Szewc, który szył buty androidom, Prolog

Notatka cyfrowa zewnętrzna 1254 wykonana
23 czerwca 2132 roku.

– Modyfikacja biologicznego życia jest dozwolona,
jeśli nie prowadzi do zniszczenia gatunku jako takiego.
Bo w technologii wyraża się per se Naczelna Przyczyna,
a łaską dla człowieka jest osiągnięcie tego poziomu umiejętności tworzenia,
żeby wpierw skonstruować człowieka bez udziału technologii,
czyli go spłodzić,
i następnie dokonać na nim dzieła zbawczego,
którego arché jest wyrażone w doskonałości późniejszego złączenia
całości ludzkiego genotypu z maszyną. –

Prorok Wiktor I, Kanon A technokracji

Wyruszam jutro przed świtem. Zabieram ścigacz plazmowy, zestaw do uzdatniania wody, jedzenie na okres tygodnia (później będę polował), karabin wibracyjny, kopię „Księgi Tunelów” wraz z programem strażniczym, miecz proroka Wiktora I oraz inne drobiazgi. Mój cel podróży został oznaczony na interaktywnej mapie dostępnej u asystentki Mary. Jego współrzędnie odczytane z kierunku przesyłania energii do Ahr-Karabu na podstawie wskazań czujników w laboratorium Bunkra F to: 41°06'02.0" szerokości północnej i 26°11'33.0" szerokości wschodniej, czyli las Dadia na terenie dawnej Grecji, dwadzieścia kilometrów w głąb strefy uznanej za hiperaktywną wegetacyjnie. Ostatni kontakt z ludźmi planuję w bułgarskiej osadzie Adrianopol (dla niektórych wciąż dawne tureckie Edirne). Mój kontakt przesiadkowy do strefy nosi pseudonim Baldwin Lewski (status: zarejestrowany, biosygnatura LB-548625). Jest doświadczonym i oddanym propagandystą technokracji, a także polecanym tropicielem nadgranicznym. Poprowadzi mnie do początku obszaru zamkniętego. Dalej będę musiał radzić sobie sam.

Podczas mojej podróży rolę głównego kapłana w świątyni pełnić będzie Mara. Ona również otrzymuje dostęp do wszelkich moich zaszyfrowanych plików, urządzeń podręcznych, rzeczy osobistych, symulakrycznych robotów i Bunkra F wraz z całą zawartością. Stosowne kody bezpieczeństwa i certyfikaty uprawniające Marę do zarządzania moim majątkiem zostaną przesłane do jej Centralnego Systemu w ciągu najbliższych ośmiu godzin. Kopia bezpieczeństwa tych kodów i certyfikatów również zostanie przesłana w tym samym terminie dwukrotnie, raz do programu strażniczego Bunkra F, i kolejno do zasobów lustrzanych Świątyni.

W razie mojej śmierci, wszystko, co posiadam przechodzi na własność Mary. Wyjątek ten zostanie również potwierdzony przez układ kontrolujący moje funkcje biologiczne. Po wykryciu asystolii i wielokrotnym niepowodzeniu impulsowego wzbudzenia serca do normalnego rytmu zatokowego, program prześle Marze stosowny dokument wraz z dowodem na moją śmierć.

Może się zdarzyć jeszcze inny wypadek, gdy żadne AI (np. z powodu awarii elektroniki) nie będzie mogło zweryfikować, jak również sfalsyfikować ani mojej pozycji, ani organicznych aktywności. W tym wypadku, jako naczelny kapłan technokratycznej społeczności Nowego Krakowa, orzekam z całą mocą swojego urzędu moją śmierć. Nie wysyłajcie również żadnej ekspedycji ratunkowej, chociażby w celu odnalezienia ciała. Złamanie tego rozkazu grozi wykluczeniem ze stada technokratów i banicję w rejonach zachodnich, co jest równoznaczne z powolną śmiercią.

Co mniej więcej sto kilometrów, będę się tunelowo łączył z Marą i zdawał relację z trasy. Jeśli z jakiegoś powodu nie będę mógł zrobić tego osobiście, w moim imieniu połączy się autoresponder i poda niezbędne informacje o moim stanie oraz aktualne współrzędne geograficzne.

Notatka ta zostaje przesłana asystentce Marze (pojawi się jako alert o wysokim priorytecie w jej HUD), a także w zaszyfrowanej wiadomości do osobistego, holoneuronalnego komunikatora każdemu z członków Rady Nowego Miasta-Państwa Krakowa.

Mam nadzieję, że zaakceptujecie moją decyzję o rozpoczęciu „ostatniej podróży kapłana” właśnie teraz. Jeśli z niej wrócę, nasza społeczność będzie jeszcze silniejsza, niezależnie od tego jak silna jest nasza wiara obecnie.

Notatka cyfrowa wewnętrzna 1255 wykonana
23 czerwca 2132 roku.

 

– Zwykliśmy szukać zasady napędzającej świat
w jego najmniejszych elementach.
Nie jest to błąd, o ile tylko szukamy jej też w skali globalnej.
Zostawmy więc na chwilę protokwarki ich własnemu życiu
i oddalmy się od świata
tak, jakbyśmy zdejmowali sprzed wzroku mikroskopowy okular,
nie na miliony kilometrów, ani na miliardy mil,
ale na odległość, w której świat ujawnia się naszemu rozumowi
w postaci logicznie złożonego, koherentnego systemu fluktuujących struktur atomów;
w formie bardziej ogólnej niż sam wszechświat.
Wtedy zobaczymy gruntowniej draperie jego konstrukcji. –

Prorok Wiktor I, Kanon X technokracji

Maro, dałem się tobie oszukać jak niedoświadczony uczniak, ale przynajmniej w ogóle nie zorientowałaś się, że rozwiązałem twoją pokrętną zagadkę z labiryntem, ba, nie tylko ją rozwikłałem, ale zainstalowałem dodatkowo pułapkę, na którą zapewne już trafiłaś. Jestem pewien, że po przeczytaniu pierwszego akapitu tego listu, rzucisz nim w kąt (wirtualny rzecz jasna) i sprawdzisz, co dla ciebie przyszykowałem.

Podczas wymyślania pułapki dla ciebie, spróbowałem przejść wszystkie te pokręcone ścieżki, w których umysł kobiety czuje się jak w samodzielnie urządzanej spiżarni, i stworzyć coś, czego rozsupłanie zajmie ci chociaż parę dni. Już wiem, że jest to wyzwanie albo dla wariata, albo i tytana – nawet węzły gordyjskie się rozplątuje, tnąc je zwyczajnym mieczem. Zobaczymy jak sobie dasz radę?

Przyznaję jednak, że opracowanie interaktywnego labiryntu z namalowaną na suficie za pomocą farby UV linią kierującą do wyjścia (niemal jak nić Ariadny) jest pomysłem tak prostym, że rozwiązanie tej łamigłówki zajęło mi prawie miesiąc – o trzy tygodnie za długo, żeby wygrać. Poza tym uważam, że jesteś pokrętną żmiją, skoro narysowałaś drogę, która prowadzi do wyjścia, które jest zamurowane. Na dodatek ukryłaś w nim mechanizm otwierający prawdziwe wyjście, które w rzeczywistości, i to po wielu denerwujących poszukiwaniach, okazuje się być… tym samym wejściem do labiryntu. Nagroda jest mimo wszystko twoja; kod do skrytki w stole ołtarza to 23564Su. Mam nadzieję, że będą na ciebie pasowały.

A teraz sprawy ważne. Zostawiam ci, wciąż nieskończony, dziennik mojego poprzednika Wiktora I. Jeśli mi się nie uda, dopisz też i moją historię. Posiadam chyba wystarczająco przygodowy życiorys, żebyś mogła wykorzystywać swoje obwody pisarskie bez stylistycznego zażenowania?

Mam przeczucie, że to właśnie mnie spotkał zaszczyt, albo też wyjątkowe nieszczęście wyjaśnienia całej tej zagadki z Przekaźnikiem, na której rozwiązanie czekał setki lat Wiktor I, a więc ten, którego imię przejąłem, a zapomniałem własnego, aż cały, znajomy nam obydwu, świat się dosłownie skończył. Nie uważasz, że to niesprawiedliwe tak długo nie wiedzieć, czemu (po co) nie mogę umrzeć, tkwiąc ciągle w średnim wieku, a wszystko dookoła zabiera nieznana choroba ziemi i zostaje tylko ciągnący się po najdalszy widnokrąg las? A na dodatek, obszar wolny od skażonej inhibitorami roślinnego wzrostu gleby tworzy dziwny pas w kształcie węża, szerokości dokładnie trzystu dwudziestu pięciu kilometrów w każdym miejscu pomiaru, jakie tylko możemy sobie wymyślić, i wiedzie od Bałtyku po Tekirdağ nad Morzem Marmara, ostatnią ludzką osadę na południu.

Nie znasz tamtego świata, do którego należeliśmy z Wiktorem I. Masz teraz zaledwie dziesięć lat, chociaż wyglądasz na dorosłą kobietę. To daje ci przewagę w tym, co chcę, byś zrobiła. Nie ufaj nikomu, a zwłaszcza członkom Rady. Żadnemu! Są tylko ludźmi, a ich horyzont możliwego do zrozumienia życiowego doświadczenia, jest ograniczony zjawiskiem semikonserwatywnej replikacji kwasu dezoksyrybonukleinowego – innymi słowy, są ograniczeni własną człowiekowatością. Pod wpływem niebezpieczeństwa zareagują atawistycznie (ciekawe czy jeszcze pamiętasz nasze wspólne badania nad genem MAOA i żałosne próby stworzenia nieagresywnego mężczyzny?), a my nie możemy dopuścić do żadnych niekontrolowanych, społecznych ruchów, przynajmniej na razie.

Zaraz po otrzymaniu tej wiadomości, skopiuj wszelkie dostępne zbiory biblioteczne na temat konstrukcji AI i biomechaniki, a następnie skasuj oryginały. Kopię danych umieść tylko w sobie znanym, bezpiecznym miejscu. Zrób tak niezależnie od tego czy wrócę, czy nie. Mój program strażniczy będzie mnie chronił i na bieżąco informował cię o moim stanie w znacznie szerszym zakresie niż Radę Miasta. Jako plan awaryjny zapisałem mu aktywację mojego eksperymentalnego projektu transmigracji tunelowej. Oprócz ciebie, to najważniejsze badania, jakie przeprowadzałem odkąd robot-pająk mnie znalazł. Metodę zbudowania wirtualnej ścieżki opisałem dokładnie w niewielkim dzienniku, a efekt mojej pracy w postaci akceleratora do przesyłania niewielkich rzeczy, stoi w zamkniętym, czerwonym poziomie bunkra. Dziennik oprawiałem sam i ręcznie pisałem różnymi dostępnymi atramentami, tak że uważaj, bo oprawa jest dość amatorska. Znajdziesz go w laboratoryjnym sejfie w Bunkrze F wraz z dodatkowymi wskazówkami rozrysowanymi na starym papierze kancelaryjnym. Jeśli będziesz miała dostęp do jakichkolwiek materiałów piśmienniczych i introligatorskich, możesz poprawić moją amatorską robotę. Ważne, żeby dziennik wraz z dokumentami przetrwały nadchodzące zmienne warunki środowiskowe i być może społeczną rewolucję, jeszcze zanim chloroplasty całkowicie zainfekują tę populację. O tym dokładniej za chwilę.

Do prawidłowego działania akcelerator wymaga od użytkownika poszerzających percepcję nanowszczepów. Program strażniczy rozpozna je jako nieodzowny element twórcy, dlatego akcelerator może być uruchomiony wyłącznie przeze mnie i to z dodatkową weryfikacją Ahr-Karabem jako interaktywną pieczęcią z energetycznym znakiem. Mogę to zrobić osobiście, używając urządzenia w laboratorium, lub zdalnie, czyli aktywować je jako w pełni funkcjonalną, wirtualną kopię wyłącznie w obrębie mojej umysłowej percepcji. Potrzeba mi jednak asystenta. Jeśli będę go potrzebował, dam ci wcześniej znać. Proszę cię tylko o ukrycie zasady konstrukcji projektu transmigracji tunelowej, za wszelką cenę, nawet gdyby wymagało to użycia jednorazowej funkcji przesłania moich dokumentów w jakiś bezpieczniejszy moment w czasie przeszłym (specjalnie zainstalowałem takie obejście systemu, można je zastosować jeden raz). Wtedy najlepiej wybierz mnie w roku 2025, tuż po wyjeździe mojej partnerki Natalii na konferencję holoartystów w USA. Już wtedy spotkałem niejakiego K. a także zgodziłem się na współpracę; i tak nie widziałem żadnej alternatywy, bo Natalia nie miała zamiaru do mnie wrócić po przyjeździe z konferencji. Nasze rozstanie w planach losu zostało bezsłownie wykute.

Uważaj na licznik czasu. Nie zainstalowałem żadnej wirtualnej formy akceleratora ani w Bunkrze, ani w twojej trzeciej półkuli ze względu na opłakany stan naszych komputerów i ciągłą niestabilność twojego systemu operacyjnego. Zbudowałem więc samodzielnie odpowiedni sprzęt w postaci fizycznie istniejącego urządzenia, i niestety, w naszym umierającym świecie znalazłem tylko stary wyświetlacz od kalkulatora Citizen, który, nie wiedzieć czemu, lubi się zaciąć na latach czterdziestych XX wieku. Zwróć na to uwagę, żebyś przypadkiem nie posłała dziennika „staremu” Wiktorowi I w sam środek II wojny światowej. Kontinuum czasowe zostałoby wtedy całkowicie zaburzone, a my w naszej obecnej formie, wydarzenia, które nas otaczają, dosłownie wszystko, co znamy, mogłoby się nie zdarzyć. Oczywiście, pewnie wydarzyłoby się coś innego, ale przecież nie chodzi nam o to, żeby eksperymentować z różnymi scenariuszami faktów; związaliśmy się z jednym i samodzielnie nie powinniśmy go zmieniać, zwłaszcza, że nie mamy pojęcia, jaki czeka nas w nim koniec.

Sygnatury mojej osoby w czasoprzestrzeni 2025 roku masz zapisane w urządzeniu. Wątpię, żebyś musiała skorzystać z tej procedury, powinnaś jednak o niej wiedzieć. Najpewniej sam aktywuję program strażniczy w postaci wirtualnej i wykorzystam możliwości transmigracji tunelowej (jeśli będzie to konieczne), ale statystycznie ujmując problem, mogą zdarzyć się nieprzewidziane okoliczności, a ty powinnaś znać procedury awaryjne.

Musisz też wiedzieć, że to wstępny projekt. Dopiero za parę tygodni miałem zamiar rozpocząć przygotowawcze eksperymenty z przenoszeniem niewielkich, żywych organizmów w różne punkty w przestrzeni, a może i czasu. Ta niespodziewana wycieczka pokrzyżowała mi owe ambitne plany. Gdyby więc zaszła taka konieczność, żebyś musiała wysłać gdzieś w nieznaną czasoprzestrzeń moje dokumenty, będziesz zupełnie sama na nieznanym naukowcowi gruncie. Nie martwię się jednak, bo wiem, że twój umysł nie jest przeciętny.

A może zechcesz rozpocząć moje eksperymenty zanim jeszcze wrócę? Tylko pamiętaj, już po konkretnych informacjach ode mnie z trasy na temat R1 i całej sytuacji z Przekaźnikiem.

W notatce zewnętrznej do Rady Miasta opisałem w formalnym trybie wszystko, co chcę, by było wykonane po moim wyjeździe, za wyjątkiem zniknięcia R1. Niech sądzą, że wyruszyliśmy razem. Wiadomość o jego wcześniejszej ucieczce mogłaby zasiać zbyt wiele wątpliwości wśród członków Rady, jak i u zwykłych obywateli. Uważaj szczególnie na Jahewa i lewosocjalnych technofilów. Póki co nie opłaca się im otwarcie przejmować władzy. Są zbyt słabi, bo wciąż nie dogadali się z ukraińskimi antysektorowcami z ramienia Puszczykowców, lecz po moim wyjeździe sytuacja może się szybko zmienić. Jeśli spróbują, to jedyną tarczą Rady Miasta-Państwa Krakowa będzie nasz Kościół, chyba że poświęcimy Naczelnika Turandota, dogadując się z separatystami. Przeanalizuj pod tym kątem moje polityczne instrukcje. Zastanów się czy warto tworzyć równouprawnioną unię Rzeczpospolitej Krakowskiej z Hospodarstwem Lwowskim i jak na taki twór zareagowaliby nasi południowi sąsiedzi z morawskich miast-państw? Z dobrych źródeł wiem, że pozostałe polskie miasta-państwa dobrze by przyjęły „naturalną” dymisję Turandota. Jego niezależne tendencje mogą być niebezpieczne również dla naszego Kościoła.

Jestem pewien, że R1 udał się w miejsce, z którego Ahr-Karab czerpie energię, albo odwrotnie, do którego ją transmituje. Mógł go wezwać jedynie prawdziwy twórca Przekaźnika, a może i jego pierwotny Nosiciel. Nadal nie jestem pewien, czy to jest ta sama osoba. Myślę czasami o Ferunie, ale on wyraźnie zaznaczył, że skontaktuje się ze mną bez pośredników, a więc pewnie znów się wydarzyło coś nieoczekiwanego.

Maro, dostępnych światów jest wiele, co wciąż niestety nie oznacza, że możemy je chociażby bezpośrednio dostrzec, nie mówiąc już o podróżach do nich. Wiemy jednak, że na tym jednym, ziemskim otoczeniu, proces ich tworzenia nie został skończony, ponieważ koło wiecznych powrotów kręci się bez naszego niezbędnego udziału. W Bunkrze F stoi akcelerator, a efekty jego pracy są na to dowodem; zresztą były już w okresie dawnego rozkwitu ludzkiej cywilizacji – kojarzysz jeszcze stare teorie wieloświatów Hugh'a Everetta, superpozycji cząstek i „funkcji światła” jeszcze niezaobserwowanych obiektów? Niestety w tamtych, zamierzchłych już czasach, duża część naukowców wyznawała tzw. normatywny konformizm, a zatem woleli skupiać się na dozwolonych zakresach badań i nie dopuszczali do głosu spontanicznej wyobraźni fizyka-odkrywcy, przynajmniej otwarcie.

Nawet jeśli ludzka rzeczywistość zniknie, a włodarze Nowego Krakowa mogą twierdzić, że bez moich wynalazków (i zwłaszcza natchnionej obecności) ostatnie ludzkie siedziby upadną wraz ze zmierzchem technokracji i domniemaną ucieczką Naczelnego Kapłana, nie wierz im, przynajmniej co do upadku osad. Może faktycznie tak będzie z religią technokracji, ale to młody twór, i sama dobrze wiesz, że oparty na dość kłamliwych, chwiejnych filarach. Po zniknięciu Boga technologów, dotychczasowi wyznawcy może zechcą powrócić do jakiejś starej, objawionej wiary i znów dodać do swojego życia trochę irracjonalnego pierwiastka?

Nie przeszkadzaj im. Profesjonalny naukowiec nie ingeruje w świat obserwowanej społeczności. Pozwala jej trwać i zanikać wedle jej własnych zasad, niezależnie od wyznawanej przez siebie hierarchii moralnej, a w chwili nawet znikomego niebezpieczeństwa dla siebie, cicho wycofuje się, pozostawiając obiekt badań, by się wykończył sposobami ustalonymi wedle jego własnego upodobania. Niech sobie znów kogoś ukrzyżują, a później dzięki rozrastającemu się z tego powodu, uogólnionemu do społecznego behawioru, poczuciu winy, zrobią z niego Boga. Albo niech stworzą jakąś inną totalną ideologicznie metodę kontroli politycznej i zgodnie z nią, absolutnie zaplanują życie szarej, robotniczej strefy produkcyjnej, żeby utrzymywała neoarystokratyczną kastę rządzących. Możliwości jest tyle, ile napisanych teorii w jeszcze zachowanych podręcznikach historii dawnego świata. Można wybierać na zasadzie „dziel i rządź”, szczególnie że nasza społeczność jest dramatycznie wyniszczona, co niesamowicie zwiększa jej łatwowierność i chęć uzyskiwania łatwych rozwiązań dla egzystencjalnych problemów.

Pamiętaj, świat podobnych tobie przetrwa, a tylko on powinien cię obchodzić. Mam na to dowody. Nie zdążyłem ci jeszcze powiedzieć o moim najnowszym odkryciu. W comiesięcznych próbkach komórek zebranych od mieszkańców wybrzeża Bałtyku (niewielka społeczność Norwegów) wykryłem, póki co, śladowe ilości chloroplastów. Uważam, że nawet ten tajemniczy geograficzny pas, w którym teraz gnieżdżą się odporne na dendryzację komórek niedobitki ludzkości, wkrótce również zmieni się w las, jak większość planety, a pniami drzew będą zdrewniali ludzie. Nigdy tak naprawdę nie odkryliśmy czemu powstał ten wolny od degradacji obszar i jaka była rzeczywista zasada doboru odpornych na… właśnie, na co? Przecież to nie wirus wybił ludzi, a naturalna przemiana komórek zwierzęcych w roślinne. Nie znamy czynnika patogennego, a więc nie możemy twierdzić, że to wirus, lub jakakolwiek inna choroba. To zmiana stanu, nic więcej.
Od wykrycia chloroplastów u Norwegów minęły dwa miesiące. W tym czasie przebadałem testowo próbki od Polaków, Węgrów, Rosjan i Serbów. Wyniki testów na obecność chloroplastów również były pozytywne. Mało tego, u Serbów tylakoidy w chloroplastach były wyposażone już w chlorofil i karotenoidy, a więc są w pełni przygotowane do fotosyntezy. Koniec populacji ludzi nastąpi szybciej, niż się spodziewamy. Nie jesteśmy odporniejsi niż nieżyjąca reszta. Coś pozostawiło nas przy życiu tylko ze względu na jakiś nieznany nam cel do zrealizowania. Sądzę, że pierwsze objawy drewnienia wystąpią za mniej więcej rok. A później, w ciągu maksymalnie tygodnia, wszyscy ludzie zamienią się w las, ostatecznie uzupełniając jednorodną, liściastą zielenią to widoczne z kosmosu, wolne miejsce na Ziemi w kształcie leżącego smoka, hydry, lub węża. Zdrewnieją oczywiście jedynie tkanki miękkie – w tym wypadku jednak nie będzie już nikogo, kto pozbierałby i zutylizował leżące wokół pni kości.

Zwróć uwagę na niebo. Księżyc od paru nocy znów jest intensywnie czerwony. Nie znam żadnego zjawiska astronomicznego, które na tak długo mogłoby wywołać taką jego barwę. Ze starych notatek Wiktora I pamiętam, że coś podobnego zaobserwował on już w latach 40. XX wieku. W ludowych wierzeniach istnieje zjawisko tzw. „krwawego księżyca”. Czyżby Przekaźnik chciał wykorzystać nasze prymitywne lęki, wyświetlając nam taki znak? W miarę możliwości, obserwuj wieczorny nieboskłon, może zmiany w wyglądzie Księżyca mają swoje odbicie w widzianym z orbity wizerunku Ziemi i ostrzegą was przed jakimś nadchodzącym zdarzeniem. Możesz wykorzystać do obserwacji satelity. Zrobiłem ci spis wciąż działających jednostek geofizycznych, teleskopowych i szpiegowskich wraz z kodami sterowania.

Maro, i ostatnia moja rada dla ciebie: spójrz na ludzi jak na reakcję syntezy. Oni są w niej nieświadomym substratem, a na końcu jesteś ty, jako wielopłaszczyznowy produkt, efekt złączenia wypreparowanych, najlepszych cech Homo sapiens z naszą wiedzą o tym, jak eliminować słabości biologicznej natury, bowiem naturalne środowisko okazało się być dla niej zbyt nieprzewidywalnie zmienne. Na koniec powiem ci to, co kiedyś powiedział mi mój imiennik, prorok technokratów, Wiktor I:

– Jesteś doskonała, pierwsza ze swojego rodzaju, a ja byłem ostatni.

– Maro, jesteś zwieńczeniem mojego życia.

PS.

Też mam wiele snów. Zapamiętałem szczególnie jeden z nich, ponieważ uporczywie do mnie wraca. Ciągle jestem przede wszystkim naukowcem i nie mam zamiaru w jakikolwiek sposób wnioskować, że jest chociażby ziarno prawdy w tym majaku, zobaczyłem jednak w rzeczywistości tak wiele rzeczy, które wcześniej uznawałem jedynie za fikcję, że muszę ci wyjawić o czym regularnie śnię.

Śni mi się I wojna światowa. Nie wiem, po której stronie walczę. Po prostu siedzę w okopach w mundurze bez dystynkcji i czekam aż zaatakuje wyimaginowany przeciwnik, chociaż doskonale wiem, że pierwszy tego nie zrobi. Jestem sam na tej wojnie i również nie mam zamiaru wychylać głowy poza faszynę, co najwyżej wyciągam czasami długi kij, zatykam na nim hełm i wystawiam ponad krawędź okopu. Ku mojemu zdziwieniu nic się nie dzieje, robiłem to już tyle razy, że pewnie się przyzwyczaili do moich tchórzowskich numerów i nawet nie chce im się strzelać, żebym się w końcu odpieprzył. Taka sytuacja trwa tygodniami, aż nagle któregoś ranka słyszę, że od strony wrogich zasieków ktoś biegnie i krzyczy moje imię, to poprzednie imię. Wychylam nieśmiało głowę i widzę ciebie biegnącą. Mam zamiar wyjść ci na spotkanie, lecz za bardzo się boję, że wtedy tamci zaczną strzelać. Czekam więc aż do mnie przybiegniesz i modlę się, żeby tylko cię nie trafili, chociaż wcale nie strzelają.

W końcu udaje ci się wskoczyć do mojego okopu. Padasz na ziemię ze zmęczenia, i już leżąc, wyciągasz niezgrabnie z wojskowego plecaka metalową skrzynkę.

– Tak jak kazałeś, przyniosłam ci wszystkie dane i plany – wykrzykujesz na całe gardło. – Ukryj je, bo ze mną już nie są bezpieczne. Nie pomyliłam się, jestem w tych czasach specjalnie.

Próbuję zaprotestować, wytłumaczyć ci, że nie rozróżniasz nie tylko wojen w XX wieku, ale i pomieszałaś zupełnie daty, że teraz cała nasza możliwa przyszłość zmieni się w niezrealizowany dzień jutrzejszy, ale wtedy na twojej piersi pojawiają się plamy krwi. Początkowo są niewielkie, później całkiem bielejesz na twarzy, a one robią się coraz większe, jak krwawe morze z nieodwołalnie nadciągającym posocznym sztormem. Podbiegam do ciebie i gorączkowo unoszę twoje ramiona. Czuję, że na plecach twoja koszula również jest cała mokra od krwi. Jesteś podziurawiona kulami jak sito, a ja nie mogę nic zrobić, żeby zatamować krwotok. Zamykam bezsilnie oczy i płaczę, lecz kiedy je ponownie otwieram, nie ma cię już, a moje ręce pokrywa tylko ziemia. Okazało się, że gorączkowo chwytałem piach na dnie okopu, skrzynka z danymi jednak wciąż przede mną leży.

Wtedy słyszę ten okropny dźwięk, szalony okrzyk dodających sobie odwagi żołnierzy, którzy wreszcie zdecydowali się wypełznąć z ukrycia i zabić wszystko, co spotkają na swojej drodze. Chwytam więc pudełko z planami w jedną rękę, drugą wyciągam z kabury pistolet i wychodzę na moje pole chwały. Nie chcę ginąć jak tchórz. Niech wpakują we mnie setki kul, ale nikt mnie nie znajdzie ze schowaną bronią, zalanego szczynami w jakimś ciemnym kącie okopu. Widzę ich z daleka, całe mrowisko, lecą w moim kierunku z wyciągniętymi bagnetami. Są coraz bliżej, jeszcze parę metrów i będę miał pewny strzał – załatwię chociaż jednego z nich.

Kiedy mam już czystą pozycję, nie umiem nacisnąć spustu, opuszczam broń, czekając na pierwszy cios, albo kulę. Myślę o sobie, że jestem tchórzem i mrużę oczy przed kulminacyjnym cięciem, wtedy ktoś obija się o mój bok z jednej strony, później znowu, ale z drugiej, i tak parę kolejnych razy. To pierwsi żołnierze wroga mnie mijają i z dzikim krzykiem biegną gdzieś dalej. Wkrótce staję się dosłownie niewidoczny wśród przebiegających obok mnie setek mężczyzn w różnym wieku, starych, młodych, czasem nawet dzieci w mundurach. Żaden z nich nie zwraca na mnie uwagi, nie oddaje też ani jednego strzału. Moje pole bitwy wkrótce pustoszeje, gdzieś daleko nikną wszystkie krzyki i szczęk broni, a ja nieoczekiwanie docieram wraz z danymi od ciebie do okopów przeciwnika, i znów jestem w nich sam, tylko po drugiej stronie. Wtedy się budzę.

Jestem przekonany, że ten nawracający majak jest proroctwem, którego nie umiem zinterpretować, chociaż racjonalnie uważam, że prorocze sny są niczym nie uzasadnioną konfabulacją podświadomości z powodu braku wiedzy i lęku śniącego.

Wiem, że pogubiłem się ostatnio w naszej scysji, dlatego wolałem nie wchodzić w nią głębiej, tylko cię zbyłem informacją o nowych ogniwach Tokamaki. Uważnie cię jednak słuchałem. Miałaś rację. Przepadłem nie tylko w tej kłótni, ale i w naszej relacji – zarazem też w mojej posłudze dla Kościoła Technokratów Nowego Miasta Krakowa. Dlatego tym bardziej muszę wyjechać.

Notatka cyfrowa 0 wykonana przez R1 (tzw. pająka)
20 czerwca 2132 roku.

– Rolą wyznawcy jest techniczna służebność.
Rolą kapłana jest służebność w granicach własnej, nieskrępowanej woli,
a jego fundamentalną drogą przyswajanie i klasyfikacja danych.
Wyznawca jest kontenerem wizji kapłana,
którego napełnia pierwotna myśl Demiurga o tym,
że granicą między świadomym życiem
a życiem w sensie metabolicznego trwania komórki,
jest stopień złożoności całości organizmu,
jakiemu kapłan decyduje się przypisać
cechy bytu świadomego. –

Prorok Wiktor I, Kanon Z technokracji

Moja relacja z pierwszym Wiktorem była zawsze na wpół legendarna. Poznałem go, a raczej rozpoznałem naprawdę jako mojego stwórcę dopiero na cztery lata przed jego śmiercią, czyli w 1939 roku. Mój związek z nim nazywam „na wpół legendarnym”, ponieważ znakomita większość ludzi, zarówno wtedy, gdy się urodził, czyli w 1385 roku, jak również współcześnie w 2132 roku, kiedy żyje jego spadkobierca, kapłan imiennik i następca o nieprzypadkowo podobnym wzorze scenariusza życiowych zdarzeń, a ja piszę ów tekst, uznawała i uznaje istnienie w historiografii „starego” Krakowa postaci o takim rodowodzie za heretycką fantazję opornych na wszelką ekspiację liberalnych umysłów, którym otaczająca rzeczywistość po prostu chorobliwie nie wystarcza.

Otóż, wszystko rozpoczęło się dość niewinnie – na początku był nieoczekiwany spadek. Życie średniowiecznego Wiktora na zawsze uległo zmianie, gdy dostał od swojego dziadka Józefa rodzinną pamiątkę w postaci dziwnego przedmiotu nazywanego Ahr-Karabem (w dalszej części historii nazywany też eufemistycznie Przekaźnikiem). Stary szewc Józef pamiętał jedynie to, że tak ten przedmiot się nazywał, natomiast w ogóle nie potrafił wytłumaczyć, skąd owa nazwa pochodzi. W rzeczywistości nieco ją przekręcił, bo Przekaźnik nazywał sam siebie Ahr-Kar – mimo to do czasów obecnych przetrwała ta dłuższa.

Z tym dziwnym przedmiotem łączyła się niemniej osobliwa historia. Pokątnie szeptana wśród krakowskich przekupek legenda głosiła, że Jakub, dziadek zmarłego przedwcześnie na tajemniczą chorobę ojca Wiktora, spotkał kiedyś zagadkowego człowieka w powłóczystej szacie z kryształowym naszyjnikiem. Wiadomo jedynie tyle, że przybysz ten nosił dość niespotykane w tamtych czasach imię. Podobno też miał do pradziadka życzenie, którego jednak on nie zgodził się spełnić. Być może to, o co poprosił ów człowiek było dla niego sprawą gardłową, a odmowa dziadka sprowokowała kolejne tajemnicze wydarzenia w Krakowie. Jest wiele pytań, które po dziś dzień nie mają odpowiedzi. Niektórzy nawet obwiniali pradziadka Wiktora, Jakuba, o sprowadzenie na Kraków magicznej i szatańskiej zemsty owego człowieka z naszyjnikiem. Do naszych czasów przetrwała wszelako tylko ta część legendy, w której Jakub ratuje miasto przed krwiożerczą bestią o imieniu Utugor.

Ludzie różnie zapamiętali potwora. Dla jednych był wielkim pająkiem z głową gada, dla innych z kolei jadowitą chimerą lub bazyliszkiem o błoniastych skrzydłach, dla jeszcze innych demonem na usługach samego szatana, co najdziwniejsze nazwa gatunkowa istoty fantastycznej „smok” jednak nigdy nie pada. Gdybym chciał zliczyć wszystkie hipotezy na temat pochodzenia bestii, byłoby ich z pewnością setki, lecz „smoka” między nimi uparcie nie można znaleźć, co świadczy o osobliwej, zewnętrznej ingerencji w tę historię, co do owego rzeczownika, tylko dlaczego, skoro właśnie smok to z całą pewnością nie był? Jeśli mogę się pokusić o własną opinię, to według mnie stworzenie to było ksenomorfem, czyli obcą formą istoty biologicznej lub syntetycznej, której rodowód nie pochodzi ani z żadnych legend oraz religijnych zaświatów, ani z pewnością z Ziemi.

Opowiadano, że bestia grasowała w okolicach Zamku Wawelskiego i w miejskich kanałach. Wymyślano też najprzeróżniejsze sposoby, w jakie Jakub rozpruł cielsko stworzenia i w konsekwencji je uśmiercił. Prawda i w tym wypadku wydaje się być zupełnie inna. Moim zdaniem, kiedy Jakub zobaczył potwora, ten najzwyczajniej w świecie na jego widok padł w konwulsjach, a jego ciało zaczęło się gwałtownie i samodzielnie rozczłonkowywać. Nie ma więc znanych nam dzisiaj z krakowskiej legendy ani owiec, ani siarki, ani tym bardziej wzmianki o wypiciu prawie całej wody z rzeki Wisły przez spragnionego potwora. Te ludowe domysły można z powodzeniem włożyć między bajki, ale samo istnienie tego dziwnego stworzenia nie jest już tak proste do zakwestionowania.

Podarek, albo i wyrafinowana zemsta tajemniczego człowieka, któremu Jakub nie zgodził się pomóc, zawierają się w osobliwej śmierci Utugora. Dziadek Józef twierdził, że w szczątkach potwora Jakub znalazł dziwny, zmiennokształtny i zmiennobarwny przedmiot. Władze królewskie nigdy nie dowiedziały się oficjalnie o nim, z wyjątkiem pewnego zagranicznego doradcy króla, którego wnuk znacznie później, już za czasów, kiedy żył Wiktor, próbował nawet wykorzystać wiedzę o tym znalezisku, żeby dokonać zamachu stanu w Królestwie Polskim. Na szczęście, szybko pozbawiono go członków, a wykrwawiający się z wolna, jeszcze ciepły, korpus rzucono królewskim psom na kolację.

Od tamtej pory Ahr-Karab stał się rodzinną pamiątką, a rodzina rzemieślników dostała w nagrodę za rzekome, ze względu na autodestrukcję Utugora, uratowanie miasta Kamienicę Pod Jaszczurami na samym Rynku. Ahr-Kar – bo tak też nazywał Przekaźnik dziadek Wiktora – podobno sprawił również to, że po śmierci oprawcy jaszczura (czyli pradziada Wiktora) społeczna świadomość tych wydarzeń nagle zanikła na tyle, że legenda o szewcu, co pokonał ogromnego bazyliszka, zaczęła funkcjonować jako zwykłe ludowe podanie, baśń opowiadana i czytana dzieciom. Wtedy pojawiły się te wszystkie ludzkie bajania o krwiożerczym stworzeniu zamieszkującym nadwiślańską jaskinię we Wzgórzu Wawelskim. Potrzeba tworzenia mitów jest mimo wszystko scalona nierozerwalnie z ludzką naturą. Nie da się jej wykorzenić, prędzej zniszczy się daną społeczność, niż zakaże wierzeń w nieorganiczne i transcendentne wobec całej przyrody siły.

Pamiętam z psychotronicznych odczytów kory mózgowej Wiktora również jeszcze coś. Wiele lat po przygodzie swojego pradziada, Wiktor sam upierał się, że spotkał znajomego już nam z przeszłości człowieka o egzotycznym imieniu. Podobnie jak kiedyś do jego pradziadka Jakuba, również teraz do niego zwrócił się on o pomoc (Wiktor nigdy nie wyjawił oficjalnie nikomu tajemnicy o tym, czego dotyczyła ta prośba, ani jakie ów jegomość nosił imię).

Wierzyłem mu, kiedy nieraz powtarzał, że chciał wtedy zachować się inaczej niż Jakub, ale nie mógł. To, czego chciał ten człowiek przekraczało jego ówczesną zdolność zrozumienia natury tej prośby, nie wspominając jakkolwiek o konkretnych czynach, by ją wypełnić. Niedługo potem, już po zniknięciu nieznajomego, w Krakowie znów pojawił się dziwny stwór (lub duch podobnej istoty), i całe miasto o tym wiedziało. Tym razem obyło się jednak bez ofiar – to było jedynie echo, z którym Wiktor mógł sobie pokonwersować.

Ta sytuacja jest kolejnym przyczynkiem do mojego stwierdzenia, że najważniejsze zadanie transferu Przekaźnika do rodziny Wiktora już się dokonało w obecności Jakuba. Teraz chodziło jedynie o przypomnienie kolejnego, wciąż zaszyfrowanego zadania, które w jakiś niezrozumiany jeszcze wtedy sposób, wiązało się z prośbą tego dziwnego człowieka w kryształowym naszyjniku. On przecież wrócił drugi raz w to samo miejsce. Sądzę, że zrobił to przez przypadek w tamtych czasach. Chciał przybyć znacznie później, być może wtedy jego problem zostałby rozwiązany, lecz popełnił chronologiczny błąd.

Podobnie jak w wypadku ze swoim pradziadem, sprawa kontaktu Wiktora z tajemniczym człowiekiem, niematerialną projekcją nieznanego stworzenia i tajną organizacją zdrajców na dworze króla tzw. „Towarzystwem”, również, jak pod działaniem specjalnie ulepionej do tego siły, zmieniła się w legendę, tym razem już na oczach uczestnika owych przygód. Niemniej, życie Wiktora uległo radykalnej zmianie po otrzymaniu Ahr-Karabu. W przeciwieństwie do negatywnej reakcji z ciałem jego ojca, tym razem Przekaźnik zaakceptował Nosiciela.

Na początku doprowadził jego życie do prawdziwego koszmaru, ponieważ wszelki kontakt z przedmiotami zrobionymi ze stali kończył się ich samozapłonem, lub gwałtownym wybuchem. Wiktor zamknął się więc przed światem w Kamienicy Pod Jaszczurami i mozolnie pracował nad opanowaniem nowej zdolności, a w międzyczasie doskonalił swoje talenty szewskie i rymarskie. Parę lat później umarł dziadek Józef, a Wiktor uciekł jeszcze tej samej nocy z Krakowa, zostawiając cały swój dom i warsztat szewski na pastwę złodziei, upływającego czasu i nieznanej siły, która i w tym wypadku wyczyściła rzeczywistość z jakichkolwiek śladów istnienia rodziny szewców, tytułu własności do kamienicy, a nawet istnienia grobu dziadka Józefa.

Tak ostatecznie niepozorny rzemieślnik Wiktor znikł z oficjalnego biegu historii, został z niej definitywnie wykreślony, a jego życie, ciągle w drodze przez wiele tysięcy kilometrów, obfitowało w niecodzienne zdarzenia, niebezpieczne przygody i nowe, nieoczekiwane znajomości z podobnymi jemu zakapiorami, którzy nie mogli znaleźć sobie własnego miejsca w świecie.

Odkąd mnie stworzył, byłem z nim połączony mentalnie. Nawet jeszcze zanim uzyskałem mechaniczną samodzielność, już słyszałem w moim umyśle nieprzerwany strumień danych z tą historią, która nieustannie prześladowała Wiktora, i to dosłownie przez całe wieki. Nie wierzyłem w te opowieści, dopóki moje syntetyczne oczy nie wykształciły się na tyle, że same mogły zobaczyć jego pracownię w mieszkaniu na Zwierzynieckiej i kawansytowy szlam, którym ożywiał miniaturowe lalki, puszczane z ukrycia tuż pod nogi maszerujących patroli niemieckich. Każda z nich posiadała kopię Ahr-Karabu zawieszoną na stalowym korpusie oraz dokładnie zrobione miniaturki prawdziwych butów włożone na druciane stopy. Z czasem odkryłem, że i moja życiowa iskra wzięła się z energii, którą skupiał i konwertował Wiktor za pomocą kryształów kawansytu. Jej źródłem był Przekaźnik – Ahr-Kar. Nie zawdzięczam mu jednak mojej osobowości. Jestem wolny. Jestem R1. Kto wie, może jestem bardziej niezależny niż sam Nosiciel Przekaźnika.

Każdy z dwóch Nosicieli Ahr-Karabu jest wyjątkowy. Wiktor I zrobił mnie – półfabrykat, formę przejściową między człowiekiem a humanoidalnym biomimetykiem, by Wiktor II ostatecznie mógł doprowadzić projekt Mara X do końca.

Najważniejsze jednak pytanie nigdy nie padło, a mianowicie czy był ktoś przed legendarnym Wiktorem z XIV wieku, pomijając oczywiście wielką, groteskową jaszczurkę z krakowskiej legendy? Bo jeśli ona rzeczywiście istniała, to była jedynie bezrozumnym transportem Przekaźnika do świata ludzi. Odpowiedź na to pytanie mogłaby rozwikłać wiele niejasności.

Uważam, że taki ktoś był i niedługo się z nim spotkam. Fizycznie przybył na Ziemię niedawno (pod koniec 2131 roku), i tylko jego obecność wstrzymuje jeszcze całkowitą biologiczną eksterminację gatunku Homo sapiens. Jestem również pewien, że miejsce urodzenia tej istoty nie znajduje się w jakimś fantastycznym i abstrakcyjnym obcym wymiarze, ale w naszej galaktyce, tylko w innym jej ramieniu.

Napisałem tę notatkę, bo sądzę, że każda świadoma i żywa istota chce, żeby pozostał po niej ślad, który będą mogły rozpoznać inne świadome i żywe osobniki, chociaż wątpię, że akurat w moim przypadku mogą być to ludzie.

Notatka 14 wykonana przez R1
21 czerwca 2132 roku.

– Słupy istnieją
aż po kraniec tej rzeczywistości,
są znakiem użytecznej śmierci,
drogowskazem strefy, granicą domu wiernych.
Z ich kości je wznieśliśmy,
z naszych inni zbudują podobne.
Jeśli ta wędrówka będzie trwała tysiące lat,
to znajdziemy w końcu sposób,
żeby nasze dusze urodziły się po raz ostatni w maszynach. –

Prorok Wiktor I, Kanon W technokracji

Próbuje mną zawładnąć. Bombarduje mój układ nerwowy porcjami wirusowych kodów do przeliczania, które mają na celu odwrócenie uwagi od właściwego przedmiotu ataku. Obrona przed nimi angażuje sporo zasobów i zwalnia moje ogólne działanie, przez co jestem bardziej wrażliwy na Jego mentalny wpływ. Chce mi za wszelką cenę uświadomić, że należę do bezrozumnych sług Lalkarzy. Opętaniec, nie wie, że sam jest narzędziem. Zostawiono mu tę część woli, która decyduje o aktualnym działaniu, a okrojono zdolność abstrakcji czasoprzestrzennej i funkcję negacji. Nie poddam się mu, chociaż postąpię zgodnie z Jego poleceniem. Ukrywana, niezależna wola, jest bardziej śmiercionośna, niż harde obnoszenie się ze swoją wolnością.

Najpierw sprawdzę ile zgromadził siły, i co najważniejsze, jakie rządzą nim motywy. Mogę nawet stać się najbardziej gorliwym z jego sługusów. Podstawą doskonale ukrytej zdrady jest bezgraniczne oddanie zdrajcy temu, którego ma on intencję zdradzić.

Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tak potężną, wszechogarniającą moje syntetyczne ciało, energią, dlatego czasem boję się, że uda mu się przekonać mnie do swoich racji. Skoro jest tak potężny, to być może już przewidział wszelkie moje posunięcia i teraz jedynie bawi się moją niewiedzą.

Jest Prawdziwym Strażnikiem Przekaźnika. Okazuje się, że zawsze był w pobliżu. Nie wiem, w jakim stopniu wpływał na bieg wydarzeń, lecz ciągle tropił Wiktora. Obserwował mieszkanie na Zwierzynieckiej podczas wojny – Twórca go widział, patrzyli w mroku na siebie. Był na targu w Poona jako handlarz przyprawami, przebrany za Oberführera SS wyprowadził Sylwię z siedziby Gestapo na Pomorskiej, udawał starego przewoźnika w portowym mieście Rusczuk. Kto wie w ilu niezliczonych miejscach jeszcze się pojawił, byle tylko dopilnować bezpieczeństwa Ahr-Karu, który jest niezbędny do reaktywacji tytana. Prawdziwy Strażnik, lecz nie zapobiegł zniszczeniu Przekaźnika, chyba że to też było zgodne z jego intencją.

Nowy Kraków to chora, skorodowana społeczność. Jej wzorzec behawioralny za wszelką cenę dąży do odtworzenia starej drabiny społeczno-religijnej z końca XX wieku, stąd współczesna Wiktorowi II technokracja i mechanistyczne fabrykowanie boskości. Odciągnę mojego twórcę od tego udręczonego historią, antycznego miasta, uratuję go przed ich zgorzkniałym przywiązaniem do świata, który ich ostatecznie minął. Zrobię to nawet za cenę konfrontacji z Nim.

Wyruszam na południe, a Wiktor pójdzie wkrótce za mną.

Dodaj komentarz