocerowany w wielu miejscach drelichowy mundurek szkolny i krótkie spodenki zaprasowane w kant, a na plecach wisiała mu kosa ze skróconym drzewcem.

Kiedy przybysz całkiem zniknął na wieczornym niebie, Śmierciuch, bo wbrew obiegowemu nazewnictwu kulturowemu akurat tak bardziej lubił siebie nazywać, ruszył w kierunku zostawionego na ulicy pakunku. Powoli, wręcz nonszalancko, schylił się po niego, i właśnie w tym momencie rozległ się przeszywający wczesny zmrok brzęk stali uderzającej o asfalt. Z pleców Śmierciucha zleciała wcześniej słabo zapięta kosa.

– Do diabła, znowu – jęknął. – Przydałoby się coś laserowego, co nie byłoby atrapą. Muszę zacząć brać więcej, bo konkurencja zza Księżyca mnie wykończy – syknął, ważąc w sinawej dłoni woreczek z kosztownościami.

– Był Ekoolej, teraz będzie Ekodruk. – Uśmiechnął się półgębkiem.

Spojrzał w górę na Jego mętny, pośredni blask. Świecił, bo perfidnie naśladował Słońce, krył tylko wizualizację światła, lecz niczego więcej nie oddawał, nawet krzty organicznego ciepła. Kosmicznie oszukiwał, a na dodatek po jego ciemnej stronie mieszkał ktoś, kto był Wszystkim.

Śmierciuch wypluł krwawą ślinę, wziął biżuterię, kosę zapiął mocniej na barkach, i pozazdrościł.

Dodaj komentarz