Dom na wodzie

I.

Na wiosnę brzeg jeziora w ogóle się nie zmieniał. Pozostawał tak samo szary i brudny jak w czasie jesiennych ulew. Całe to miejsce, niegdyś zupełnie spalonego lasu, nadal miało zapach trawiącego drewno żaru. Ogień jednak nigdy nie sięgnął kamienistej plaży, ani znajdującej się na jeziorze wyspy. Nikt również nie wiedział, dlaczego i jak ta złowieszcza ostrów powstała. Podobno jezioro było sztuczne, a pod nim znajdował się opuszczony kompleks elektrowni geotermalnej. Z pewnością spoczywała tam jakaś zapomniana tajemnica. Dawno temu, jeszcze przed wojną, przykryła ją woda. Legendy i ludzkie gadanie jednak pozostały. Na brzegu widywano więc utopione gargulce, które ożywały, kiedy tylko zbliżył się do nich człowiek i rozrywały jego ciało na strzępy. Podobno we mgle z wodnych czeluści wynurzały się zwierzęta o dzikich, parujących gorącym dymem, oczach – okoliczni mieszkańcy nazywali je geozjawami, albo wodniakami. Każdy widział to, co chciał zobaczyć, albo to, czego najbardziej się obawiał.

Nikt w okolicy również nie wiedział, kto i kiedy zbudował na tym przeklętym cyplu wielki, piętrowy dom. Powstał on zapewne już po zalaniu elektrowni. Miał być czymś w rodzaju strażnicy, zwykłej przykrywki dla służb specjalnych, żeby agenci mogli pilnować okolicy i dostępu do dna zbiornika wodnego. Teraz, po wojnie, nikt już nie pamiętał o tej pierwotnej roli domu.

Do jeziora prowadziła tylko jedna droga. Resztę terenu zabezpieczono dookoła wysokim na ponad trzy metry ogrodzeniem z przerdzewiałym, ostrzowym drutem na szczycie. Wyspa znajdowała się dokładnie na środku tafli wody, a żeby się do niej dostać, trzeba było przepłynąć około pięćset metrów od nadbrzeżnej przystani. Gości eskortował zwykle wysoki i szczupły mężczyzna, który mówił o sobie, że jest służącym pana w domu na wodzie. Najczęściej czekał przy bramie ogrodzenia i szarmanckim ukłonem zapraszał kolejne petentki. Na początku lata i przy końcu jesieni pojawiało się najwięcej chętnych.

Trudno powiedzieć, co właśnie w tym okresie pędziło ludzi do domu na wodzie jak mięsne bydło na wypas. Zawsze były to matki z dziećmi w wieku od około trzech do mniej więcej piętnastu lat. Męska część społeczności praktycznie została wybita, a ci, co zostali, najzwyczajniej w świecie tchórzyli przed ostateczną decyzją, co zrobić z kalekim dzieckiem. A właśnie, najważniejsze jest to, że zawsze były to kalekie dzieci. Najczęściej nie miały nóg, chociaż zdarzały się też przypadki z brakującymi fragmentami twarzy, ubytkami w czaszce, parestezjami, niedowładami wielokończynowymi, atakami padaczki, amputacjami rąk, czy też rozległymi martwicami po oparzeniach. Niektóre wyglądały jak pełzające worki zrobione z ludzkiego ciała, otwierające machinalnie usta i straszące matki swoimi prośbami. Tak przynajmniej mówiono w okolicy. Opisywane w ludowych opowieściach zjawy, topielce i mary, stały się więc w jakimś sensie komplementarne z ułomnymi gośćmi odwiedzającymi przybytek na wyspie.

Co ciekawe, ten wysyp kalek nastąpił oczywiście po wojnie, ale nie za sprawą wzrostu promieniowania, czy też działania katalizowanych przez broń chemiczną enzymów, lecz powszechnego wykorzystania min przeciwpiechotnych. Nowatorska taktyka stosowana przez tak zwanych „wrogów”, polegała na skonstruowaniu min o stosunkowo niewielkiej sile rażenia – nazywano je podrzutkami. Były opakowywane w zabawki, najczęściej lalki, a niekiedy nawet mieszczące się w dłoni resoraki. Posiadały kamuflaż, sensory ruchu, ciepła, moduł GPS oraz zaawansowany system oceny biologicznego stanu ofiary. Wróg wyposażył je także we własne zasilanie bazujące na ogniwach fotowoltaicznych i mechanizm poruszania się.

Po przełamaniu obrony Państw Osi Północnej przez Zgrupowanie Pacyficzne, ostateczny, miażdżący atak na Rygę nie nastąpił. Skrycie wypuszczono tylko dziesiątki tysięcy min-robotów, które wyszukiwały najmłodsze ludzkie osobniki i uszkadzały je – takie było zadanie – zniszczyć przeciwnika poprzez destrukcję najmłodszej części społeczności. Nie chodziło jednak o samo zabijanie, ale obciążenie ludzi opieką nad kalekami. Po wybiciu dorosłych mężczyzn i zachowaniu populacji kobiet wraz z ocalałymi, niesprawnymi dziećmi, można było w końcu takie dzieci wyeliminować, a kobiety wykorzystać do odtworzenia strat we własnej społeczności. Wyglądało to na swoistego rodzaju, zaplanowaną społeczną tresurę. Ktoś mógłby powiedzieć, że takie dzieci można było po prostu wyłapać i zamordować. Byłby to poważny, nazistowski błąd. Otwarte ludobójstwo wywołałoby nienawiść i gniew. Chodziło wszelako o to, by na masową skalę dać matkom narzędzie łamiące ich ducha stopniowo. Opieka nad niepełnosprawnym dzieckiem, bez żadnej „normalnej” przyszłości dla niego, w większości przypadków demoluje uczucia kobiety. Taka nadwątlona jednostka łatwiej przyjmie budzące nadzieję, odgórnie dane rozwiązanie (eliminacja pośrednia kalekiego dziecka na przykład poprzez leczenie w ośrodku zamkniętym Pułkownika z zastrzeżeniem, że może nie przeżyć terapii), a gdy do tego dołączymy implantację tego rozwiązania na masową, społeczną skalę, to efekt wydajnego sprawowania kontroli nad „rządem dusz” jest gwarantowany. Trzeba było tylko znaleźć i wyszkolić wielu takich maniakalnych „Pułkowników”.

Plan się jednak nie udał i Państwa Osi Północnej zdołały wyprowadzić kontratak, i to za pomocą broni atomowej. To niemądre posunięcie ostatecznie zniszczyło świat, domniemany przeciwnik uległ anihilacji, jednakże cena była zbyt wysoka. Niemal połowa planety, wliczając w to najbardziej uprzemysłowione i rozwinięte rejony Eurazji, pogrążyła się w chmurach promieniotwórczych gazów i chemicznie stymulowanych pożarach. Minęło jednak zaledwie dziesięć lat, a na zgliszczach niegdysiejszej, wspaniałej i skłonnej do konfrontacji zbrojnych cywilizacji, ludzie odbudowali niektóre miasta, teraz już tylko jako niewielkie osady, i rozpoczęli nowe życie.

Obecnie jest rok 2030. Tak naprawdę do dzisiaj nie wiadomo, kto był wrogiem. Jest całkiem prawdopodobne, że konflikt został sfabrykowany od wewnątrz, aby w sposób radykalny odnowić populację za pomocą, najpierw jej wyniszczenia, a następnie płciowej selekcji, żeby z ocalałych paru milionów jednostek, odtworzyć już w pełni kontrolowane społeczeństwo. Miałoby to sens, ponieważ wróg w podejrzanie zaplanowany sposób nie chciał używać broni masowego rażenia, jakby usilnie próbował zachować w jak najlepszym stanie środowisko planety. Wojna była prowadzona konwencjonalnie, chociaż na masową skalę. Dlaczego jednak bomby atomowe zostały użyte? Być może przez zwykłe niedopatrzenie, ponieważ ci, którzy zaplanowali konflikt, nie zadbali wystarczająco dokładnie, żeby dowództwo poszczególnych jednostek nuklearnych miało świadomość całego planu. A może ktoś po prostu zobaczył szansę rozpętania piekła i wyłamał się? Szaleńców nie brakuje, zwłaszcza w sztucznie stymulowanej i podsycanej wojnie.

Teraz ocalałe kobiety z nielicznymi mężczyznami u boku, musiały zmierzyć się z bieżącymi problemami, a zwłaszcza z brakiem pożywienia i ogromną ilością kalekich dzieci. Nie były to już problemy moralne, a wyrozumowane decyzje praktyczne. W nowym społeczeństwie ożył więc matriarchat i animizm. Duchy wróciły na ziemię, kiedy Internet przestał nadawać. Wypełniły każdą rzecz i co gorsza niektóre osoby – kuglarze zaczęli nazywać się mędrcami. W większości byli to szarlatani i eksżołnierze, wariaci, zboczeńcy i dorobkiewicze. W każdej sytuacji można się przecież wzbogacić. Matki zaufały co poniektórym. Było to zaufanie czyste, pełne nadziei i przerażająco naiwne. Nie ma sensu analizować, czemu tak się dzieje, i czy rzeczywiście przyrost inteligencji człowieka zależy od rozwoju doświadczenia. Powiedzmy jedynie tyle, że niczego się nie nauczyliśmy, a więc nie ma dla nas gatunkowej wyrozumiałości w ostatecznym rozrachunku, we wszechświecie.

W przedwojennej literaturze science fiction rodzaj ludzki dumnie planował podbój innych układów i ksenocyd obcych, w rzeczywistości udało się nam jedynie zniszczyć Ziemię i dokonać genocydu na własnym gatunku. Co w tej opowieści jest prawdą, a co konfabulacją podupadającego, zniszczonego wojenną pożogą, społeczeństwa, które cofnęło się do epoki feudalnej, wiedział jednak tylko właściciel domu na wodzie, Pułkownik.

II.

Czasy od paru lat były spokojne. Szabrownicy zniknęli, przestały się też pojawiać wygłodzone, dzikie zwierzęta, i to nie te zmutowane po wojnie atomowej (takie akurat nigdy nie istniały), ale głównie egzotyczne drapieżniki, którym udało się zbiec ze zrujnowanych ogrodów zoologicznych i objazdowych cyrków. Pozostałości wojennego bałaganu stopniowo ulegały naturalnemu zagospodarowaniu. Nawet chorujący z powodu napromieniowania ludzie gdzieś nagle znikli. Chodziły słuchy, że wynieśli się na północ, w okolice koła polarnego, gdzie założyli własne państwo i teraz planują nowy konflikt, żeby wykończyć resztę zdrowych niedobitków. Pułkownik jednak twierdził, że to wierutna bzdura, którą wymyśliła spragniona spisków hołota, a „populacja gamma” (tak określał napromieniowanych), została po prostu „wycięta” ze zdrowej społeczności. Nikt już nie chciał dokładniej tego analizować, ani też ciągle pytać, dlaczego wybuchł „jakiś tam” konflikt. Ludziom wystarczała świadomość, że kiedyś zaistniał i nieodwracalnie zmienił obecną rzeczywistość.

Wszyscy liczyli teraz na ciepłe lato, prawdopodobnie pierwsze z wystarczającymi zbiorami, żeby wyżywić chociaż część zbudowanej nieopodal jeziora osady PL 314. Skupiło się w niej prawie pięć tysięcy osób, głównie kobiet, starców i dzieci. Nie była to więc metropolia, która, jak na owe czasy mogła liczyć nawet dziesięć razy więcej mieszkańców na północy starego kontynentu. Służący Pułkownika wychodził ostatnio codziennie na przystań. Brzeg pozostawał jednak opuszczony, bez jakiegokolwiek ruchu. Jedyna droga do jeziora niestety także.

Nazywał się Jakub i był fanatykiem, a dokładniej, jego fanatyzm zastąpił utraconą pamięć tak samo jak proteza zastępuje urwaną rękę lub nogę. Nie pamiętał swojego nazwiska. Nie znał też swoich rodziców. Uważał, że tak jest lepiej. Ludzie bez pamięci lepiej dbają o codzienne obowiązki.

Nie mam przeszłości, za to posiadam przyszłość – powtarzał.

Nie wiadomo dokładnie jak zaciągnął się do wojskowej służby zdrowia. Jeszcze przed wybuchem wojny, przyuczono go do funkcji sanitariusza. Później, kiedy już pół świata stało w promieniotwórczym ogniu, przypadkiem trafił do szpitala polowego, w którym pełnił służbę Pułkownik. Tam też udało mu się zostać i dodatkowo zaskarbić sobie zaufanie lekarza. Tak przetrwał wojnę, tuż za liniami frontu. Po zakończeniu działań militarnych odszedł z wojska razem z Pułkownikiem, którego już wtedy lubił nazywać swoim panem. Wkrótce okazało się, że Pułkownik jest właścicielem dziwnego domu na wyspie. Jakub dowiedział się również o sekretnej predylekcji Pułkownika do kolekcjonowania dzieci. Oczywiście jako wojskowy lekarz, specjalizujący się w psychozach spowodowanych wojennym cierpieniem i przemocą uważał, że je leczył. Być może był to tylko jemu właściwy sposób pomocy, a raczej, w efekcie leczących zabiegów, skracania życia kalekich dzieci. Być może również nie można tak było oceniać jego lekarskich czynów – gdyby udało mu się zrozumieć istotę ówczesnego wojennego strachu przed kalectwem i wszelkie lęki po utracie dowolnej części ciała, można byłoby wyleczyć znacznie więcej dzieci i dorosłych, a te ofiary, które zwykł palić w piwnicznym piecu, okazałyby się potrzebne.

Z innej jeszcze strony, jak zwykł mawiać Jakub, po wojnie czasy się zmieniły. Również społeczność, emigrując ze zniszczonych miast do cichych enklaw, osad i mieścin bardziej podobnych do dużych siół, niż prawdziwych aglomeracji z XX wieku, wykształciła nowe zasady. Pułkownik wyszedł im tylko naprzeciw. Likwidował, badając to, o czym ludzie chcieli zapomnieć. Był więc mimowolnym przedłużeniem planu, jaki miały władze, prowokując tamtą wojnę. Oczyszczał społeczność z kalek, filtrował rasę człowieka jak najzacieklejszy nazista i był przekonany (przynajmniej do pewnego momentu), że to, co robi, jest właściwe. Nieważne przy tym były jakiekolwiek sentymenty, empatia oraz humanizm. Matki również chciały zapomnieć.

Jakub wciąż myślał jak to się działo, że po wielkiej społecznej tragedii na przykład totalnej wojnie, poczucie piękna staje się z czasem jeszcze bardziej wysublimowane, a im jest silniejsze w swojej egzaltacji, tym mniej znaleźć można w nim prawdziwych emocji, miłości, zrozumienia i tym podobnych abstrakcyjnych uczuć wyższych, podobno tak charakterystycznych dla ludzi sprzed wojny.

Dzieci muszą mieć zabawki, ludzie muszą mieć lalki. Zabawa jest wtedy śmieszniejsza, a co jest śmieszne, jest również ładne.

Zamyślony sługa od kwadransa stał bez ruchu na przystani. Ciągle starał się wytłumaczyć swojego pana, wymyślić jakąkolwiek mądrą teorię, lecz większość z tych wniosków była słowami Pułkownika, przetworzonymi tylko przez czas i pamięć Jakuba.

Od tygodnia nikt nowy nie pojawił się na przystani.

Musieli w końcu przestać przychodzić, ale już po trzech latach? Może jednak piękno nie zatriumfowało? Może zaczęli się ukrywać i nadchodziła kolejna wojna, tym razem domowa?

Była późna wiosna. W nosie służącego zebrał się gęsty śluz, zupełnie jakby była wilgotna i zimna jesień.

– Poczekam do ósmej – szepnął do siebie i nerwowo zapiął ostatni guzik zniszczonej, skórzanej kurtki.

Zarówno brama w murze okalającym jezioro, jak i ta do ogrodu wokół domu, były zawsze zamknięte ciężkimi, stalowymi tramami przewleczonym przez dwie antaby z miejscami na dodatkowe kłódki. Ogród nie był sprzątany od dawna. Na zarośniętym trawniku pleśniały sterty ptasich odchodów, zgniłe liście, a także prawie nieczytelne i oblepione ziemią fragmenty starych gazet. Pułkownik stał przy bocznym wejściu na parter i obserwował coraz bardziej obniżające się słońce. Był niewysokim mężczyzną o szarych oczach, brązowych, krótko ściętych włosach i prostackiej, kanciastej czaszce. Jego ciało wyglądało jak wyciosane z kawałka zniekształconego drewna. Zwykle przed wieczorem stawał w tym samym miejscu ogrodu i patrzył na znikające światło, jego nagłe odbicia i przygaśnięcia w wodzie. Po paru minutach zamyślenia wracał do swojej pracowni. Jeszcze przez godzinę dla nikogo nie był dostępny, nawet dla Jakuba. Później jadł kolację w przyległej do kuchni jadalni. Nic już nie mówił. Patrzył tylko nieobecnym wzrokiem na ściany.

Tego wieczoru Jakub znów wrócił z przystani sam. Przemknął cicho korytarzem, myśląc, że wymknie się swojemu panu. Pułkownik jednak nie spał. Zaszedł go sprytnie od tyłu i chwycił delikatnie za ramię.

– Nie żyje ostatnie – powiedział. – Żadne z nich nie może znieść strachu, przypomnienia, ekstrapolacji i superwizji tego, co się z nimi stało. Eksperymenty z wyciągiem z bielunia też są wciąż nieudane. Spróbuję jeszcze z esencją z przęśla – ciągnął dalej z podnieceniem w głosie.

Jakub zamarł, ciało mu zesztywniało i niemal przestał oddychać, jakby chociaż to mogło uspokoić zawiedzionego Pułkownika.

– Wytłumaczysz mi to? Znasz jakąś magiczną sztuczkę, którą stosują w tej twojej klasie robotniczej, żeby wszystko było inaczej? – zapytał gniewnie służącego.

Sługa nie wiedział co powiedzieć, gdy te półprzytomne oczy świdrowały w jego twarzy lej pełen nienawiści i lęku. Starał się na poczekaniu cokolwiek wymyślić, lecz z marnym skutkiem. Z biegiem dni i tygodni coraz bardziej uciekał od rozmów z Pułkownikiem. Przed samym sobą bał się jednak przyznać, że nienawidzi swojego pana tak mocno, że przy nadarzającej się okazji mógłby go zabić, albo chociaż nie udzielić pomocy i spokojnie patrzeć jak to ścierwo zdycha.

– Może metoda jest zła? – wykrztusił wreszcie i momentalnie uświadomił sobie, że to najgłupsze, co mógł wymyślić. Pułkownik w mgnieniu oka podniósł masywną rękę z zamiarem uderzenia Jakuba na odlew. Jakimś sposobem się jednak powstrzymał, a po jego skroni spłynęła z wysiłku kropla potu.

– Idź do siebie! – ryknął. – Żaden podobny tobie idiota nie będzie mi mówił jak mam leczyć.

Kiedy Jakub posłusznie zaczął wchodzić po schodach do swojego pokoju, Pułkownik zawołał go jeszcze raz.

– Ej ty, no gdzie, do cholery, idziesz? Trzeba spalić ostatnie zwłoki. Zapomniałeś już, że robimy to zawsze od razu? – wycedził bełkotliwie.

– Wiem! Nie jestem idiotą. Zaraz się tym zajmę – warknął Jakub i pobiegł na piętro do swojego pokoju.

– Jakubie, zaczekaj! – zawołał nagle Pułkownik, ale już bez cienia agresji. – Przepraszam! Nie chciałem cię obrazić, ale naprawdę nie wiem już co zrobić!

– Ja też nie wiem. Jestem tu tylko po to, żeby panu służyć – odpowiedział Jakub. Stał na półpiętrze twarzą zwrócony do ściany i panicznie bał się odwrócić.

– Wątpię, czy tak faktycznie myślisz. – Pułkownik nacisnął butem najniższy stopień drewnianych schodów aż zaskrzypiały deski.

– Ja nie myślę, proszę pana, tylko służę.

– Robisz to doskonale bezmyślnie.

– Tak, jak mnie nauczono.

Pułkownik uśmiechnął się cynicznie, potarł skronie i odrzekł:

– Nie odchodź jeszcze. Chcę poznać twoją opinię w pewnej ważnej kwestii.

– Słucham, proszę pana. – Stojąc wciąż na półpiętrze, Jakub zmusił się w końcu do spojrzenia na Pułkownika. Wciąż jednak starał się nie patrzeć mu bezpośrednio w oczy.

– Czy zastanawiałeś się kiedyś, czym jest naturalny porządek świata?

– Zaraz się zacznie jebany wykład.

– Nie – odpowiedział zaskoczony służący. – Ja po prostu dbam o porządek w domu.

– Tak sądziłem – odpowiedział z przekąsem Pułkownik. – To nie żadna zbrodnia nie umieć o tym myśleć. Nie musisz się wstydzić.

Muszę. Dzięki temu, że się wstydzę, to jeszcze żyję.

– Wyobraź sobie, że dobro i zło wymieniają się w zależności od tego, co w danym momencie jest konieczne – ciągnął dalej Pułkownik. Jego głos był spokojny i pewny siebie. – Natomiast to, co jest konieczne, jest tym, co musimy zrobić, jeśli chcemy przetrwać. – Wszedł parę schodów w kierunku służącego. Miał go na wyciągnięcie ramion.

– Nie rozumiem, panie Pułkowniku. Nie mam pojęcia, o czym pan mówi – wydyszał Jakub, teraz już kompletnie pogubiony w sytuacji.

– Myślę, że rozumiesz, więcej niż wydaje ci się, że ja dostrzegam. – Pułkownik zmrużył nerwowo oczy. – Wyobraź sobie, że bez regularnego sprzątania, powiedzmy, że laboratorium, zawali się cały dom i zostaniemy bezdomnymi. To, o czym mówię, jest w istocie podobne, tylko, że ma znacznie szerszy wymiar.

– A jak długo trzeba nie sprzątać laboratorium, żeby dom się zawalił? – wtrącił nagle z przejęciem służący.

Pułkownik wydął usta i wyraźnie zniecierpliwiony, szybko wypuścił powietrze.

– Do diabła, to tylko hipoteza, taka wymyślona sytuacja, żebyś łatwiej zrozumiał, o co mi chodzi – rzekł podniesionym głosem.

Masz idiotę na wyłączność.

– Ale widzę, że jesteś odporny na przenośnie. Posłuchaj więc. – Pułkownik usiadł ciężko na schodach i oparł nogi o rzeźbione, już nieco zbutwiałe i odrapane z lakieru, tralki.

– Nie mam pojęcia czemu wybuchła ta cholerna wojna. Niektórzy twierdzą, że nie było żadnego zewnętrznego wroga. Być może wszyscy zostaliśmy oszukani, ale już za późno. Nie mam zamiaru więcej się nad tym zastanawiać. Przyjąłem na siebie po wojnie pewną rolę. Nie ma znaczenia, czy był jakiś wróg, czy sami się zaatakowaliśmy. Posiadam na własność jedynie ten obecny moment, ten dom i to życie. Wydaje ci się pewnie, że to mnie nie tłumaczy, że jestem taką papierową marionetką swoich chorych rojeń, efektem zdeprawowania społeczności przez wojnę. Jeśli tak faktycznie sądzisz, spróbuj chociaż na chwilę, zwłaszcza, że bierzesz udział w moich eksperymentach, zostawić na boku ten wytarty, staroświecki rycerski kodeks moralny, zgodnie z którym nie krzywdzi się kobiet i dzieci, a honor uznawany jest za cechę równie ważną, co biegłość rycerza w posługiwaniu się mieczem. – Pułkownik mówił władczo, lecz był w pełni opanowany. Musiał tę przemowę wygłaszać już wiele razy, tylko że ciągle brakowało publiczności. Wreszcie znalazł, służącego. Dobre i to.

– I co się stanie, kiedy zostawię ten, no… kodeks rycerski? – zapytał cicho Jakub.

– Wrócisz na sam początek. Nie chcesz się dowiedzieć jak to wszystko się zaczęło? Nie chcesz być wolny?

– Chcę, nawet bardzo! Jutro rano chciałbym iść do lasu i wrócić o zmroku.

– Cicho bądź, prostaku!

– Tak, proszę pana.

– Nadal nic nie kminisz.

– Staram się, proszę pana.

– Skoro chcesz być taki wolny w tym lesie, pomyśl najpierw, że kiedy się urodziłeś, byłeś tylko kawałkiem poruszającego się mięsa, niepełnosprawnym zwierzęciem, które nie przetrwa nawet doby bez pomocy dorosłego. Nie miałeś też pojęcia o żadnych zasadach. Mogłeś zabijać praktycznie bezkarnie, tylko dlatego, że nie rozumiałeś! – Pułkownik wybałuszał oczy, a jego pomarszczona twarz, co chwilę zmieniała wyraz.

Nie mogłem, przecież nie utrzymałbym noża. Nie umiałem chodzić, ani nawet stać, i nie miałem zębów, żeby chociaż kogoś zagryźć – pomyślał Jakub, Już miał zamiar skarcić się, że przerywa tak ważną mowę naukowcowi, ale nikt mu przecież nie zabraniał mówić do siebie w myślach, a takie komentarze wygłaszane na głos, mogłoby bardzo rozjuszyć Pułkownika.

– Kiedy już trochę podrosłeś, zacząłeś samodzielnie się poruszać, mówić i poznawać otoczenie, przyczepili się do ciebie i zaczęli, jak to nazywają, cię wychowywać. Tak naprawdę byłeś wolny przez drobną chwilę. Później rozpoczął się proces partycjonowania twojej wolności, kawałkowania jej według Ich arbitralnych miar kwalifikacji czynów. Pewnie mówili ci, że tego nie wolno, masz iść tam, gdzie sobie życzą, masz rozumieć w taki sposób, w jaki sobie życzą.

Widocznie mówili za cicho, bo nic nie pamiętam.

– Nie twierdzę, że wszystkie te nakazy i zakazy były niepotrzebne. Część z nich po prostu uczyła cię, jak dać sobie radę w dorosłym, biologicznym życiu, jednak im byłeś starszy, tym bardziej cię ograniczano. Miałeś wierzyć w to, w co Oni wierzą, ale dlaczego? W tym całym procesie jest taki moment zwrotny – nazywam go „momentem kary za własne zdanie”. Uzasadnieniem tej kary czasami jest mówienie o tak zwanym „twoim dobru”. W ogóle z czasem, w używanym w twoim dzieciństwie języku, zaczęło się pojawiać coraz więcej stwierdzeń, że coś jest dobre, a coś złe. Na początku nie rozróżniałeś tych pojęć; byłeś wolny. Później wytyczyli ci ścieżkę twojej wolności i nakazali unikać zła, tak jak ich ktoś kiedyś tego nauczył.

Słabo im to wyszło, bo skończyłem w wojsku, służąc akurat podczas totalnej wojny.

– Nie wzięli jedynie pod uwagę tego, że dobro i zło, szczególnie w wymiarze masowym i politycznym, powinno być rozpatrywane i definiowane zawsze z perspektywy więcej niż jednego stulecia, ponieważ, czy tego chcemy, czy nie, wartości ewoluują. Skąd to się wzięło Jakubie? Na jakiej zasadzie uznali, że coś jest dobre, a coś złe niezmiennie? Na jakich zasadach jestem potworem, a na jakich jeszcze naukowcem? – Tutaj przerwał i popatrzył na służącego. – Wiesz o co mi chodzi? – dodał Pułkownik.

Nie wiem, ale dla mnie śmierdzisz bardziej niż moje gówno.

– Staram się dobrze pracować. Nie pamiętam, czego mnie uczyli. Nie pamiętam żadnych Ich – wyjąkał Jakub.

– Nie pamiętasz i to cię ratuje. Jesteś bardziej wolny od tej całej tłuszczy bałwochwalców i kretynów. Nie pamiętasz, że nauczyli cię wierzyć w ich wiarę. Nieważne, czy był to dwulicowy katokapitalizm, rozmodlony neojudaizm, ksenofobiczny muzułmanizm, naiwny, zacofany komunizm, czy wreszcie obecny, dystopijny świat. Każda ideologia zawsze sprowadza naszą wolność do narzędzia. Łudząc się jakąś nadzieją jej otrzymania, obietnicą bycia kimś więcej, superbohaterem, bogaczem, świętym, albo innym natchnionym idiotą w tym, bądź w innym świecie, wykonujemy polecenia twórców ideologii – kapłanów, polityków, biznesmenów, dowódców.

Chciałbym być bogaczem.

Wykonujemy je tutaj, teraz, w tym, fizycznym otoczeniu. A otrzymanie nagrody odwlekane jest w nieskończoność. I tak nasza wolność staje się niewolą, całkiem nieźle zakamuflowaną, lecz tylko obtoczoną w mądre słowa, ikoniczną niewolą. Czasem oczywiście dadzą nam jakiś cenniejszy ochłap, żeby wytłumić naszą wewnętrzną potrzebę buntu wobec autorytetu, wszelako ani trochę więcej. Jestem lekarzem i w nic nie wierzę. Ach tak! Pozostaje jeszcze przecież nauka. Podobno uwalnia umysł. Szczerze wątpię. Jestem wolny Jakubie. Nie wierzę nawet w nią, ani w moje eksperymenty. Paradoksalnie to jest przyczyna, dla której mogę je wykonywać. Moja wolność jest tak radykalna, że mogę w każdej chwili uwolnić się od wszystkiego. Nie robię tego tylko dlatego, że tego również nie muszę. Żyję w punkcie „teraz”. Kiedy o nim pomyślę, już go nie ma. – Lekarz zamknął oczy i umilkł.

Chciałbym cię zabić.

– Muszę je zakopać – wycedził cicho Jakub. Cały czas stał na półpiętrze i słuchał. Wyraz jego twarzy nie zdradzał niczego.

– Tak, tak, zakop je – odpowiedział Pułkownik. – A później się kładź.

Od dawna Pułkownik nie potraktował swojego pomocnika tak źle, jednocześnie od dawna też nie opowiedział mu tak wielu dziwnych rzeczy. Jakub nie wszystko rozumiał. Czuł, że krwiożerczy i mimo to stabilny układ z Pułkownikiem, jest pełen napięcia i gdzieś u swojej podstawy, zaczyna powoli wytracać energię.

Niedługo znów nie będę miał domu.

Sługa wiedział, co jego pan robi w piwnicy. Nieraz brał w tym udział. Pamiętał wąskie prycze, krępujące ciało pasy, aluminiowe klamry i regulowane obejmy, w które zapinało się małe nadgarstki, strzykawki z zielonkawymi esencjami i wielki ekran, gdzie wyświetlane były filmy. Parę razy w miesiącu, od ponad trzech lat, grzał ręce przy piwnicznym piecu krematoryjnym. Temperatura rosła wtedy w pomieszczeniu do ponad czterdziestu stopni.

Zwykle kładł ciało na metalowych noszach z szynami. Otwierał okrągłą pokrywę i energicznym ruchem wrzucał martwe dziecko do ognia. Następnie zamykał wejście do pieca, siadał na starym, drewnianym krześle i patrzył, jak żar dosięga coraz głębszych tkanek. Podczas tego rytuału nie był sam. Po prawej stronie, na jeszcze przedwojennej, zniszczonej pryczy, siedziały dwa szczury i tak jak Jakub, gapiły się zmętnionymi ślepiami na ogień. Wychodziły spod pancernej ściany obok pieca, która do złudzenia przypominała naprędce zaspawane, unoszone do góry wrota.

Zwierzęta przychodziły, bo w pomieszczeniu robiło się ciepło. Ściągał je też zapach spalonego mięsa i skwierczącego tłuszczu. Jakub jednak nigdy nie dał im żadnego kawałka. Mimo tego, z maniakalnym uporem, regularnie towarzyszyły słudze w jego posiedzeniach przed piecem. Miał z nimi niepisaną, pierwotną, zwierzęcą umowę. Pozwalał im „mieć nadzieję”, że kiedyś dostaną wielki kawał ludzkiej padliny. W zamian za to, one zapewniały mu towarzystwo.

Gdy ogień zaczynał dogasać, a z ciała pozostawały w nim tylko proch i odłamki niedopalonych kości, szczury rozchodziły się cicho, bez uprzedniego, głodnego pisku. Jakub zawsze wiedział, kiedy pójdą. Czekał na ten moment, a jednocześnie było mu żal, że uciekają. Gdyby jednak zostały dłużej, przepędziłby je. Nie lubił wyjmować resztek zwęglonego ciała, nawet gdy obserwował go wzrok zwierząt. Poza tym nie wykonywał tej czynności sprawnie. Nieraz coś się rozsypało po kamiennej podłodze. Musiał wtedy wszystko dokładnie wyczyścić, ponieważ rano Pułkownik kontrolował stan krematorium.

Myśli Jakuba krążyły jednak wokół czegoś innego. Niedługo przyjdzie lato. Czemu przestali przychodzić? Nawet jeśli w okolicy zabrakło kalek, to przybytek Pułkownika był wystarczająco znany na całym wybrzeżu Bałtyku, żeby zapewnić sobie regularny dopływ świeżych klientów. Coś musiało się stać w całym okręgu, a może pojawił się w sąsiedztwie konkurencyjny „dom na wodzie”?

Tego wieczoru nie został długo w piwnicy. Wybrał z pieca resztki spalonego truchła, wsadził do czarnego worka i zamknął gorące pomieszczenie zgodnie ze szczegółowymi wytycznymi Pułkownika. Do rana całe ciepło z niego ucieknie. Będzie znów zimne i niedostępne.

Jeszcze tej nocy musiał pochować szczątki. Wyszedł bocznym wyjściem przed dom. Łopatę przygotował już wcześniej. Stała oparta o wysoką podmurówkę. Ogród otaczający siedzibę Pułkownika był bardzo rozległy, szczególnie w tylnej części.

To bzdura! Jeśli nie będę sprzątał laboratorium, nie wrócę na żaden początek. Początek już był, tyle że przed wojną. Teraz jest tylko koniec – powiedział do siebie i poszedł szeroką aleją w kierunku zaniedbanego sadu.

Tuż za nim znajdował się drugi dom. Był to długi na prawie trzydzieści metrów, zbudowany z jodłowego drewna, szeroki barak. Trochę przypominał niski kościół, bądź salę modlitewną, ponieważ w oknach nie było szyb, tylko witraże. Jakub zatrzymał się na chwilę przy wejściu i sprawdził, czy w oddali pali się światło w pokoju Pułkownika. Okna były ciemne. Sługa wiedział, że dzisiaj jest zupełnie inna noc. Jego pan cierpiał. Nie zastanawiał się jednak nad tym długo. Dochodziła pierwsza, a on musiał jeszcze zasnąć, chociaż na parę godzin. Położył łopatę i worek obok ciężkich, stalowych drzwi. Z trudem wyszukał klucze w tylnej kieszeni drelichowych spodni. Zamek otworzył się z głośnym rzężeniem. Chwilę później, z workiem przewieszonym przez ramię, Jakub znalazł się w ogromnej hali. Nie było w niej nic prócz ubitej i miejscami spulchnionej ziemi. Poziom gruntu był tu znacznie niżej niż poziom wejścia, sługa musiał więc zejść po kilkudziesięciu metalowych stopniach, aby dotrzeć do miejsca zaznaczonego białą taśmą. To tu miały być zakopane szczątki ostatniego dziecka. Był już bardzo zmęczony, jednak od razu wziął się do roboty.

Spopielone zwłoki nie były zakopywane głęboko. Wystarczyło wykopać dół na mniej więcej pół metra. Ziemia była miękka, więc samo kopanie nie wymagało znacznego wysiłku. Jakub nigdy nie wrzucał od razu prochów. Przez tych parę lat bycia przydomowym grabarzem, doszedł do swojej własnej wizji rytualnego pogrzebu.

Najpierw odkładał łopatę. Następnie wyjmował z kieszeni marynarki tandetny, wiejski różaniec i odłamywał z niego jeden z paciorków. Wsadzał go do worka z resztkami i dopiero tak przygotowaną, prowizoryczną trumnę, wkładał do ziemi. Sam nie wierzył w Boga, ale wydawało mu się, że nie wie wszystkiego i może któreś z tych dzieci chciałoby trafić do jakiegoś nieba. A to niełatwe bez oznaczenia, że jest się w cokolwiek wierzącym. Wpadł więc na pomysł, że będzie dodawał do prochów jakiś mały fragment czegoś, co pomaga się ludziom modlić. Różaniec doskonale spełniał tę funkcję, ponieważ był i poświęcony, i ekonomiczny. Przy tym przerobie ciał, nie opłacałoby się z jego niewielkiej pensji od Pułkownika, wsadzać do grobów całych różańców, zwłaszcza, że w okresie powojennym, dewocjonalia nie były towarem popularnym, a wręcz rzadkim i egzotycznym. Pieniądze starczały mu ledwo na stare ubranie, czasem jedzenie i piwo wypijane samotnie w przydrożnej gospodzie nieopodal osady PL 314. O to, żeby całkiem nie umarł z głodu, troszczył się już jego pan, przygotowując zwykle dwa posiłki dziennie. Było to zachowanie dość nietypowe jak na zatrudniającego służbę właściciela domu, lecz Pułkownik był osobnikiem dość ekscentrycznym nie tylko w dziedzinie eksperymentów medycznych.

– Nazywam się Jakub. Kopię groby, a później idę spać… – podśpiewywał sobie, uklepując szpadlem ziemię.

To wszystko, co dzisiaj usłyszał, kołatało się w jego głowie jak bezwładnie puszczone serce w dzwonie. Czuł, że coś nieodwracalnie się zmieniało, a on odgrywał w tym kluczową rolę. Nie wiedział jednak, co stanie się z jego panem. Nieraz, zakopując pozostałości po dziecięcych truchłach, życzył mu śmierci. Tylko co by wtedy zrobił ze sobą?

Skoro już podpisało się taką umowę ze śmiercią, nie można zajmować się niczym innym. To szczyt wszelkich zawodowych awansów. – Tak mawiał Pułkownik.

Ceremonia chowania szczątków trwała niecałą godzinę. Tymczasem na dworze zrobiło się zimno. Pora roku z późnej wiosny zmieniła się na chwilę we wczesną jesień, a noc zaczerniła taflę jeziora, ułatwiając potworom z ludowej wyobraźni chodzenie po przeklętym akwenie. Pośród ścielących się po ziemi kłębowisk zimnej mgły, zgarbiona postać człowieka szła powoli przez ogród w kierunku domu na wodzie.

III.

Słońce było jeszcze nisko, gdy na piętrze usłyszał czyjeś kroki. Chwilę później ktoś energicznie zapukał do drzwi służbówki.

– Jakubie, posprzątaj w mojej pracowni. Idę na przystań. Mam przeczucie, że dzisiaj będzie klientka. Kiedy już uporasz się z boksami, natychmiast przyjdź do mnie – powiedział głośno Pułkownik.

Jakub, wciąż na wpół śpiąc, na wpół się budząc, nie zareagował od razu. Kiedy na tyle oprzytomniał, żeby próbować coś odpowiedzieć, lekarz już zbiegł po schodach w kierunku wyjścia.

– Zaczęło się – szepnął do siebie i wsadził twarz głęboko w poduszkę.

Lubił mówić. Było to jedyne wyjście, żeby nie zwariować. Pułkownik zwykł tylko słuchać, za wyjątkiem zeszłego wieczora, kiedy nieoczekiwanie się rozgadał. Jakub więc rozmawiał prawie wyłącznie ze sobą, tym długonogim i długorękim człowiekiem w lustrze naprzeciw łóżka. Miał czterdzieści pięć lat, sto osiemdziesiąt sześć centymetrów wzrostu, do połowy łysą czaszkę z resztkami ciemnych włosów na potylicy i piwne oczy. Był raczej astenicznej postury, jednak kiedy się rozebrał, widać było rzeźbę kształtnych brzuśców mięśni i sprężystych ścięgien. Miał też kompletne zęby, co było rzadkością w tamtych czasach i zwykle niewielki, parodniowy zarost na twarzy. Paznokcie u rąk i nóg ciął krótko.

Jego marzeniem było podobać się kobietom. Rzeczywistość po wojnie została bardzo sfeminizowana, widywał ich zatem sporo. W kontakcie z nimi wykazywał jednak cechy mizogina, więc żadna nie zwróciła na niego baczniejszej uwagi. Nie był to jednak aż tak poważny problem, w porównaniu z towarzyszącą mu, jeszcze od przedwojennych czasów, amnezją. Tak naprawdę, to przez niepamięć stronił od kobiet i w ogóle ludzi, reagował też z wielką rezerwą na wszelką próbę nawet najmniejszego kontaktu z ich strony.

Jeśli się nie wie, kim się jest, nie można wiedzieć, kim są inni.

Pułkownik eksperymentował również na nim. Chciał wywołać jakiekolwiek wspomnienia w umyśle służącego środkami psychoaktywnymi, terapią w hipnozie, a nawet elektrowstrząsami. Nie udało się. Jakub wciąż nie pamiętał swojej historii, a dokładniej, niczego, co poprzedzałoby przyjęcie go do wojskowej służby medycznej.

Tego ranka zbierał się prawie godzinę, chociaż zwykle zajmowało mu to nie więcej niż piętnaście minut. Ubrał się w swój znoszony, niebieski kombinezon roboczy, przepłukał twarz mydlinami i wyszorował dokładnie zęby. Na drogę zabrał wczorajszy kawałek chleba ze stwardniałym serem i zszedł do pracowni Pułkownika.

Laboratorium mieściło się na parterze domu. Były to dwa obszerne pomieszczenia. W pierwszym, tym, przez które się przechodziło do pokoju zabiegowo-projekcyjnego, znajdowały się rzędy metalowych boksów uplecionych z mocnej, stalowej siatki. To tu Jakub miał zrobić porządek.

Nienawidził tego miejsca. Nienawidził tego zapachu, a raczej smrodu odchodów i strachu. Chciało mu się rzygać, gdy jego buty ślizgały się na mokrej posadzce. Nie rozumiał, czemu Pułkownik doprowadza to lokum do takiego stanu i pozwala mu przychodzić sprzątać tylko raz w miesiącu – nigdy częściej.

Jakub nie miał jednak ochoty zabierać się teraz za sprzątanie dziecięcych fekaliów. Lekko kręciło mu się w głowie, czuł mrowienie w klatce piersiowej i narastający gdzieś w środku skurcz. Poszedł dalej, do drugiego pomieszczenia. Był to o połowę większy pokój z szerokim, białym ekranem i zamalowanymi na czarno szybami w oknach. Ten pokój także budził w nim wstręt, ale już nie tak atawistyczny, co klatki. Odczuwał w tym miejscu coś jeszcze. Pułkownik był odstręczającym w obyciu, pochmurnym człowiekiem, lecz według Jakuba miał też charyzmę. Służący czuł ją teraz, czuł uległość wobec spokoju i nonszalancji, z jaką tajemniczy właściciel domu na wodzie traktował życie innych, i swoje. Nie mógł oprzeć się temu wrażeniu, że tutaj, w laboratorium swojego pana, nie jest jego służącym, ale gorączkowo oczekującym wybawienia pacjentem.

Spojrzał na stojące przy ścianach trzy przeszklone szafki z lekami, narzędziami i środkami opatrunkowymi. Na środku, obok zasłoniętych okien, znajdowała się pneumatycznie sterowana leżanka, a za nią stary projektor marki Łucznik-Prexer. Po przeciwnej stronie pokoju, cała ściana zajęta była przez wielki, biały, płócienny ekran. Jakub podszedł do automatycznego łóżka i wcisnął jeden z pedałów. Z cichym sykiem siedzenie całkiem się rozłożyło. Teraz nawet ktoś bardzo niski mógł z łatwością na nie wejść.

Jakubowi coraz bardziej kręciło się w głowie. Chwilami zupełnie tracił wzrok przez świetliste mroczki, które zasłaniały wszystko, co widział przed sobą. Ostatkiem sił wyszukał po omacku zimne obicie zabiegowej leżanki i opadł na nią całym swoim ciężarem. Zemdlał na parę sekund, a kiedy się ocknął, jego twarz zupełnie się zmieniła. Policzki skrzywiły się pod wpływem nienaturalnego uśmiechu, a oczy zmalały, jakby ktoś wstrzyknął mu dużą dawkę narkotyku. Zahipnotyzowany, wpełznął głębiej na leżankę, udając, że ma niewładne nogi, i ułożył się na niej jak pacjent, kierując spojrzenie prosto w wyłożony zwilgotniałymi kasetonami sufit.

– Panie Pułkowniku, chcę być znowu dzieckiem! – zaczął krzyczeć. – Proszę dać mi zastrzyk i puścić film! – Wykręcił sobie ręce tak, jakby były przywiązane pasami do lekarskiego łóżka.

– Panie doktorze, proszę mnie nie bić. Nie chciałem sfajdać się w czyste majtki. Proszę tak zrobić, żebym już więcej ani nie sikał, ani nie srał. – Jakub wyprężył ciało. Na szyi pulsowały mu sinoniebieskie żyły, a w oczach zebrały się kropelki czerwonych łez. Był tak zajęty swoją rolą, że nie zauważył krępej postaci stojącej od jakiegoś czasu obok łóżka.

– Co robisz, idioto?! – wrzasnął mu nagle ktoś do ucha, równocześnie chwycił mocno za szyję i przydusił, prawie całkiem blokując oddech.

– Kurwa, co robisz, pytam? – Twarz Pułkownika była purpurowa. Jakub nie był w stanie wykrztusić z siebie nawet jednego słowa. Otrzeźwiał momentalnie.

– Nie wiem, proszę pana, nie wiem. Proszę mnie puścić, duszę się! – wycharczał. Sekundę później już na dobre zaczął tracić oddech. Pułkownik jednak wciąż nie zwalniał stalowego uścisku.

– Umieeeram! – krztusił się. Ostatkiem sił chwycił ramiona Pułkownika i zaczął okładać je pięściami. Nieprzytomne oczy lekarza zamknęły się na chwilę, a potem otworzyły, jakby inna, bardziej przejrzyste. Wtedy uścisk osłabł.

– Wynoś się na przystań i pilnuj, czy ktoś nie idzie! – Pułkownik puścił szyję Jakuba i pchnął sługę tak mocno, że ten spadł z leżanki i rozbił sobie brew o kant szafy z lekami.

Służący w pełni odzyskał świadomość dopiero wtedy, gdy leżał już na ziemi i czuł, że coś ciepłego spływa mu ze skroni na policzek. Mrowiło go w nogach, chrapliwie łapał powietrze, a gabinet zabiegowy wirował w oczach. W końcu z trudem wstał i pobiegł w kierunku drzwi, zostawiając za sobą krwawą ścieżkę. Znalazł się z powrotem w pokoju z klatkami. Wciąż ciężko oddychając, bezwiednie chwycił palcami jedną z nich. Metal był dziwnie mokry, ze śladami czegoś, co zapachem przypominało kwas, bądź mocz. Popatrzył na ręce, na których jego krew zmieszała się z wydalinami małych pacjentów Pułkownika i zaczął krzyczeć na całe gardło. Nie obchodziło go już, czy lekarz go usłyszy i co zrobi z nim później.

– Zjedzą cię kiedyś, a resztę twojego ścierwa spalę w tym piecu, skurwielu. Będziesz, chuju, skwierczał na ogniu, wokół którego zatańczę – ryknął histerycznie, rozcierając dłonie na pobrudzonych ziemią od wczorajszego kopania spodniach. Pułkownik tego już nie słyszał. Stał teraz nieruchomo i wpatrywał się w biały ekran. Rumieniec powoli schodził z jego nalanej twarzy. Drżenie rąk również ustępowało. Był zmęczony.

Jakub wybiegł jak oszalały z domu, niemalże staranował niedomkniętą furtę i zszedł kamienistą ścieżką w stronę przystani. Lewą połowę twarzy, wraz z całym okiem, miał zalaną krwią. Zdyszany, opadł na kolana tuż przy falującej na wietrze tafli jeziora i zaczął się gorączkowo myć. Rana była dość głęboka i powinno się ją zszyć, ale Jakub nie miał zamiaru ani wracać do domu na wodzie, ani tym bardziej czekać na brzegu. Nikt i tak by nie przyszedł – czuł to.

Po raz pierwszy od dawna, właściwie od początku pracy z Pułkownikiem w domu na wodzie, poczuł, że nie ma swojego miejsca, a to, gdzie teraz mieszka, nie jest prawdziwe. Zmyślił je bardzo dawno temu, ponieważ nie pamiętał przeszłości, a teraz całe to urojenie wypływało z niego wraz z krwią do wody tego przeklętego jeziora.

Wyobraził sobie kiedyś dom, bo nie miał alternatywy, był bezpamiętną, pustą kartką, a to miejsce posłużyło tylko za narzędzie, żeby cokolwiek na niej napisać. Jak na ironię, pojął to właśnie teraz, lecz brak innego wyjścia nadal pozostał. Nie miał przecież na tyle odwagi, żeby odejść, chociaż formalnie nie był niczyim więźniem. Wyciągnął z kieszeni poszarzałą chusteczkę i przyłożył sobie do głowy.

Chyba nie obejdzie się bez szycia – pomyślał, uciskając ranę nad brwią.

Jezioro przed nim rytmicznie falowało. Gdzieś na jego dnie tkwił wielopiętrowy kompleks geoelektrowni, tysiące metrów kwadratowych pomieszczeń z tajemnicami, które prawdopodobnie wyjaśniłyby przyczynę wojny.

A może woda już wszystko pochłonęła i został tylko dom na wodzie? – zastanawiał się, uciskając chusteczką czoło tak mocno, że aż rozbolała go szyja.

Od strony spalonego lasu wiał coraz mocniejszy wiatr. Jakub zdecydował, że najlepiej będzie, jeśli popłynie na stały ląd. Nawet z rozwalonym łbem, była to lepsza perspektywa, niż oglądanie szalonego Pułkownika. Odcumował łódkę i zapuścił silnik. Stary rozrusznik zaburtowego Wichra zaskoczył dopiero po czwartym pociągnięciu. Skierował dziób motorówki w stronę młodego zagajnika na przeciwległym, szarym brzegu i niewielkiej, zamaskowanej dziurze w ogrodzeniu. Zrobił ją na samym początku współpracy z Pułkownikiem, wycinając w stalowej siatce otwór. Wycięty fragment ponownie zamocował, ale tym razem na znacznie cieńszym, skręconym drucie. Takie przejście można było po prostu odpiąć od reszty ogrodzenia, albo wyłamać mocniejszym kopnięciem, a przy tym dla kogoś, kto o nim nie wiedział, pozostawało prawie niewidoczne. Było to zabezpieczenie, chociaż nie miał pojęcia przed czym aż do tej chwili. Nazywał tę awaryjną furtkę patetycznie „wrotami”.

Miejsce, do którego płynął leżało po drugiej stronie jeziora, tam, gdzie znajdowała się zrujnowana wieś kiedyś nazywana Koszycami. Chodziły plotki, że w okolicach spalonego lasu, widywano regularnie od jakiegoś czasu ludzi. Plotki oczywiście usłyszał od naszpikowanych promieniowaniem starców, przesiadujących ciągle w knajpie na skraju osady PL 314. Musiał to sam dokładnie sprawdzić, nawet za cenę ryzyka, że to mutanci, albo przestępcy.

W tamtych okolicach nie było go od ponad dwóch lat. Za pazuchą, w doszytej do kurtki kieszeni, miał jednak coś, z czym czuł się znacznie pewniej w takiej wyprawie w nieznane. Był to wysłużony P-64 z jednym dodatkowym magazynkiem.

Może tam znajdę jakiegoś kalekę dla mojego potwora? – zaśmiał się szyderczo.

Gdyby nie terkot motoru, łódka przybiłaby do brzegu praktycznie bezszelestnie. Jakub wyciągnął ją prawie całą na brzeg, aż płaty śruby od silnika zaryły się głęboko w błotnistym podłożu. Podróż trwała niewiele więcej niż pięć minut. Parę kolejnych minut zajęło mu odszukanie miejsca z tajnym przejściem przez siatkę ogrodzenia. Delikatnie wypiął druty z jednej strony dziury, aby powstało coś w rodzaju zawiasów. Przecisnął się przez utworzony w ten sposób otwór i ponownie dokładnie zamocował zwisającą płachtę siatki. Już po drugiej stronie, stojąc na błotnistej plaży, popatrzył jeszcze raz za siebie na lekko falującą, spokojną wodę i dom w oddali. Budynek wyglądał, jakby wyrastał prosto z tafli jeziora; nie widać było pod nim żadnego lądu. Unosiła go jakaś tajemna siła, ukryta w głębinach jeziora, w zalanych, podziemnych korytarzach starej elektrowni.

Jakub stał tak przez chwilę, po czym zaczął iść zygzakowatym krokiem w kierunku starej wsi. Tak, jak wcześniej zaplanował, miał zamiar skręcić w stronę lasu przy pierwszych zabudowaniach. Był jednak głodny, żołądek ściskał mu się z regularnością bicia serca, powodując ból w całym nadbrzuszu, a skronie pękały po uderzeniu. Wygrzebał w kieszeni trochę monet.

Starczy na piwo i chleb z pieczoną kiełbasą – pomyślał – Las sprawdzę później, kiedy coś zjem i się napiję.

Zwykle nie przechodził przez samą wieś. Gospoda mieściła się na uboczu, po przeciwnej stronie osady, patrząc od strony domu Pułkownika. Jakub chodził do niej okrężną drogą, obok starej, opuszczonej chaty. Bał się spojrzeń ludzi, nie dlatego, że przeszkadzało mu to, co robił. Czuł się źle pod wpływem czyjegoś wzroku i nic więcej, przynajmniej tak to sobie tłumaczył. W jego postępowaniu były jednak niekonsekwencje oraz wyjątki, na przykład owa gospoda. Spojrzenia przesiadujących w niej klientów przeszkadzały mu w takim samym stopniu, co mijanych w osadzie ludzi, ale był w stanie znieść je tylko tutaj, w przydrożnej, postapokaliptycznej knajpie, jedynym takim, wybranym przez siebie miejscu, gdzie mógł poczuć klimat całego tego świata, o którym skrycie marzył. Traktował to miejsce jak namiastkę wolności, chociaż dozował sobie te chwile, kiedy czuł się niezależny, bardzo ostrożnie. W ten sposób drastycznie ograniczał swoje otoczenie, tresował siebie – wiedział, że zbyt duże dawki wolności są jak narkotyk, który może zrujnować jego obecną profesję służącego.

Szedł szybkim krokiem po zniszczonym koleinami trakcie. Z daleka widać już było opuszczony dom. Odruchowo wsadził rękę do wewnętrznej kieszeni kurtki i chwycił rękojeść pistoletu. Czuł uderzenia ciśnienia krwi w uszach i świeżą krew spływającą po policzku. Rana na głowie znów się otworzyła.

Był zbyt pewny, że dom będzie pusty, dlatego za późno spostrzegł, że coś poruszało się obok chaty i stoi przed nią samochód terenowy przykryty siatką maskującą. W jednej chwili przypomniały mu się zasłyszane opowieści o grasujących w okolicy mutantach i szabrownikach. Na dodatek uświadomił sobie, że nie ma dokąd uciec. Znajdował się na otwartym terenie, już całkiem spory kawałek od jeziora i motorówki. Jeśli się teraz cofnie i zacznie uciekać, z pewnością zostanie zauważony, albo, jeśli bandyci mają psy, wywęszony po śladach krwi i zaszczuty w jakimś dzikim kącie lasu.

Ścisnął więc mocniej pistolet i powoli zaczął iść w kierunku chaty. Kiedy podszedł bliżej, z niemałą ulgą rozpoznał tylko jedną postać, i to kobietę, która pracowała w ogrodzie obok domu. Była niska i bardzo szczupła, ubrana w brązową, zgrzebną sukienkę, z niezdarnie zawiązanymi, długimi, czarnymi włosami. Gdy podszedł jeszcze bliżej, zobaczył siedzącego obok niewielkiego, bladego chłopca, który bawił się kikutem jednej ze swoich amputowanych nóg. Rozmawiał z nim. Podnosił go na wysokość oczu i kładł z powrotem, naśladując kiwanie głową.

– Widzę cię, nie widzę! – powtarzał co jakiś czas, stukając uciętą w kolanie nogą o czoło. Po czym opuszczał ją na ziemię i badał obiema rękami, a za chwilę znów podnosił tak wysoko, że końcówka nogi stykała się z nosem, intonując jednocześnie – Nie widzę cię, nie widzę!

Ta zabawa nie bawiła go jednak tak, jak bawi inne dzieci na przykład usypywanie zamków z piasku, czy gra w dwa ognie. Chłopak był całkowicie oddany rozmowie z wyimaginowanym „przyjacielem” w postaci niekompletnej nogi. Nie uśmiechał się. Miał nieobecny, a jednocześnie zacięty, wyraz twarzy i szeroko otwarte, kaprawe, zielone oczy. Na ten widok, głód u Jakuba natychmiast minął. Nie zastanawiał się w ogóle, czy to, co robi ma jakikolwiek sens, tylko podszedł do ogrodzenia i zawołał matkę chłopca.

– Przepraszam, to pani syn? – zapytał niepewnym głosem. Znów miał zawroty głowy. Kobieta na początku nie zareagowała. Dopiero po chwili, gdy Jakub już chciał powtórzyć pytanie, odwróciła się i zaczęła coś chrząkać, jakby uczucie zmieszania nie pozwoliło jej odpowiedzieć. Chłopiec tymczasem zrezygnował z zabawy i zaczął gapić się na służącego Pułkownika. Obserwował jego szczupłe, sztucznie poruszające się ciało i drżącą szpiczastą brodę, z której skapywała tężejąca krew. Kobieta wciąż otwierała usta, jakby coś mówiła, ale Jakub nic nie słyszał. Szumiało mu w uszach, a przed oczami pojawiły się kolorowe łańcuchy. Opadł bezwładnie na siatkę ogrodzenia i zemdlał.

Obudził się na skrzypiącym łóżku. Głowę miał obandażowaną – wciąż go bolała, ale już nie tak jak przedtem. Czuł się słaby i rozedrgany. Wkrótce po obudzeniu przypomniał sobie, co się stało w domu na wodzie. Miał ochotę zwinąć się w kłębek i tak po prostu leżeć, aż do momentu, kiedy Pułkownik zestarzeje się i umrze, chociaż nie wiadomo, ile lat to mogłoby zająć.

Pomieszczenie, w którym leżał było mroczną izbą z dwoma niewielkim oknami, nierównym klepiskiem i piecem umieszczonym w przeciwległym kącie. Na ścianach porozwieszano skóry oraz broń, co nie spodobało się zbytnio Jakubowi. Pomyślał o kobiecie, którą spotkał w ogródku przed chatą.

Zemdlałem. To pewnie ona mnie opatrzyła. Ma kalekie dziecko i mnóstwo broni. Może współpracuje z szabrownikami? – Przestraszył się. – Ale wciąż mnie jednak nie zabiła.

W tym momencie weszła. Ręce miała pobrudzone ziemią, a włosy jeszcze bardziej się jej rozburzyły. Chłopaka nie było nigdzie w pobliżu. Widocznie został na zewnątrz.

– Już ci lepiej, Jakubie? – zapytała z uśmiechem.

– Skąd mnie znasz? – Gdyby Jakub miał wtedy jakąś kołdrę do przykrycia, zapewne nałożyłby sobie ją ze strachu na głowę. Kobieta zauważyła tę jego dziecięcą reakcję.

– Nie bój się – powiedziała uspokajającym tonem, z trudem powstrzymując uśmiech. – Kiedy byłeś nieprzytomny, bredziłeś coś o potworach, zalanej elektrowni i wojskowym szpitalu. Później na chwilę odzyskałeś przytomność. Skorzystałam wtedy z okazji i zapytałam o twoje imię. Odpowiedziałeś, że nazywasz się Jakub, a nazwiska nie pamiętasz. Później znowu zemdlałeś. Nie dziwi mnie to. Po wojnie spotkałam mnóstwo osób z amnezją. Rana była dość głęboka. Zdezynfekowałam ją i zeszyłam. Za dwa tygodnie trzeba będzie wyjąć nici. A tak w ogóle mam na imię Laura.

– Dziękuję. – Jakub, ciągle nieco zdezorientowany, przynajmniej co do intencji nieznajomej kobiety, trochę się uspokoił, ale wciąż tkwił mu w głowie Pułkownik.

Muszę wrócić przed zmrokiem. Mam jeszcze parę godzin, spokojnie! – uspokajał się, chociaż perspektywa ponownego spotkania z lekarzem powodowała, że miał ochotę się rozpłakać.

– Która godzina? – zapytał łamiącym się głosem.

– Już prawie szósta. Straciłeś trochę krwi i masz wstrząs mózgu. Powinieneś leżeć przynajmniej do jutrzejszego wieczora.

– Muszę wracać. – Pokręcił głową i spróbował usiąść, wtedy złapał go skurcz w żołądku, boleśnie przypominając, że nie jadł od rana.

– Chcesz gulaszu z królika?

– Bardzo chętnie – wyrwało mu się, chociaż znowu pomyślał, że kobieta współpracuje z szabrownikami, a gulasz może być trujący.

Na kuchni stał duży, żeliwny garnek. Laura nabrała z niego parę chochel do glinianej miski i przyniosła mu do łóżka.

Gulasz okazał się całkiem smaczny i bynajmniej nie był zatruty. Pachniał dzikimi ziołami z podleśnej łąki i soczystym, delikatnym mięsem.

– Pamiętam, że dom był opuszczony – zapytał, kiedy już na dobre upewnił się, że jednak nie umrze po króliku.

– Był – odparła lakonicznie – ale już nie jest.

Ona coś ukrywa.

– Od niedawna tu mieszkasz, prawda?

Nagle coś zaczęło stukać do drzwi. Jakub zamarł.

Idą po mnie. Wywleką mi flaki, wsadzą je do gardła, żebym z bólu przegryzł własne jelita i powoli udusił się smrodem gówna. – W ten sposób szabrownicy traktują zameldowanych, czyli tych, którzy mają domy.– Tak mówi Pułkownik, ale ja nie mam domu, on go ma.

Po chwili okazało się jednak, że to syn Laury na swojej platformie próbował dostać się do chaty.

– Przyjechałam trzy miesiące temu. – Kobieta wreszcie zdobyła się na odpowiedź. – Pochodzę z południa. Syn potrzebuje spokoju. – W czasie, gdy to mówiła, jej wzrok zatrzymał się na dziecku. Chłopak nie zwracał na nich uwagi. Początkowe zainteresowanie Jakubem zupełnie się rozpłynęło w jego monotonnej zabawie. Wciąż targał kikut nogi i przykładał go do twarzy, powtarzając: nie widzę cię, nie widzę. Jakub obserwował tę zabawę z widocznym na twarzy niesmakiem.

– Ma tak odkąd stracił nogi. Trudno się z nim porozumieć. Prawie nie mówi, a jeśli już, to jedynie to zdanie z niewielkimi modyfikacjami. – Uprzedziła pytanie Jakuba. Zabrała miskę po gulaszu i wyszła do ogrodu. Przez otwarte drzwi chaty Jakub zobaczył, że ściąga siatkę maskującą z wysłużonego nissana patrola.

– Stracił je na podrzutku? – zawołał za nią.

– Tak – odkrzyknęła, po czym otworzyła bagażnik i wyjęła z niego dwururkę.

– To tym upolowałam królika na gulasz, który ci tak smakował – dodała, machając Jakubowi przed oczami strzelbą, kiedy wróciła do chaty. Broń oparła pod ścianą obok drzwi.

Z taką długą lufą nawet jej do twarzy – pomyślał Jakub.

Laura usiadła na zydlu na wprost łóżka, a chłopak momentalnie podjechał jej pod nogi i zaczął uderzać głową o bok uda.

– Ma dopiero sześć lat i niezwykle silną reakcję fantomową. – Pogłaskała chłopca po zmierzwionych blond włosach. – Przez to, że jest jeszcze taki mały, wyobraża sobie, że ma nogi, ale w rzeczywistości nie może ich znaleźć. Dlatego rodzi się w nim konflikt, którego racjonalnie jeszcze nie umie pojąć. Wymyślił więc sobie nieistniejące kończyny i zapamiętał się głęboko w tej fantazji. Przejechałam prawie tysiąc kilometrów, żeby znaleźć jakąś spokojną enklawę, gdzie będę mogła się nim zająć. Przed wojną pracowałam z dziećmi chorymi na autyzm. Ma szansę, ale potrzebna będzie długotrwała terapia. Przydałby mi się do leczenia koń.

– Jesteś sama z nim?

– To ciekawy zbieg okoliczności. Ma na imię Jakub! – odpowiedziała szorstko. – Tak, jestem sama, jak większość matek, bo wam się zachciało rewolucji!

– Ja nie walczyłem. Byłem tylko sanitariuszem – wycedził cicho.

– Na jedno wychodzi. Brałeś w tym udział.

A teraz pomagam w mordowaniu kalekich niedobitków.

– Nie brałem! I to nie była rewolucja.

– Popatrz dookoła, naiwniaku. Wszystko się zmieniło. Sens słowa „rewolucja” doskonale się w takim razie spełnił – odbiła jego niezdarne tłumaczenie.

– Skąd masz benzynę? – Nie mógł wygrać tej dyskusji, starał się więc zmienić niewygodny temat.

– To podstawowa umiejętność kobiety w dzisiejszych czasach, umieć zdobyć paliwo; i nie zdradzam swoich źródeł nieznajomym. Poznamy się lepiej, to może ci powiem – odparła pewnie i jednocześnie filuternie.

Jakub przez cały czas na nią patrzył. Na pierwszy rzut oka wydawała się zaniedbana, lecz ciągle miała wszystkie zęby, a z jej uśmiechu emanowała kusząca młodość. Była żylasta, silna i stwardniała jak stopy pod wpływem wielu miesięcy chodzenia bez butów, ale w środku miękka i spragniona.

– Gdybym tylko nie był służącym i na dodatek ostatnim tchórzem.

– Mieszkam na jeziorze, w domu na wyspie.

– Ach tak. Nie wiedziałam, że to ponure zamczysko jest zamieszkane przez jakieś rozumne istoty. Z daleka wygląda, jakby grasowały w nim same wygłodniałe szczury.

– Mieszka tam rozumny potwór. Niedługo zabiorę ci synka, a on go zamorduje.

– Skąd wiesz? – zapytał cynicznie Jakub.

– Nie chciałam cię urazić.

– Chciałaś! – powiedział nerwowo. – Muszę już iść. – Odwrócił się, niemal tracąc równowagę.

– Nie dasz rady.

– Dam, muszę! Czuję się już znacznie lepiej.

– Skoro tak. – Laura wyraźnie posmutniała. – Na twoją odpowiedzialność – rzuciła z udawaną obojętnością.

Kiedy chwiejnym krokiem wychodził z chaty, nie popatrzył jej w oczy. Kobieta wydawała się ciągle trochę zmieszana (a może to była celowo zachowywana rezerwa), lecz nie tak jak on. Stała w drzwiach i patrzyła na niego, dopóki nie zniknął między drzewami, jakby sprawdzała, czy gdzieś po drodze się nie przewróci, zawsze czujna, typowa matka. Nie przypominała tych skulonych kobiet z dziećmi, które zwykł widywać pod bramą przeprawy do domu na jeziorze. Była setki razy silniejsza, i to go podniecało.

– Przyjdź jeszcze kiedyś – zawołała za nim. – Przyda mi się towarzystwo. W końcu jesteście gatunkiem ginącym, zwłaszcza osobniki z tak ładnymi zębami, jak ty. – Zaśmiała się, ale nie było w tym nic ironicznego. Po prostu żartowała.

Nie odpowiedział, ani się nie odwrócił. Było zbyt późno, żeby pójść jeszcze do gospody, poza tym był za słaby. Musiał czym prędzej wracać do swojego potwora. W jego głowie zrodził się misterny plan uszczęśliwienia Pułkownika. Najpierw jednak musiał poinformować go o swojej zdobyczy, a później sam ją rozpracować i zagonić do domu na wodzie.

Kiedy zamaskowywał dziurę w ogrodzeniu, słońce było tuż nad horyzontem, a ręce trzęsły mu się tak bardzo, że aż poranił wszystkie palce o ostre końce drutu. Zapuścił silnik w łódce, który tym razem zaskoczył od razu, i skierował dziób prosto na przystań pod bramą. O tej godzinie z pewnością Pułkownika nie było w domu, tylko czekał przy furcie ogrodzenia.

Po paru minutach okazało się, że jest tak, jak przypuszczał, jego pan czeka na przystani. Z początku Jakub przeraził się, gdy go zobaczył, później jednak odzyskał pewność, myśląc o tym, co ma do przekazania. Pułkownik jednak zdążył odezwać się pierwszy:

– Długo cię nie było – stwierdził szyderczym tonem. – Chyba dotarłeś już na sam początek?

– Ta podróż jeszcze trochę mi zajmie – odgryzł się Jakub.

– Po tym uderzeniu w głowę zrobiłeś się bardziej wyszczekany, Jakubie. Widzę, że znalazłeś też pielęgniarkę? Świadczy jakieś dodatkowe usługi poza opatrywaniem ran?

– Chce tylko wyszydzić kogoś słabszego. Pewnie boi się bardziej niż ja, że mógł mnie dzisiaj zabić. Co by wtedy zrobił, kutas jeden.

– Byłem w starej wsi – odpowiedział rzeczowo służący. – W jednym z domów zamieszkała kobieta z dzieckiem. Jest kalekie. To ofiara podrzutka, nie ma nóg. – Ostatnie słowa niemal wydyszał, taki był podniecony tym, co mówił. – Dzieciak zachowuje się, jakby miał objawy jakiegoś opóźnienia. Cały czas rozmawia z kikutami. Ta kobieta pracowała kiedyś z upośledzonymi dziećmi. Ma nadzieję, że tutaj go sama wyleczy. To jakaś wariatka. Chce dziecko leczyć koniem.

W tym momencie przez twarz Pułkownika przeszła fala gwałtownych skurczów. Spojrzał bacznie na Jakuba. Przez dłuższą chwilę milczał, tylko go obserwował. Może chciał sprawdzić, czy nie kłamie. Sługa jednak nie spuścił wzroku.

– Nie opóźnienia, tylko psychozy, ignorancie – odezwał się wreszcie Pułkownik ostrym tonem. – A konie były używane przed wojną do ćwiczeń z niepełnosprawnymi, ale i tak nie zrozumiałbyś, na czym to polegało – dodał, już znacznie łagodniej.

Tak, nie zrozumiem. Jestem twoim osobistym idiotą, a ty moim osobistym potworem. Nie umiemy, kurwa, bez siebie żyć.

– Pewnie. Byle służący nie zna się na leczących koniach.

– Byle służący ślepo ufa swojemu panu.

– Jak ja.

Pułkownik pominął to stwierdzenie Jakuba znaczącym milczeniem.

– Nic pewnie nie jadłeś od rana. – Zmienił dyplomatycznie temat.

– Jadłem gulasz z królika.

– Aż taki z ciebie szczęściarz? Znalazłeś pielęgniarkę, która umie gotować i na dodatek ma kalekie dziecko?

–  Znalazłem kobietę, która rozłoży przede mną nogi, jeśli tylko strzelę palcami.

– Czasem dobrze być prostym człowiekiem, nie sądzisz, Jakubie? – Pułkownik klepnął służącego w plecy.

– A tak w ogóle, to cieszę się – dodał z tajemniczym wyrazem twarzy. – Nie możesz sobie wyobrazić jak bardzo. Musimy się przygotować. Byłem w osadzie i zdobyłem wieprzowinę. Wiesz jak o nią trudno? Na kolację będzie pieczeń. Ciekawe, czy ci bardziej posmakuje niż ten gulasz z królika.

Jakub wzruszył ramionami. Znów zaczęła go boleć głowa.

– Cholera, kto by pomyślał, że można z królika w ogóle coś takiego zrobić – rozwodził się Pułkownik. Nagle głośno zakaszlał i pobiegł w kierunku domu. Bywało, że często zachowywał się nieprzewidywalnie. Ostatnio jednak powtarzające się napady spazmatycznych zakrztuszeń były częstsze.

Rozmowa przy kolacji zupełnie się nie kleiła. Jakub trochę inaczej to sobie zaplanował. Sądził, że Pułkownik będzie przed nim klęczał z wdzięczności, albo posadzi go na złotym nocniku i będzie całował po nogach. Wciąż był jednak tym samym służącym, oczywiście ciągle w pewnym sensie nietypowym, ponieważ to Pułkownik gotował dla niego, a teraz podał mu pod nos talerz z dymiącą pieczenią, lecz w rzeczywistości ich osobliwy układ się nie zmienił.

Potwór został potworem, a niewolnik nadal czyści gówna – pomyślał Jakub, wbijając nóż w twardawe mięso. – Królik Laury był o wiele miększy.

Cała ich konwersacja podczas kolacji ograniczyła się tylko do wymiany paru nieistotnych informacji na temat dziur w dachu i podtopień na przystani. Na koniec Pułkownik władczo oznajmił, że jutro rano pojedzie do tej kobiety. Nie chciał, żeby Jakub mu towarzyszył.

IV.

To dziwne, ale nie czuł podniecenia. Tak dawno nie miał żadnego kaleki w swojej pracowni. Zaczął już tracić nadzieję, że to wszystko, co robi, doprowadzi do jakiegokolwiek rozwiązania. Jego eksperymenty od niepamiętnych czasów nie przynosiły żadnych wymiernych efektów, a właściwie jedno stało się już dawno jasne – wymyślona przez niego metoda jest śmiercionośna i przekracza wytrzymałość małoletnich organizmów, właściwie dorosłych również.

Brzydził się okrutnie nazistowską eksterminacją wszelkich ułomnych jednostek w społeczeństwie, a jednocześnie idealizował swój wizerunek naukowca i dowódcy I Brygady Medycznej tak dalece, że nie dostrzegał oczywistego podobieństwa między eksperymentami, które wymyślał, a metodami stosowanymi w obozach koncentracyjnych. A raczej uświadomił sobie już dawno, że jest pseudouczonym, nie miał tylko odwagi racjonalnie tego zaakceptować.

Zawsze pozostawał jeszcze aspekt ekonomiczno-praktyczny – ostatnie sensowne tłumaczenie bezsensownego terapeutycznie postępowania, racjonalizacja godna psychopaty. Dawał ludziom nadzieję. Zdejmował sprzed ich oczu nośnik cierpienia – ofiarę wojny, kalekę bez szans na samodzielność i spełnienie rodzicielskich planów, fizyczną dysfunkcję miłości w formie korpusów bez rąk i nóg. Bo to nie byli przecież ludzie, substancja człowieka została u nich zdegradowana do aspołecznej formy, która w świecie zwierząt zostałaby naturalnie wyeliminowana. Dlaczego u ludzi miałoby być inaczej? Czy nie jesteśmy zwierzętami? W czym jesteśmy lepsi?

W niczym! Posiadamy jedynie umiejętność wyobrażania sobie tego, czym nie możemy być z racji swoich właściwości, osobniczych zdolności i całego genomu. To prawdziwy ewenement w świecie natury. Ta siła nas kręci. Dzięki niej rzeczywistość przestaje mieć znaczenie – pomyślał. – Tak, to jest rozwiązanie – dodał na głos.

Szedł brzegiem lasu, z którego schodziła wilgotna mgła. Kontury opuszczonego domu niemrawo wyłaniały się z jej oparów. Włożył czysty mundur polowy. Wyjściowy gdzieś dawno już zaginął, albo zjadły go wygłodzone szczury. Zatrzymując się na chwilę przed furtką do domu kobiety, spojrzał na swoje pagony i przyszyte do nich dwie belki i trzy gwiazdki oznaczające stopień wojskowy. Były nieskazitelnie czyste, jakby dopiero co wyszły spod igły wojskowego krawca. Rozejrzał się dookoła. W końcu ostrożnie i z trudem podniósł drewniany skobel przy furtce. Drzwi chaty były również podobnie zamykane. Stanął na kawałku szmaty, służącym zapewne do wycierania butów i zapukał mocno złożoną pięścią. Po chwili otworzyła mu kobieta o zdziwionej, drobnej twarzy, ciemnych, przesłaniających policzki włosach i z dwururką przewieszoną przez plecy.

– Mieszkam na jeziorze. Mój służący był tu wczoraj. Pomogła mu pani, za co bardzo dziękuję. Mogę wejść i porozmawiać? – zapytał niskim, delikatnym tonem.

– Proszę – odpowiedziała.

V.

Kolejne tygodnie były inne od tych wszystkich, które potwór i jego służący przeżyli razem na wyspie. Pułkownik znikał na całe dnie. Wychodził rano, a wracał późnym wieczorem. Teraz Jakub pracował w kuchni. Nareszcie był prawdziwym kamerdynerem i cieszyła go ta rola. Może i obowiązki kuchenne nie należały do jego specjalności, lecz nieobecność Pułkownika wynagradzała każdy wysiłek przy szorowaniu zardzewiałych garów.

Jakub zaczął także sam jadać obiad i kolację. Były to kolejne części dnia, na które z niecierpliwością teraz zawsze czekał. Nie musiał już usilnie milczeć, patrzeć na cały ten cyrk z układaniem równo sztućców, nawet jeśli były umaczane w jedzeniu. Nie musiał zostawiać tych części skórek od chleba, które trzymał w palcach, bojąc się, że jeśli je zje, to Pułkownik zbeszta go za brak higieny i wyzwie od imbecyli z klasy robotniczej, albo, co jeszcze gorsze, rzuci w niego resztkami ze swojego talerza. Mógł do woli rozmawiać ze sobą na głos i jeść tak długo, jak tylko miał na to ochotę, pierdzieć, bekać, oblizywać palce i charkać na talerz. Był panem rytuału jedzenia obiadu i kolacji. To jest mój początek – cieszył się. – Potwór nie może już nigdy wrócić. Jeśli wróci, to szybko umrze.

Jedno, co musiał ciągle robić, to zostawiać Pułkownikowi kolację na kuchni. Kiedy zrobił kanapki, to nie miał czym się zanadto przejmować, natomiast jeśli były to resztki z niezjedzonego obiadu, bądź cały, świeży obiad, kolacja musiała być tak zaplanowana czasowo, żeby po powrocie Pułkownik zjadł ją jeszcze chociaż letnią, podczas gdy Jakub już dawno siedział w swoim pokoju i bojaźliwie nasłuchiwał odgłosów z jadalni.

Śniadania były tak samo radosne, co obiady i kolacje. Pułkownik nie jadł w domu rano. Codziennie wychodził dosłownie o świcie, z regularnością kwarcowego zegarka. Jakub budził się już po wyjściu lekarza.

Im jednak więcej mijało tygodni tej kulinarnej samotności, tym częściej Jakub zastanawiał się nad kobietą z chaty i jej dzieckiem. Pierwszy raz o niej pomyślał, kiedy wyjmował sobie z głowy szwy. Później marzył o niej coraz częściej, nieraz delikatnie i czule, a nieraz brutalnie i wyuzdanie, zaspokajając swoje męskie potrzeby w kawałki rozłożonych na łóżku gazet. Może triumf piękna polegał w ich domu na tym, że Pułkownika nie było, a nie na tym, że klatki nareszcie były puste.

Jakub wciąż zwykł powtarzać w chwilach zdenerwowania:

Po wojnie nic nie może być piękne. Uciekliśmy do domu na wodzie, ale one czekały i tam. Gdziekolwiek będziemy, w końcu przybędą zwabione naszym słodkim, okrutnym zapachem. – Były to jedyne słowa, które nie były słowami Pułkownika. Służący posiadał do nich prawo autorskie i był z tego niezwykle dumny.

Laboratorium pozostawało zamknięte przez kolejne tygodnie. Mimo że kobiety z dziećmi od dawna nie pojawiały się na przystani, Jakub, już chyba tylko z przyzwyczajenia, czasami stał nad wodą o zmierzchu. To był pierwszy chłodniejszy wieczór od ponad miesiąca. Stęchły zapach jeziora wnikał w nozdrza służącego, stopniowo go usypiając. Kiedyś, wiele lat temu, zapewne uznałby ten aromat zgniłych glonów i mułu za smród nie do zniesienia. Teraz, wraz z ciszą okolicy dopełnianą jedynie przez delikatny odgłos bicia fal o drewniane molo na przystani, był niemalże hipnotyzujący. Jakub wkrótce zasnął.

To musiał być bardzo krótki sen, ponieważ jeszcze na dobre nie zdążyło się ściemnić. Obudził się nagle, serce zaczęło mu walić i rozbolała głowa. Dookoła nie było już cicho, a jezioro śmierdziało tak jakoś dziwnie, ludzkim potem. Obok Jakuba siedział na kamieniach Pułkownik i gapił się na wodę.

Oniemiały służący wydał z siebie tylko ciche jęknięcie. Zaraz się jednak opanował, bo Pułkownik w żadnym wypadku nie przypominał dawnego siebie, i rzucało się to aż nadto w oczy.

– Panie Pułkowniku, kolacja jest na kuchni, jeszcze ciepła – bąknął.

– Dobrze. Nie spieszy mi się – odrzekł apatycznie lekarz. – Za parę dni będziemy mieli dziecko. Pracuję nad tym – dodał ze wzrokiem cały czas wbitym w taflę jeziora.

Wcale o to nie pytałem. – Jakub wstał, otrzepał z piachu spodnie i poszedł w kierunku domu. Pułkownik został na brzegu, wpatrując się w pomarańczowe rozbłyski słońca w jeziorze. Z daleka wyglądał jak skulone dziecko, któremu jakiś nieobliczalny dorosły kazał nosić mundur.

Sam się oszukuje. Nigdy nie dostanie tego bachora. Jeśli ja mu go nie dam, to nikomu innemu się ta sztuka nie uda, ale tego nie zrobię. Jest coraz mniejszy, nieobecny, jak żywy trup. Jeszcze parę tygodni i całkiem zniknie – szeptał do siebie Jakub, wchodząc po schodach do swojego pokoju.

Pułkownik jednak nie rozpłynął się w powietrzu. Faktycznie, trochę wychudł, oczy wpadły mu głęboko do środka czaszki, a skóra nabrała ziemistego odcienia, ale wciąż nie tracił nadziei. Po upływie kolejnych paru tygodni, kiedy lato miało się już ku końcowi, zapukał o świcie do pokoju Jakuba. Służący nie spał już od jakiegoś czasu. Znów bolała go głowa i miał dziwne przeczucie, że ten dzień nie będzie tak beztroski, jak wiele poprzednich odkąd wrócił z chaty Laury. Wizyta Pułkownika w jednej chwili doprowadziła go na skraj szaleństwa. Pomyślał, że lekarz jednak ma to dziecko i wszystko znowu wróci do normy.

Normą w domu na wodzie było zabijanie.

Na szczęście lekarz nie miał zamiaru wchodzić do pokoju służącego, jak i ten nie zamierzał mu otworzyć drzwi. Jakub zamarł bez ruchu na łóżku i czekał na kolejne pukanie, tym razem głośniejsze, a później krzyk rozwścieczonego niesubordynacją Pułkownika. Nic takiego się jednak nie stało.

– Przygotowałem śniadanie – powiedział tylko przez drzwi i zszedł do kuchni.

– Trochę wcześnie na śniadanie – wymamrotał Jakub, spoglądając na zegarek – dochodziła piąta rano.

Tego dnia pułkownik został w domu. Twierdził, że chce popracować nad wynikami dotychczasowych badań jeszcze przed przyjściem kolejnego dziecka. Cały dzień spędził jednak w ogrodzie, zbierając resztki gazet, które od niepamiętnych czasów leżały na zaniedbanym trawniku. Tuż przed wieczorem zawołał Jakuba na kolację. Sam nie zjadł nawet kawałka chleba. Patrzył tylko na sługę i co jakiś czas sztucznie się uśmiechał.

– Jak twój początek, Jakubie, wróciłeś? – zapytał nagle.

Jakub z trudem przełknął ostatni kawałek chleba z rybnym pasztetem, którego kolor przypominał raczej błoto, a nie coś zdatnego do jedzenia, i odrzekł:

– Nie, panie Pułkowniku, nigdy nie wrócę. Tu mi jest dobrze. – Służący starał się odpowiedzieć zupełnie na odczepnego, jednak wyszło mu coś, co go samego zaskoczyło. Zrozumiał ten zlepek swoich słów tak, jak miał je zrozumieć. Były jego. To był początek, tutaj, w tym domu, w środku jego bezmyślnej głowy, u boku Pułkownika, lecz nie z nim.

– Masz amnezję, na którą nie znam lekarstwa. Przykro mi, że nie umiem ci pomóc.

Jakub milczał i patrzył na swojego zwyrodniałego chlebodawcę. Nie oczekiwał żadnej pomocy. Pułkownik wydawał mu się jakimś wrzodem na mózgu. Zaburzał normalne widzenie, dosłownie jak fatamorgana na pustyni Lut. Nie mógł się jednak w żaden sposób jej pozbyć, no chyba, że zrobiłby sobie lobotomię.

Już rozumiem! To on, Pułkownik, ten kutas, sprawia, że nie pamiętam, kim jestem. Wszystko dzieje się przez niego – pomyślał, aż rumieniec wyskoczył mu na twarz z wrażenia, a może bardziej z zachwytu, że w ogóle potrafił coś tak odważnego wymyślić.

– Pójdę jeszcze na przystań – rzekł lekarz po skończonym posiłku. – Idź spać. – Brzmiało to jak rozkaz.

Idź umrzeć!

Jakub posłusznie zasunął za sobą krzesło i wyniósł talerze.

VI.

Wieczór był tak samo duszny, jak i reszta minionego dnia. Powietrze odbijało się od tafli wody jeziora i wracało jeszcze bardziej zatęchłe i piekące w gardło fetorem gnijących roślin. Jakub już spał, gdy Pułkownik schodził do pracowni. Zajęło mu dłuższą chwilę, zanim odnalazł właściwy klucz na pęku, który zawsze nosił przy sobie. Drżącymi palcami otworzył zamek typu „yale”, regularnie konserwowany przez siebie z chorobliwą dokładnością, dlatego też najcichszy w całym domu. Świeżo nasmarowane zapadki łatwo zwolniły rygiel. Wszystko zaplanował. Rano służący go znajdzie i zapewne pochowa w baraku. Jeszcze raz spojrzał na otwarte klatki – wyczyszczone, nietknięte przez brud i strach. To laboratorium, wszystkie te ofiary, cała praca, nie były warte jej oczu, sukienki, zapachu piersi, doświadczenia przeszłości, siły, której do końca nigdy nie pozna.

Myśląc o niej, zaczął powoli rozpinać koszulę i spodnie. Gdy był już nagi, wszedł do pokoju projekcyjnego. Stanął obok projektora znajdującego się z tyłu pneumatycznego łóżka, przekręcił sterującą gałkę i zwolnił mechanizm. Rozległo się znajome terkotanie krzywki wprawiającej w drgania taśmę filmową. Ekran zamigał parę razy i zrobił się całkowicie czarny.

Mam jeszcze chwilę – wymamrotał do siebie.

Z jednej z szafek wyjął przygotowaną wcześniej strzykawkę. Z łatwością wbił igłę w płytko położoną tętnicę w przedramieniu. Nie czekając aż narkotyk zacznie działać, położył się na leżance. Miał erekcję. Wystarczyło, że chwycił członka i poruszył obślinioną dłonią parę razy, żeby się spuścić. Wytrysk był tak gwałtowny, że sperma wylądowała mu na szyi i brzuchu, dłoń również miał całą mokrą. Narkotyki wzmocniły orgazm tak bardzo, że na chwilę stracił przytomność. Kiedy ją odzyskał, ekran zaczął się rozświetlać. Pojawiały się na nim sfilmowane egzekucje dorosłych i dzieci, eksperymenty przeprowadzane na przytomnych ludziach zapiętych w stalowe obroże, krzesła gwałtu, z których co jakiś czas pneumatyczny wysięgnik, zaprogramowany jak na taśmie produkcyjnej, ściągał martwą i porozrywaną kobietę, a po chwili wsadzał nową, podczas gdy kolejka wyposzczonych żołnierzy wznosiła okrzyki, żeby zmienić program na szybszy.

Na końcu seansu, niczym ukoronowanie oskarowej produkcji typu „gore”, pojawiała się wielka maszyna utylizacyjna, która pochłaniała ciała jeńców jak wygłodniały, krwiożerczy czerw, a po dwuetapowym zmieleniu, dodaniu zagęstników i fosforanów, wydalała białkową pulpę. Karmiono nią tak zwaną „obozową masę eksperymentalną”, a więc internowanych dłużej niż miesiąc. Tylko najsilniejszym udawało się tak długo przeżyć, czym zwracali uwagę personelu. Specjalnie wyznaczeni lekarze kwalifikowali ich wtedy do wzięcia udziału w określonych typach eksperymentów. Rodzaj i dotkliwość badań zależały od ogólnej kondycji więźnia – niektórym, wyjątkowo silnym, zwiększano nawet przydział pulpy, żeby pożyli jeszcze miesiąc lub dwa.

Zmuszanie wroga do kanibalizmu było formą tortur nazywanych „deprywacją kulturową wroga”, a poza tym uznano, że zamknięcie łańcucha pokarmowego w obrębie jednego gatunku, który jest jednocześnie producentem i konsumentem, będzie ciekawym zjawiskiem teoriopoznawczym.

Pułkownik na przemian śmiał się i płakał. Dopiero teraz czuł w pełni emocje, o których już całkowicie zapomniał. Nagle ekran znów pokrył się jakąś czarną zasłoną. Powoli zmieniła się ona w ciemną sylwetkę człowieka. Wydawało się, że lekarz rozpoznał tę postać.

– Jesteś wreszcie – powiedział do niej.

– Jestem. Zawsze byłam – odpowiedziała spokojnie, kładąc mu gorącą dłoń na spoconym czole. Pogładziła go delikatnie parę razy. Następnie wzięła rękę, którą się masturbował i oblizała palce z resztek zasychającej spermy.

– Tak długo czekałem – krzyknął Pułkownik. Znów rosło w nim podniecenie, lecz jednocześnie zaczynał się coraz bardziej dusić z powodu narkotycznego dławienia w płucach.

– Niepotrzebnie się tak niecierpliwiłeś. Teraz spełniasz warunki.

– Musiałem zdjąć gacie, spuścić się i naćpać. O to chodziło?

– Nie. Tylko o to, żeby ci było dobrze. Opacznie wszystko zrozumiałeś. Jesteś zbyt gorliwy. Pamiętaj, musi ci być dobrze. Gorliwość nie ma nic wspólnego z rozkoszą, ani z szacunkiem innych. Jest ci teraz dobrze?

– Tak, tak, jest mi cudownie. Ale one cały czas tam są, głęboko pod wodą – zapłakał. – Kłębią się, szamoczą i piszczą. Uciekły z klatek, dlatego musiałem je tu, na górze, wszystkie połapać. Tylko niech Jakubowi nic się nie stanie, proszę! – wycharczał.

Postać nie odpowiedziała. Wydawało się, że nagle zniknęła. W tym samym momencie żarówka projektora odbiła się w szerokim, półksiężycowym ostrzu, a nogi Pułkownika upadły na podłogę. Oddychał płytko, coraz wolniej. Ekran wciąż migał.

Jakub znalazł Pułkownika rano. Nie był zdziwiony tym, że lekarz nie żyje, ale bardziej zaskoczony rodzajem jego śmierci. Ktoś musiał w nocy wejść do domu i go zamordować, a poza tym zostawił tyle krwi. Służący odwykł już od sprzątania bałaganu, jaki niosło ze sobą umieranie, jednak ten ostatni raz mógł.

Do końca życia nie będę już oglądał tego skurwysyna – szeptał, wycierając z podłogi stężałą juchę i krztusząc się od mdłości.

Kiedy zmył płytki, wytarł jeszcze kolumnę pneumatycznego łóżka i skóropodobne obicie. Następnie zdjął z leżanki nagie ciało Pułkownika i ułożył je wraz z odciętymi kikutami na metalowych noszach. Piec w krematorium był od wielu tygodni zimny, a więc trochę czasu zajęło rozgrzanie go do odpowiedniej temperatury.

Stopniowo w piwnicy robiło się coraz goręcej. Jakub popatrzył jeszcze raz na twarz lekarza. Była zadowolona, jasna, bezkrwista i szczęśliwa. Gdy miał już pchnąć ciało w kierunku ognia, usłyszał wysoki, drażniący pisk. Na zakurzonej pryczy zobaczył dwie pary błyskających oczu.

Przyszły – pomyślał i uśmiechnął się lekko.

Wiedział, co powinien zrobić. Wyjął zza pasa ząbkowany, myśliwski nóż i wbił go z łatwością w udo Pułkownika. Odkroił spory kawałek mięśnia i nabił je na zakrzywiony koniec noża. Szczury przestały piszczeć, wyczekując, co się zaraz stanie. Po tylu latach doczekały się rozwiązania umowy. Jakub ostrożnie podszedł do nich i uklęknął przy łóżku. Nie uciekły.

– Wasz pan dzisiaj umarł – powiedział cicho.

Z głodu, a może i z zaciekawienia wyciągnęły głowy w kierunku noża. Jeden z nich nie wytrzymał i gwałtownie wgryzł się we fragmenty wystającego ścięgna. Drugi skoczył na zwisający płat skóry. W tym momencie Jakub sprytnym ruchem zdjął mięso z klingi. Szczury natychmiast wycofały się i znikły wraz z nagrodą w szczelinie pod stalową ścianą, która zrobiła się teraz jakby większa, z pewnością na tyle szeroka, że mógł przecisnąć się przez nią szczupły człowiek.

Ciało Pułkownika paliło się jeszcze szybciej niż ciała dzieci. Przystań obok domu na wodzie pozostała już na zawsze pusta, a brzeg tak samo szary, jak wyjmowane przez Jakuba prochy z krematorium. Sługa zakopał Pułkownika w najdalszej kwaterze w cmentarnym baraku. Do worka wrzucił cały różaniec. Pochował szczątki ostrożnie, niemal z czułością, kładąc je na dnie wykopu. Wbił również niewielki krzyż w udeptaną ziemię, jedyny w tamtym miejscu, pośród dzieci.

VII.

Następnego dnia Jakub szedł niespiesznie wiejską drogą w kierunku lasu, gdzie mieszkała kobieta. Zostawił za sobą zniszczoną przystań i łódki, które wypuścił na jezioro z włączonymi silnikami.

Jeszcze zeszłej nocy postanowił, że pojedzie do Laury. Tego ranka wstał dopiero około południa. Umył się, założył świeże ubranie, zjadł trochę gotowanego kurczaka i wyszedł na brzeg jeziora. Woda stała nieruchomo, rozsiewając wokół duszącą woń gnijącego bagna. Tuż przed jesienią, lato rozwinęło się w pełni, parne i gorące.

Laura stała przed domem oparta o starego Patrola, opalona, błyszcząca od potu, z zupełnie dziecinną, zaskoczoną twarzą. Po chwili go rozpoznała. Chciała coś powiedzieć, a jej twarz zrobiła się strasznie napięta ze złości, lecz Jakub nie dopuścił jej do głosu.

– Już do ciebie nie będzie przychodził. Umarł wczoraj – wycedził przez zaciśniętą szczękę.

– Właśnie teraz, kiedy zdecydowałam się oddać mu chłopca – odparła zrezygnowanym głosem.

– Czy wiesz, dlaczego tu przyszedłem? – zapytał.

– Żeby odwiedzić samotną kobietę? – odpowiedziała zaczepnie. – A może znów trzeba ci coś zeszyć? – Zachowywała się tak, jakby śmierć Pułkownika w ogóle jej nie obchodziła. Jakub zmusił się do lekkiego uśmiechu, lecz nie czuł się dobrze z takim bezceremonialnych zachowaniem Laury. Na szczęście kłopotliwą sytuację rozładował syn kobiety, podjeżdżając z tyłu pod jej nogi.

– Popatrz kto przyjechał! – rzekł z ulgą służący. Kobieta pod wpływem jego głosu odwróciła się tak nagle, że o mało nie wpadła na syna. Mały Jakub poruszał się na nowo zbitej, znacznie większej desce, z przymocowanymi do spodu kołami od deskorolki. Podjechał tuż pod stopy kobiety. Popatrzył na stojącego obok mężczyznę i po chwili zaczął bawić się swoimi nogami.

Służący ukląkł przy wózku chłopca i powstrzymał go, kiedy ten chciał podnieść kikut nogi do twarzy.

– Czy chcesz zobaczyć wielki dom otoczony wodą? – zapytał, patrząc nieruchomo na chłopca. Syn Laury przytaknął i pokazał mu sznurek przymocowany do deski z kołami. Jakub wziął go i zaczął mocno ciągnąć.

– Tylko wróćcie przed wieczorem. – Usłyszał za sobą jej głos.

– Wrócimy – odparł.

Szybko zostawili za sobą las i wieś. Sługa szedł w kierunku wody trasą, której tak się kiedyś bał. Wciąż myślał o Laurze. Co jakiś czas oglądał się, żeby sprawdzić, czy chłopak jeszcze siedzi na tej dziwnej platformie z kołami. Siedział tam. Trzymał się mocno brzegów, a niezbyt fachowo ucięte pozostałości nóg, podskakiwały bezwładnie pod wpływem kolein starej drogi. Kiedy przeszli główną bramę i znaleźli się tuż nad wodą, Jakub podszedł do chłopca i wyciągnął przed siebie rękę.

– Widzisz na środku jeziora dom? – szepnął, wskazując spokojną, pustą wodę przed nimi. Powietrze było przejrzyste i gorące. Nad jeziorem fruwały mewy i głośno krzyczały. Nie było wyspy i domu na wodzie.

Widzę cię, nie widzę – odpowiedział chłopak, a gdzieś spod ziemi uniósł się w niebo głodny pisk szczurów.

Dodaj komentarz