Rozdział I, Ziemia pod dwoma księżycami

I.

Pod niebem, na którym widać wiele księżyców żyje się tak samo, jak pod tym z tylko jednym. Za to noce są jaśniejsze, a w dzień ponad chmurami, prócz wielkiego słońca, zawsze są obecni jego dodatkowi towarzysze. Nielicznym mieszkańcom takiej planety ów świat mógł wydawać się mniej pusty zarówno na niebie, jak i w bardziej przyziemnych rejonach, bo z całą pewnością ukształtowanie terenu było tu pełne monumentalnych dysproporcji. Góry miały po piętnaście tysięcy metrów, a były też miejsca, gdzie temperatura spadała nocami do prawie stu stopni poniżej zera.

W tak pierwotnym i miejscami niegościnnym ekosystemie, występowały jednak rozpościerające się na miliony kilometrów kwadratowych, tropikalne enklawy, oraz znacznie mniejsze obszary o umiarkowanym, górskim klimacie, gdzie skupieni w niewielkich społecznościach, żyli humanoidalni tubylcy. Otaczał ich dziewiczy świat, w którym pojawili się niedawno, a więc została im wpierw przypisana neutralna rola – nie byli ani wrogami, ani przyjaciółmi – stanowili symbiotyczną część. Istnieli sami dla siebie, a ich głównym zmartwieniem było to, jak nabić jeszcze żywy posiłek na prymitywną włócznię i nie zostać przy tym zjedzonym. Minęło wiele setek pór roku zanim poznali, które grzyby są jadalne, a które zabijają całe rodziny, jak chronić się przed burzami i jak nie utopić się na moczarach. Minęły setki ziemskich lat, nim ubraniami zaczęli maskować wstyd oraz zrozumieli, że kobieta jednego nie jest równocześnie kobietą wszystkich jego kolegów. Kiedy już nazwali w różnych lokalnych dialektach swoje plemię i pozostałe elementy otoczenia, które były im przydatne, kiedy wybudowali chaty i skupili je w niewielkie sioła, a nawet nauczyli się wytapiać brąz, nagle zobaczyli duchy. Powiedziały im one, że powinni się zatrzymać i nic więcej nie muszą już poznawać, muszą tylko jednostajnie żyć. Z początku duchy były przyjazne i jedynie ostrzegały, lub niekiedy straszyły przed zemstą rozgniewanych olbrzymów mieszkających wysoko w niebie. Trudno jednak zatrzymać jakąkolwiek cywilizację przyjacielskimi namowami. Duchy musiały więc pokazać, że potrafią skutecznie karać, i to nie pojedynczych niepokornych, lecz całe osady.

Wiadomości o morderczej reprymendzie za samowolę w rozwijaniu zakazanej wiedzy i eksperymentów z wytopem innych metali niż brąz, była później obwieszczana pozostałym wsiom wraz z okazaniem namacalnych dowodów w postaci stosów zmasakrowanych ciał. Przy tym nikt nie wyjaśnił biednym wieśniakom na początku, co tak naprawdę jest zakazane, o jaką tajemniczą wiedzę chodzi – niekiedy duchy karały ich po prostu za pomysł ulepszenia jakiejś czynności, który w arbitralnej ocenie niematerialnych nadzorców mógł zwiększyć prawdopodobieństwo odkrycia jakiegoś większego łańcucha unowocześnień, co posunęłoby naprzód cywilizację tubylców. Takich sytuacji było wiele, a przecież nikt nie umie przewidzieć, kiedy pojawi się, stworzony z czystego zbiegu okoliczności w życiu inteligentnych stworzeń, pomysł ulepszenia jakiejś pracy, co może być właśnie ukarane zagładą całej wioski.

Duchy w którymś momencie tej sadystycznej gehenny przysłały więc swojego wysłannika, który fizycznie strzegł wypełniania ich absolutnej woli. Wkrótce okazało się, że i on dysponuje nieznaną mocą, która potrafi zabić, ale również na przykład szybko załatać cieknący dach, lub wyleczyć zakażenie. Duchy widocznie zrozumiały, że długo nakręcana spirala przemocy w końcu doprowadza do ślepego buntu w kontrolowanej społeczności, niezależnie od stopnia zagrożenia dla niej ze strony prześladowców. Tak, stopniowo ów wysłannik-strażnik złagodził nieco lęk przed okrutnymi duchami, a w końcu stał się kimś w rodzaju ogólnoplanetarnego pasterza, który swoją obecnością i wiedzą ukazuje prostemu ludowi właściwą drogę, jak postępować, aby zbytnio nie rozgniewać olbrzymów w niebie.

Na całej tej planecie, bardzo w gruncie rzeczy podobnej do Ziemi, znajdowało się jedno takie miejsce, które wszyscy mieszkańcy znali i wspominali jedynie z pierwotnie zaprogramowanym, nabożnym respektem. Miejsce to nosiło nazwę Ahr-Kar i było wznoszącą się na prawie piętnaście tysięcy metrów wiecznie zieloną górą. Nikt z żyjących nie umiał wytłumaczyć jej koloru, zwłaszcza w wyższych partiach, gdzie powinien leżeć wieczny śnieg, a więc najprościej było powiedzieć, że jest to zjawisko przeciwne naturze, dlatego boskie. Mieszkańcy niezmiennie żyli w cieniu tej wypełnionej bogami góry, ciągle trwając w czasach kultury zbieracko-łowieckiej, skupieni w niewielkie quasi wiejsko-rodzinne społeczności, kontrolowane raz na dwie mijające pory roku przez tajemniczego starca o żółtych, drapieżnych oczach, nazywanego pośród niepiśmiennego ludu wysłannikiem enigmatycznych Lalkarzy.

W tamtych czasach, na tamtej planecie, nikt nie mierzył lat w więcej niż jednym cyklu zmian koła pór roku, nikt nie prowadził również archiwów, żeby spisywać historię poszczególnych osad, a i one same na przestrzeni dziesiątek, setek (chociaż może i tysięcy) cykli nie wykazywały tendencji do łączenia się w większe organizmy gminne, nie wspominając o miejskich, albo państwowych. Tamtejsza kultura zatem funkcjonowała w monoplemiennym, niezmienionym, sztucznie i celowo zatrzymanym kształcie, by realizować jeden, uznany przez Lalkarzy za najwłaściwszy cel, którym była hodowla prostych ludzi w zuniformizowanym społeczeństwie.

Wszystkie z niewielkich wiosek były rozlokowane na całym Północnym Kontynencie tak, żeby zachodziło minimalne prawdopodobieństwo, że ktoś z mieszkańców natrafi na tubylca z innej osady. Łączył je tylko ów starzec o kocich oczach, w niewytłumaczalny sposób przemierzający tysiące kilometrów między osadami na planecie bez nazwy dla zamieszkującego ją ludu, o obwodzie równikowym półtorakrotnie większym, niż ma inna, łudząco podobna w tej samej Galaktyce, położona w odległym o parę tysięcy lat świetlnych Ramieniu Oriona, a nazywana przez jej mieszkańców Ziemią.

Chociaż, żeby nazwać jakąś planetę, trzeba najpierw uświadomić sobie, że się na niej mieszka, a z tym był problem, bo ta wiedza była ściśle reglamentowana.

II.

Gdyby spojrzeć na szczyt Ahr-Kar izometrycznie z wysokości stratosfery, okazałoby się, że jest on najwyższą i zarazem centralną częścią rozległych gór tworzących łańcuch o długości w sumie ponad tysiąca kilometrów, rozwidlający się w dwie odnogi, jak ramiona wszechpotężnego i posępnego opiekuna, między którymi leżą rozległe łąki, lasy i ogromna rzeka wraz z mniejszymi dopływami. W tak zabezpieczonej z trzech stron enklawie przyszedł na świat, w domu zbudowanym z ogromnych, niezdarnie ociosanych kawałków grafitowych skał, wydartych siłą północnym zboczom. Od matki otrzymał imię Sydo, co oznaczało w lokalnym dialekcie zwinny jak wąż (jaszczurka), który nosił tę samą potoczną nazwę. Gad ten nie do końca przypominał znane z Ziemi beznogie zwierzę, ponieważ na głowie miał niewielkie rogi, a w tylnej części ciała uwstecznione resztki skocznych odnóży.

Ludzie opowiadali, że w najgłębszych lasach górskiego regionu Kar żyje jego pełnowymiarowa i śmiertelnie niebezpieczna dla człowieka wersja. Nikt jej jednak nigdy nie widział, bo wszyscy ci, co szli w domniemane miejsca, które zasiedlała, nie wracali. Miniaturka gada natomiast przebywała zwykle na rozległych polach ostrokrawędzistych głazów u stóp górskich szczytów, gdzie zakamuflowana, nieraz wiele dni wyczekiwała bez ruchu na mniejsze od siebie ofiary.

Sydo był zwinny jak ten gadopłaz i szybszy niż większość rówieśników z osady. Nigdy jednak nie powiedział żadnego słowa, dlatego nie nazywano go nadanym mu w domu imieniem, lecz przydomkiem – Bera – co oznaczało niemowa, dziwak, odszczepieniec. Jednocześnie, nikt nie zastanawiał się nad tym, dlaczego tak zwinne i sprawne dziecko nie wydaje żadnych artykułowanych dźwięków, jakby było to całkowicie normalne, że wśród ludzi zdarzają się niemowy lub odszczepieńcy, i nie należy naruszać porządku natury, dociekając, czemu tacy są. Ich istnienie było faktem, a skoro było namacalne, nie podlegało krytyce ani potępieniu, bo mieszkańcy osady akceptowali to, co jest z racjonalną i pierwotną oczywistością.

Było coś szalenie okrutnego i zarazem dojrzałego w tym sposobie zachowania się tamtych ludzi, lecz być może Sydo nie zgadzał się z ich decyzjami i nie chciał żyć wśród nich jako Bera. Nie chciał być przyporządkowany do miana „odszczepieniec”, chociaż w praktyce ten bezdusznie klasyfikujący przydomek, w żaden sposób nie wpływał na jego aktualne życie.

Sydo mieszkał w jednoizbowej drewnianej chacie z bali położonej trochę na uboczu wsi. Matka zajmowała się domem i przyległym do niego warzywniakiem. Człowiek, którego nazywał ojcem na ogół wychodził rano, a wracał dopiero przed zmrokiem, zmęczony jak zawsze polowaniem i karczowaniem sąsiadującego z wioską lasu. Bywało również tak, że czasami przychodził dopiero rano i spał wtedy do wieczora. Prawie nic nie mówił, ale dbał o dom, nie bił chłopca ani swojej kobiety, i bardziej istniał w świadomości Sydo jako element wystroju chaty niż ktoś, od kogo stający się mężczyzną podrostek, może się czegoś nauczyć. Matka była najpotrzebniejsza w życiu chłopca – dawała jeść, czasem krzyknęła, ale co najważniejsze, dużo mówiła do swojego syna, a on łaknął języka. Uwielbiał słuchać poszczególnych słów. Wydawało mu się wtedy, że słyszany głos tak wnikliwie rezonuje w jego uszach i całym ciele, że nie ma żadnej różnicy między słuchaniem dźwięków, a samodzielnym mówieniem. Kiedy matka mówiła, to tak, jakby on sam mówił.

To było zwykłe, wiosenne przedpołudnie. Sydo miał wtedy trzynaście lat, gdy matka po raz ostatni zawołała go do dusznej izby, nagrzanej gorącym powietrzem z paleniska, gdzie wisiał duży kocioł ze szczawiową zupą. W pomieszczeniu był jeszcze ktoś. Wysoki człowiek o białych włosach siedział przy ogniu i trzymał smukłe dłonie tuż nad iskrzącymi się jęzorami pomarańczowego żaru. Sydo nigdy nie widział takich rąk. Na jednym z palców przybysza znajdował się dziwny pierścień z wygrawerowanym znakiem, który przypominał zwiniętego we śnie gada ze skrzydłami, a pod ścianą obok stała oparta laska z osobliwym, kwadratowym ekranem, na którym od czasu do czasu wyświetlały się jakieś nieznane znaki. Pamiętał, że raz na cykl przychodził do ich domu obcy człowiek z laską, w podobnym ubraniu i błyszczącym naszyjniku, lecz ten był znacznie starszy i chudszy. Matka nie pozwoliła mu jednak zbyt długo gapić się na nieznajomego.

– Usiądź już i jedz! – wycedziła podniesionym głosem, stawiając przed chłopcem drewnianą miskę z zielonkawym płynem. Sydo spojrzał na nią badawczo i z jednoczesnym zaniepokojeniem zwrócił wzrok ku tajemniczej postaci. Mężczyzna przyjął jego spojrzenie, chociaż Sydo czuł, że jest dla niego w tym momencie prawie niewidoczny. Cały czas obserwował zdenerwowaną kobietę.

– Jedz wreszcie. – Matka trąciła go dłonią.

Chłopak jednak wciąż gapił się na świecący ekran wbudowany w kostur przybysza. Matka to w końcu zauważyła i jeszcze ostrzej skarciła syna:

 – Nie patrz tam, to magia! Można od niej oślepnąć. Nie dość, że nie gadasz, to chcesz jeszcze nie widzieć?!

– To nie magia! – wtrącił się gwałtownie starzec. – To zjawisko nazywa się wyświetlaniem obrazu na matrycy ferromagnetycznej, ale nawet gdybyście mieli zezwolenie na rozwój, to od tego momentu musiałoby upłynąć parę tysięcy cykli, zanim pojęlibyście, jak zbudowana jest ta laska. – Nazywam się Darion, chłopcze – dodał i lekko pochylił głowę.

Widać było po jego spiętych ustach, że się zdenerwował reakcją matki. Chciał coś jeszcze w tej sprawie dodać, ale siłą się powstrzymał. Spojrzał tylko na nią i parę razy głębiej odetchnął. Po chwili zaczął mówić już spokojnym głosem i zupełnie o czymś innym, co przywiodło go o tej porze roku do osady pod górą, do tego domu.

– Zakończmy wreszcie te formalności. Dostałaś sporo czasu na zastanowienie. Mam nadzieję, że zgadzasz się ze wszystkimi warunkami – zapytał kobietę, wpatrując się jednak przekornie w zaciekawioną twarz chłopca, który wciąż nie tknął zupy.

– Nawet gdybym się nie zgodziła i tak byś go zabrał. Ludzie w wiosce opowiadają ostatnio o tobie Darionie więcej niż zazwyczaj. Podobno istnieje jakaś granica, poza którą nie wolno nam, mieszkańcom tej wioski wychodzić, a ty ścigasz takich uciekinierów i odrąbujesz im głowy. Nie sądziłam jednak, że dasz mi magiczne nasiona za zgodę na podróż Sydo do tego miejsca. – Matka zabrała pełną miskę. Jej ręce lekko drżały, lecz żadne inne oznaki zdenerwowania nie pojawiły się na twarzy.

– Niech ci będzie, że są magiczne, i że to nasiona. Najważniejsze jest to, że przez najbliższe dziesięć lat nie musicie się martwić o jedzenie. Płytki możesz umieszczać w zimnej wodzie. Po zagrzaniu, powstanie z nich pożywna i smaczna zupa o smaku i zawartości uzależnionej od koloru „nasiona”. Jedna płytka starcza na około pięćdziesiąt posiłków w takim naczyniu, jakie wisi teraz nad paleniskiem. Tylko jej przypadkiem nie połknijcie.

– Co by się wtedy stało? – zapytała przestraszona.

– To inteligentne „nasiona” i nie reagują z wnętrznościami. Co najwyżej przez parę dni będziecie senni – odpowiedział rzeczowo Darion.

– Mówiłam, to magia – upierała się ciągle zdziwiona kobieta.

– Raczej molekularna technologia żywienia – zaśmiał się.

– Tak nazywasz to zaklęcie?

– Mam w mojej lasce zapisaną całą listę takich zaklęć w tak zwanej Podręcznej Encyklopedii Pierwszego Świata.

Kobieta otworzyła szeroko usta, ale z pewnością niewiele zrozumiała z ostatniego zdania. W końcu stwierdziła z przejęciem, wskazując kostur Dariona:

– Wiedziałam, że gdzieś musisz chować księgę czarów. Jest niewidzialna i schowana w tym kiju! – Była podekscytowana swoim odkryciem jak małe dziecko.

Darion przełknął parę razy ślinę i popatrzył na nią spode łba. Gdyby miał na nosie okulary, mógłby je w tej chwili lekko opuścić. Wyglądałby jak nauczyciel, który już nie może słuchać odpowiedzi swojego wiecznie nieprzygotowanego do lekcji ucznia.

– Wasi mieszkańcy są mądrzy, coraz mądrzejsi, lecz wciąż zbyt umagicznieni – odparł i rzucił na stół przezroczysty woreczek z czymś, co z zewnątrz wyglądało na drobne, wielobarwne kawałki metalu.

– Nie da się zatrzymać rozwoju życia – oznajmił. – Można co najwyżej zmienić jego formę, zahamować na jakiś czas jego wzrost, nic więcej. Jesteś szczęśliwa, bo nie rozumiesz o czym mówię, ale szczęście nie jest celem życia, jest nim samo życie – dodał jeszcze, po czym lekko kulejąc podszedł do chłopca i zbliżył rękę do jego głowy, ten jednak szybko się odsunął.

Nie zniechęciło to jednak starca, który, mimo chwilowej porażki w kontakcie z chłopcem, z lekkim uśmiechem odszedł w stronę paleniska, gdzie stał do tej pory i ze spokojem powrócił do grzania sobie rąk nad ogniem. Stał teraz bokiem do matki i chłopca, którzy jeszcze przez chwilę się przekomarzali w sprawie niezjedzonej zupy, każdy na swój własny sposób – matka słownie, a Sydo nerwowymi gestami i zwierzęcym sykiem, wydobywającym się z szeroko otwartych ust. Kiedy wreszcie ucichli, uświadamiając sobie być może, że jednak mają gościa, Darion wykonał dwa ostrożne kroki w ich kierunku, jednocześnie zmierzając powoli do wyjścia.

– Zawsze umiesz się z nim porozumieć w taki sposób? – zapytał, po czym wziął z oparcia krzesła szary, błyszczący płaszcz i zaczął go niespiesznie ubierać.

– Jak mi nie pokaże, to nie wiem, o co mu chodzi, a jak mam go skarcić, to po prostu krzyczę – odpowiedziała na odczepnego. Poczuła się trochę zdezorientowana tą nagłą zmianą tematu i szybko jeszcze odrzekła. – Staram się, ale ci, którzy nie mówią są inni. Tu w dolinie było paru takich. Byli, a pewnego dnia każdy z nich albo odchodził, albo pewnie umierał z głodu. Kiedyś to takim, za karę, że nie mówią, zaszywano usta i pędzono poza granice doliny. Teraz jest inaczej. Żyją wśród nas, a jeśli tacy się urodzili, to trzeba im pozwolić na to, o czym decydują tylko bogowie. Przydają się poza tym na coś, bo umieją pracować ciężej niż reszta.

Darion słuchał kobiety, ale równocześnie nie zwracał w pełni uwagi na jej słowa. Podszedł do Sydo i niemal przygwoździł go wzrokiem do krawędzi drewnianej ławy, która stała na środku izby.

– Pożegnaj się z matką – powiedział spokojnym głosem.

Sydo otworzył usta i oblizał suche wargi, po czym rzucił na kobietę zimny wzrok i wybiegł przed dom, spoglądając, czy nie idzie za nim Darion.

On jednak zamknął za nim drzwi do chaty. Matka chłopca podeszła do niego i delikatnie pogładziła go po pokrytym siwym zarostem policzku.

– Nie było cię rok, a postarzałeś się o ponad trzydzieści cykli – stwierdziła z troską.

– Na tej służbie już tak jest, albo jest się młodym, albo starym. Nie ma nic pomiędzy – odpowiedział i zatrzymał swoją ręką jej dłoń przy swojej twarzy.

– Musisz go zabierać? – zapytała spokojnie.

– Znasz zasady. Poza tym chcę, żeby w tych najważniejszych w jego życiu chwilach był z ojcem.

– Powiesz mu?

– Jeszcze nie zdecydowałem. Byłem pewien, że skoro jest mój, zostanie wyłączony ze zbioru kandydatów, jednak stało się inaczej. Zrobiliśmy coś zakazanego, a jednak go dopuścili i wybrali, zupełnie jakby postąpili tak specjalnie.

– To ty uważasz, że to zakazane, ja nie! – żachnęła się, ale nie zareagował. – Zobaczę was jeszcze? – dodała po chwili.

– Najwcześniej za pięć cykli, i tylko jego. Ja już wtedy dawno nie będę żył. Przyjdzie do wioski w mojej roli, w todze, naszyjniku i z „magicznym” kosturem. Będzie wracał co jedną zmianę pór roku, aż do podobnego momentu, w którym jesteśmy teraz.

Kobieta chciała mu w pewnym momencie przerwać, nawet odsunęła się od niego na bezpieczną, neutralną dla słownego ataku odległość, ale swoim wyrazem twarzy i uniesieniem ręki nie pozwolił jej na wtrącenie się. Podszedł tylko do niej i objął szczelnie wyschniętymi ramionami. Nie wyrywała się, tylko położyła mu łagodnie głowę na barku.

– Od parunastu cykli wracam do twojego domu, Taiso, zawsze wtedy, kiedy Ira wyrusza pracować pod daleki las. Zanim jeszcze od ciebie wyjdę, już tęsknię, i żałuję, że będę musiał się z tobą zaraz rozstać. Dobrze, że sobie znalazłaś silnego mężczyznę, przynajmniej nie byłaś sama z dzieckiem, a i możesz mieć jeszcze wasze wspólne – powiedział ściszonym głosem, muskając ustami jej opadające na ramiona włosy. – Przychodzę tu zawsze najpierw, przed spotkaniem ze Starszym wioski. – Ścisnął ją mocniej ramionami. – Będziecie mieli teraz parę cykli spokoju od wizyt kogokolwiek w służbie Lalkarzy. Niech twój Ira o ciebie dba, Taiso.

Jeszcze przez chwilę ją ściskał, a na koniec pocałował w krótkie, szarobrązowe włosy. W jego oczach nie było smutku, ale dziwaczna radość, że to wszystko nareszcie się kończy. Odsunął Taisę od siebie na odległość ramion, jakby odstawiał pusty kubek z powrotem na stół, nachylił głowę w sztywnym geście pożegnania i po prostu wyszedł. Na zewnątrz czekał na niego zniecierpliwiony Sydo i nerwowo bawił się rzecznymi otoczakami.

III.

Mglisty wieczór przyniósł w dolinę chłód z pobliskich gór. Jeszcze przed tym, jak zaczął wdzierać się do każdej z chat, Sydo wraz z Darionem opuścili to miejsce. W chowającym się za wielkim księżycem tuż nad horyzontem słońcu, widać było dwie postacie na tle doliny, przypominającej głęboką wyrwę w ziemi, między wysokimi wzniesieniami, z których schodziła ku pastwiskom i ogromnym lasom wilgotna mgła. Starzy mieszkańcy twierdzili, że schodzą w niej również umarli, przemieszczając się pod jej osłoną, by obserwować i dręczyć niepokornych żywych.

Dolina była otoczona z trzech stron górami. Od północy wypiętrzenia były mniejsze, biegła tam również wąska kamienna droga – tylko nią można było wyjść z doliny. Przekazywana ustnie legenda mówiła, że wzniesienia otaczające to miejsce noszą nazwę Kar. Wiele tysięcy lat przed powstaniem osady, żył w tym miejscu olbrzym, a teren na przestrzeni tysięcy kilometrów kwadratowych był zupełnie płaski. Jedni twierdzą, że olbrzym był bezimienny, inni nie mogą wymienić jego imienia, ponieważ jest tak długie. Nie wiadomo, skąd przybył i kto go stworzył. Był odwieczny i miał wiele milionów cykli. Minęło ich tyle, że sam nie mógł zliczyć, jak długo już żyje i co najważniejsze, kiedy nadejdzie kres jego istnienia. W końcu zaczęło mu się wydawać, że jest nieśmiertelny. Pogrążony w swojej samotności, rozważał coraz to nowe aspekty swojego nieskończonego życia. Bezczynność i ułuda nieśmiertelności zwiodły go tak bardzo. Przestał liczyć mijający czas, pewny istnienia poza nim. Żył sam w bezdennej teraźniejszości kolejne setki lat, aż pewnej zimy utracił nagle wszystkie siły. Zrozumiał, że nie jest już nieśmiertelny, a jego życie brutalnie dobiega końca. Rozpacz olbrzyma była tak wielka, że przemieniła się w szaleństwo. Znienawidził siebie za utracony na ślepych rozważaniach czas, znienawidził cały świat, którego nie zrozumiał, mimo że tysiące lat spędził na rozmyślaniu o nim. Tuż przed śmiercią, ostatkiem sił uniósł się na swoich wielkich nogach i w szale zaczął odgryzać sobie palce u rąk i nóg. Ciskał je na wszystkie strony, a każdy z nich był tak ciężki, że kiedy upadał, wbijał się w kamienną ziemię na wiele kilometrów, rozbijając przy tym tysiące skał. Olbrzym nie zdołał wyrwać sobie jednak ich wszystkich. Jeden został i tak powstał wąski przesmyk, którym można dzisiaj wydostać się z doliny. Tuż po tym, kiedy serce olbrzyma znieruchomiało, wbite w ziemię palce skamieniały, tworząc góry Kar, a jego spoczywające między nimi ciało pokryło się bujną roślinnością, podczas gdy wszystko dookoła spowił śnieg. Tam, gdzie upadła głowa olbrzyma wznosi się teraz ponoć najwyższy szczyt Ahr-Kar, którego wieczna zieleń ostrzega wszystkich, że olbrzym kiedyś znów powróci, by wreszcie zrozumieć czym jest ów Czas.

Coraz mniej widoczne w zapadającym zmroku dwie postacie, opuszczały to dziwne miejsce, gdzie urodził się Sydo. Przesmyk prowadził ich w górę, wraz z każdym metrem zmieniało się również powietrze. Było teraz mdłe, wilgotne i nienaturalnie ciepłe. Sydo szedł posłusznie za swoim przewodnikiem. Wydawało się, że na jego twarzy pojawiał się chwilami grymas uśmiechu, albo zakamuflowanej złości. Darion maszerował przodem, kręcąc głową na wszystkie strony i szukając miejsca na nocleg. Wąski trakt stopniowo zmienił się w dość szeroką, kamienną drogę. Po obu stronach znajdowały się usypiska skał i liczne wnęki w zboczach. Starzec wybrał jedno z nich.

– Tu przeczekamy noc. – Sydo usłyszał z daleka jego głos.

Wieczór również wydawał się chłopcu osobliwie ciepły, mimo że znajdowali się już kilkaset metrów nad poziomem wioski. Miejsce do spania przygotowali sobie w jednym ze skalnych zagłębień. Było dość ciasne, wilgotne i w ogóle niezbyt wygodne, byli jednak tak zmęczeni, że momentalnie zasnęli.

Chłopiec obudził się pierwszy. Wydawało mu się, że jeszcze śni, a w tych snach widzi istotę zrobioną z samego ognia, lecz przenikliwy chłód poranka szybko wyprowadził go z sennego amoku. Słońce było jakieś dwie godziny nad wschodnim horyzontem tuż obok wielkiego, zielono-brunatnego księżyca. Ze skalnych półek skapywały powoli wąskie strugi ciemnobrunatnego, rozwodnionego błota. Przez chwilę popatrzył na przedziwną twarz Dariona. Starzec wyglądał tak, jakby jego usta dawno już nie miały w sobie jakiejkolwiek krwi, a policzki żadnego ciepła. Darion spał, ale jego twarzą poruszały nerwowe grymasy. Sydo, przestraszony nagłymi spazmami swojego nowego opiekuna, pomyślał, że oto nadarza się znakomita okazja do zdezerterowania z tej wątpliwie ciekawej przygody, jaką zgotowali mu dorośli. Zabrał więc szybko swój mały pakunek, w którym matka schowała na drogę trochę pieczonego mięsa, i nie oglądając się na śpiącego starca, wyszedł spod skalnego stropu.

Światło słońca nie było zbyt mocne. Stał teraz na szerokim, kamienistym trakcie. Przed nim znajdowało się rumowisko starych bloków skalnych, a jeszcze dalej, kilkusetmetrowa, zamglona niskimi cumulonimbusami przepaść. Nie patrzył w stronę, skąd przyszli wczoraj. Tamto życie przestało dla niego istnieć. Nie miał gdzie uciec, ani gdzie wrócić. Bardziej interesowała go stromo wijąca się kamienista ścieżka, którą podążał Darion – teraz jedyna racjonalna alternatywa w jego życiu. Na horyzoncie nie widział żadnego zakrętu drogi. Trakt wspinał się stromo ku zielonkawym, bezśnieżnym szczytom. To wszystko było tak dziwne i jednocześnie podniecające dla chłopca, który dopiero zaczyna czuć się mężczyzną, że zapatrzony na ten fantastyczny świat Sydo nie zwrócił uwagi, że ktoś wyjątkowo cicho jak na swój wiek, zakradł się tuż za jego plecy.

– Widzę, że jednak nie całkiem przemyślałeś swoją ucieczkę, skoro stoisz tu jeszcze i patrzysz na cel naszej podróży? – powiedział Darion tubalnym głosem. Zbliżył się do Syda na odległość łokcia i położył mu ciężkie dłonie na ramionach.

Chłopiec momentalnie zrobił się sztywny ze strachu i opuścił trzymany w ręce tobołek.

– Teraz pewnie sobie myślisz „jaki ten staruch sprytny”, albo „szkoda, że go nie zabiłem, kiedy spał”. Wiem, że nie możesz odpowiedzieć. Odwróć się! – rozkazał Darion.

Po dłuższej chwili i bardzo powoli, chłopiec wykonał polecenie. Nie patrzył na starca, tylko gapił się na kamieniste podłoże ścieżki. Czuł się winny, złapany na gorącym uczynku i wyczekiwał na karę – tak był wytresowany.

Darion skorzystał z tego, że Sydo nie ma odwagi na niego spojrzeć i zdjął z szyi niewielki przedmiot zawieszony na rzemiennym pasku.

– Jeśli spodziewasz się bogatej ceremonii inicjacyjnej, to się mylisz. Odkąd zostałeś mi oddany pod opiekę, wybór tego momentu należy wyłącznie do mnie. A teraz przestań się wreszcie gapić na swoje buty i popatrz na mnie.

Sydo nieśmiało spojrzał na Dariona, a ten szybkim i niezwykle sprawnym jak na starca ruchem, włożył mu na szyję medalion.

– Dziecko z doliny, Sydo, już nie istnieje. Nazywasz się Ferun i pod takim imieniem umrzesz, no chyba że coś strzeli ci do głowy i je zmienisz – powiedział do chłopca cichym, ale wesołym tonem. – Powiedz je na głos! – dodał nagłym, rodzącym się gdzieś w głębi wątłego ciała, szaleńczym krzykiem, a echo jego głosu rozniosło się wokół i niezliczoną ilość razy odbiło od okolicznych szczytów.

– Ferun! – odpowiedział bez zastanowienia chłopiec i chwycił się dłońmi za usta. Był jednocześnie przerażony, zdziwiony i szczęśliwy.

Twarz Dariona na moment rozjaśniła się szerokim uśmiechem i wyraźnie odmłodniała do tego stopnia, że przypominała kilkuletnie dziecko, by po chwili znowu sposępnieć.

IV.

Siedzieli naprzeciwko siebie na dwóch twardych pryczach. Darion udawał, że czegoś szuka w swojej przepastnej torbie, a nieco zdenerwowany Ferun wnikliwie obserwował każdy jego ruch. Widać było, że starzec nie ma ochoty na rozmowę, a pytań w głowie chłopca były całe miriady. W końcu Ferun nie wytrzymał i postanowił nieco pozaczepiać Dariona.

– A co się stanie, kiedy go przepadkiem zgubię? – zapytał z wyraźnie udawanym przestrachem w oczach.

– To niemożliwe. Taki przypadek się nie zdarzy – odpowiedział pewnie Darion, obrzucając chłopca niezbyt łaskawym spojrzeniem.

– Dlaczego?

– Ciągle pytasz o wszystko.

– Jestem tylko ciekawy.

– Niekontrolowana ciekawość prowadzi niekiedy w ślepy zaułek.

– Długo milczałem, chcę po prostu wiedzieć.

– A więc teraz, skoro już umiesz wydawać dźwięki, musisz nauczyć się, że czasem powinieneś trochę pomilczeć.

 – Chętnie pomilczę, jeśli mi powiesz, czemu to niemożliwe, żebym zgubił Przekaźnik? – Ferun nie ustępował.

– Uparty jesteś. Może ta cecha kiedyś ci się przyda, ale nie w kontakcie ze mną – odrzekł spokojnie Darion, wyjmując z torby pustą rękę. – Jeśli masz mnie męczyć o to całą noc, to ci powiem – dodał z przekąsem. – Dlatego jest niemożliwe, żebyś zgubił Przekaźnik, ponieważ on ci na to nie pozwoli. Są tylko trzy przypadki, w których możecie się rozdzielić. Pierwszy to ten, kiedy samodzielnie, a więc na mocy decyzji własnej woli odrzucasz go – chcesz się uwolnić. W praktyce to niemożliwe (musiałbyś posiadać siłę Lalkarza, żeby tego dokonać), zresztą wkrótce sam się o tym przekonasz. Przekaźnik (Ahr-Kar) wybierze dla ciebie odpowiednią ścieżkę i na zawsze złączy ze sobą twoje jestestwo, aż do nadejścia Okresu Następcy.

Druga możliwość jest równie nieprawdopodobna, co i pierwsza. Wasze rozdzielenie musiałoby nastąpić na mocy decyzji Przekaźnika, co również ściśle łączy się z twoim zachowaniem. Gdybyś jakimś niewyobrażalnym sposobem doprowadził do zerwania waszej relacji, lub na przykład uszkodzenia amuletu, który nosisz cały czas na szyi, istnieje prawdopodobieństwo, że on sam, żeby ocalić chociaż część siebie, niejako awaryjnie, zerwałby wszelką relację z tobą. Nigdy taka sytuacja nie miała miejsca, ale wierz mi, jej konsekwencje (oczywiście nie mówię tu wyłącznie o tobie i tym świecie), byłyby straszliwe i nieodwracalne.

I wreszcie trzecia możliwość rozdzielenia, która jest nieunikniona i wiąże się z cykliczną podróżą Lalkarzy. Przekaźnik został ci oddany chwilowo, chociaż czas tej chwili wydaje się podobny wieczności. Jesteś teraz Strażnikiem Ich bezkresnego ogrodu, doglądasz tylko jednej planetarnej jego części, a jest ich niezliczona ilość ponad niebem, na które z taką ciekawością spoglądamy, chcąc widzieć w nim bogów. Kiedy wrócą, oddasz im Przekaźnik i umrzesz. A teraz idź spać.

Po tym przydługim wykładzie Dariona zapadła niewygodna cisza. Po chwili odezwał się jednak Ferun, a jego głośny, tubalny głos szesnastolatka odbił się złośliwym echem od kamiennych ścian podziemnego pokoju, w którym nocowali:

– To niesprawiedliwe!

Darion parę razy chrząknął, coś zamruczał, po czym wyraźnie zniecierpliwiony zapytał skwaszonym tonem:

– Co jest znowu niesprawiedliwe?

– To, że muszę umrzeć, kiedy go oddam, i to, że w ogóle muszę go oddać!

– A czy jest sprawiedliwe, że będziesz żył dłużej, niż ci wszyscy, którzy mieszkają na tej planecie?

Na to Ferun nie znalazł żadnej błyskotliwej odpowiedzi, mimo to Darion zareagował na jego nagłe zamilknięcie, obawiając się, że oto właśnie kiełkuje w myślach Feruna jakiś chytry i niebezpieczny plan:

– Niech ci lepiej nie przychodzą do głowy żadne głupoty. Nie możesz się go pozbyć i musisz go oddać! – odparł zdecydowanie.

Ferun wciąż się nie odzywał. Czuć było, że o czymś intensywnie rozmyśla. W końcu zdawkowo i z wyraźnym przymusem odpowiedział:

– Rozumiem i dziękuję, nauczycielu.

Tym razem Darion nabrał nieoczekiwanej ochoty to rozmowy, wyczuwając, że chłopak czegoś mu nie chce powiedzieć. Ściemnił mętne światło padające ze szczytu swojego kostura i położył się na pryczy. Nie przestał jednak mówić. W mroku łatwiej było zadawać niektóre pytania.

– Nie jestem twoim nauczycielem. Lepiej powiedz mi, co cię dręczy – wyszeptał łagodnie.

– Nic mnie nie dręczy – odrzekł Ferun. – Zastanawiam się tylko, czy można ukryć jeden świat w drugim, i to tak, żeby nie miały one o sobie pojęcia, a jednak tylko jeden z nich bez drugiego nie mógł funkcjonować?

Darion nie odpowiedział od razu, jakby to pytanie całkowicie go zaskoczyło.

– Można? – ponaglił go Ferun.

– Jeden z nich ma być uzależniony od drugiego, a jeden zupełnie autonomiczny? – dopytał Starzec.

– Tak.

– Sądzę, że tylko Lalkarze to potrafią.

Teraz z kolei Ferun zaczął intensywnie myśleć i coś mamrotać pod nosem. Odezwał się dopiero po dobrej chwili, kiedy Darion zaczął już zasypiać:

– A dzieci Lalkarzy?

Gdzieś w ciemności rozległ się szelest gwałtownego przekręcania się na posłaniu. Darion obrócił się w kierunku niewidocznego Feruna, jakby doskonale go widział.

– Nie spotkałem jeszcze dziecka Lalkarzy, które by to umiało – rzucił w ciemność.

– A więc potwierdzasz, że Lalkarze mogą mieć dzieci?

– Niczego nie potwierdzam, ani niczemu nie zaprzeczam. Możesz już zacząć spać, czy będziemy tak gadać do rana?

– Przepraszam, nauczycielu. Postaram się zasnąć.

Darion po raz kolejny został zmuszony do głośnego westchnięcia.

– Nie jestem nauczycielem! Tylko się tobą opiekuję do czasu, kiedy Przekaźnik uzyska pełną kontrolę. On będzie twoim prawdziwym i jedynym nauczycielem, odpowie też na każde pytanie.

– Niech ci będzie, mistrzu. Póki co ten Ahr-Kar jest dla mnie jedynie ciężkim wisiorem na szyi. Poza tym nie interesują mnie odpowiedzi bez konkretnych rozwiązań problemów – odparł zaczepnie Ferun.

– Śpij w końcu! Wstajemy wraz ze świtem zwiedzać dolinę po drugiej stronie góry – odpowiedział zmęczonym głosem Darion, chwytając swoją laskę, i gasząc całkiem wydostające się z jej czubka światło. Później, już w całkowitej ciemności, słychać było tylko przekręcanie się jego ciała na posłaniu i ciężki, świszczący oddech.

V.

– Mówiłeś mi parę lat temu, że nie będzie żadnych obrzędów inicjacyjnych. – odburknął Ferun niezadowolonym głosem.

Gdzieś z końca ogromnej hali rozświetlonej setkami niewielkich świateł odpowiedział mu znajomy głos:

– Będzie tak, jak mówiłem. Ciągle za szybko wyciągasz wnioski.

Zanim jeszcze do końca nie wybrzmiały ostatnie słowa, Darion wynurzył się z nieoświetlonego kąta sali jak duch z półcienia obcego świata, i stanął obok Feruna. Niedaleko przed nimi coś trzasnęło, a z błyszczącej posadzki wysunęła się niewielka kolumna z umieszczonym na cokole granatowym sześcianem. Wraz z nią wyjechały w górę, także na podobnych wspornikach, figury potwornie brzydkich istot, otaczając ją z czterech stron. Stworzenia te przypominały skrzyżowanie utopca i chimery z gargulcem, miały też podobny kolor, co strzeżony przez nie sześcian.

– Weź go! – powiedział zduszonym tonem Darion.

– Najpierw wytłumacz mi, o co tu chodzi? – zaprotestował Ferun i odsunął się o parę kroków od sześcianu.

– Zdejmij go z kolumny. Nie upieraj się, nie mam już siły się z tobą kłócić.

– Będziesz musiał. Jestem uparty jak mój ojciec.

– Jak twój ojciec… – wymówił prawie szeptem Darion. Usiadł ciężko na kamiennej posadzce komnaty i położył swoją laskę na kolanach. Przez chwilę milczał, podpierając głowę ręką, jakby chciało mu się bardzo spać.

– Jak twój ojciec… – powtórzył, spoglądając przenikliwie na Feruna. – Jesteś już dorosły i wciąż bardzo młody. Długo podróżujesz ze mną, odkąd zabrałem cię od matki. Przebyliśmy razem prawie wszystkie osady na tej planecie, co równa się wielu obwodom jej równika, dzięki możliwościom tego urządzenia, które kiedyś wydawało ci się „magiczne” – tu wskazał swoją laskę. – Przekazałem ci prawie całą moją wiedzę począwszy od elementów przetrwania w niebezpiecznych środowiskach, a skończywszy na budowie układu dwóch księżyców, w którym się znajdujemy. Masz zatem w głowie wszelkie dostępne środki, by w końcu się domyślić, że w tej komnacie musi skończyć się nasza podróż. Weź sześcian i przekręć jego górną część. Usłyszysz go wtedy. Przecież na to czekasz! Chcesz zrozumieć swoje miejsce?

Ferun na chwilę otrzeźwiał z wcześniejszej złości i obejrzał się w stronę pobłyskującego granatowymi refleksami przedmiotu, o którym mówił Darion. Jego uwagę bardziej jednak przykuły cztery strzegące go figury.

– Nie znam tych zwierząt – powiedział, zbliżając się na odległość dłoni do jednego z nich.

– To nie zwierzęta, tylko modularne, syntetyczne istoty, zrobione w celu ochrony tego, co nosisz na szyi. Jeśli kiedykolwiek Przekaźnik znajdzie się w stanie tak dużego zagrożenia, że mogłoby ono skończyć się jego zniszczeniem, pomogą mu przetransportować się w któreś z tak zwanych „awaryjnych miejsc przetrwania”.

– A więc mnie zabiją i zabiorą Ahr-Kar?

– Nie, one nie są zaprojektowane do zabijania, tylko do ucieczki.

– Syntetyczne istoty… – Ferun zawiesił z zastanowieniem głos.

– Syntetyczne, czyli powołane do życia nie na drodze biologicznego rozmnażania. O tym jeszcze nie rozmawialiśmy. Życie może powstawać na wiele sposobów. Naturalnie, jak my, zwierzęta, lasy, lub w laboratorium, czyli takim warsztacie, gdzie z wcześniej zrobionych elementów składa się projekt organizmu, ożywionej energetycznym ruchem lalki – robota, lub cokolwiek innego, co raz włączone, będzie istniało niezależnie od swojego Poruszyciela. Dość już pytań, pospiesz się. Jestem bardzo słaby. – Głos Dariona chwilami zamierał, rzęził, albo przerywał go atak suchego kaszlu.

Ferun w końcu odważył się sięgnąć po tajemniczy sześcian. Ostrożnie chwycił go obiema dłońmi, i mocno napinając ramiona, spróbował podnieść. Zdziwił się, że tak łatwo oderwał kwadratowy przedmiot od cokołu kolumny. Sześcian był niesamowicie lekki, zimny i twardy, nigdzie jednak nie było na nim widać żadnego łączenia.

– Chwyć jedną ręką podstawę, a drugą spróbuj przekręcić górę klucza o pełny obrót. – wydyszał Darion i położył się na posadzce komnaty.

Ferun wykonał dokładnie polecenie. Faktycznie, już po lekkim nacisku w sześcianie coś zadrżało, a mniej więcej w połowie ujawniła się na jego powierzchni świetlista linia i stopniowo rozszerzyła siatką kanciastych połączeń na całą górną część przedmiotu. Dalszy nacisk dłoni Feruna spowodował kolejne drgnięcie oraz swobodny i już całkiem samodzielny obrót górnej połowy sześcianu, zgodnie z oczekiwaniem Dariona. Po wykonaniu tej czynności, świetliste linie na powierzchni klucza zgasły, znikł również ślad po jakimkolwiek podziale na części całego klucza.

– Dobrze. Teraz odstaw go na miejsce. Szybciej, chcę ci jeszcze coś powiedzieć! – niecierpliwił się Darion.

Ferun nie rozumiał do końca, o co chodzi z tym pośpiechem. Przeczuwał gdzieś w głębi swojego rozdętego myślami umysłu, że nie powinien wchodzić do tego miejsca, że powinien jak najszybciej zabrać stąd nauczyciela. Czuł, że otacza go obca moc. Nie umiał zdefiniować czy jest groźna, czy może tylko obojętna, na pewno nie była dobra.

Po odłożeniu sześcianu na miejsce, kolumna również lekko zadrżała, poza tym nic się więcej nie stało, podszedł więc do Dariona i uklęknął przy jego boku. Starzec był słaby i siny na twarzy. Przewracał tylko co jakiś czas oczami, ale wydawało się, że patrzy w sufit i zupełnie nie dostrzega otoczenia. W rzeczywistości widział tylko bezkształtną ciemność. Dopiero, kiedy Ferun wziął go za rękę, rozpoznał, że ktoś jest obok niego. Ostatkiem sił otworzył usta i wyrzucił z siebie zdanie, które latami planował wypowiedzieć:

– Jest jeszcze coś. Planuję ci to powiedzieć od wielu lat. Jestem… – głos Dariona zatrzymał się gdzieś daleko. Reszta słów przypominała już tylko świst nieuformowanego w dźwięki powietrza. Starzec leżał nieruchomo z otwartymi oczami, jedną ręką ściskając kurczowo swoją laskę, a drugą, zbielałą od braku krwi dłoń Feruna. Na kolorowym ekranie kostura pojawił się dziwny napis: „rekonfiguracja czynności dla nowego depozytariusza”, po chwili znikł, a w jego miejsce pojawiła się gładka, czerwona poświata.

– …twoim ojcem – dokończył czyjś obcy i energiczny głos. – Nie domyśliłeś się? Ciągle brakowało mu odwagi, ciągle szukał wymówek, żeby odwlec w czasie powiedzenie ci prawdy, aż wreszcie w kluczowym momencie nie zdążył.

Zszokowany Ferun, wciąż nie wstając z klęczek obok ciała Dariona, obrócił się w stronę, skąd dobiegał głos. Na cokole, gdzie wcześniej spoczywał sześcian, migotała teraz świetlistym blaskiem humanoidalna postać bez twarzy.

– Nie jesteś już tym prostym, kalekim chłopcem z doliny. – Postać mówiła dalej i płynnie gestykulowała. – Jesteś teraz tym, kim był twój ojciec, który leży za tobą. Jego dar, znój, rola, obowiązek, poświęcenie, heroizm, jak wolisz nazywać to, co go spotkało, są teraz twoje. Przekręcając sześcian-klucz, zakończyłeś definitywnie resztki jego połączenia z Przekaźnikiem, co spowodowało oczywiście szybką i bezbolesną śmierć. Rozpocząłeś też nowy rozdział w historii tej planety. Weź twój kostur. Wydaje mi się, że zaktualizowana konfiguracja już się przesłała.

Ferun, ciągle nie mogąc się pozbierać z klęczek, wymamrotał cicho pod nosem:

– A więc zabiłem mojego ojca?

– Nie przesadzaj z powagą swojej roli w jego śmierci, chociaż z drugiej strony, syn musi w końcu zabić ojca, żeby mógł być samodzielny i niezależny od jego wpływu. On chciał umrzeć. Tak długie życie męczy, sam się o tym przekonasz. A swoją drogą, to zadziwiająco spokojnie przyjąłeś wiadomość o tym, że cię spłodził, zważywszy na obecną w tobie zapalczywość. Całą resztę potrzebnych informacji przekaże ci medalion. Do zobaczenia, Ferunie z doliny Ahr-Kar, Pierwszy Nosicielu.

– Nie odchodź. Nie zostawiaj mnie! Nie jestem pierwszy! – wykrzyknął, gdy udało mu się nareszcie wstać. W komnacie nie było już nikogo poza nim, ciałem Dariona i nieruchomymi figurami dziwnych stworów.

Wtedy to po raz pierwszy odczuł ten niemożliwy do uniesienia ciężar na szyi, podniecenie i jednoczesną nienawiść do przedmiotu, który spoczywa mu na piersi. Wszystka krew w jego żyłach zamieniła się w piekący od środka ogień, który wydostał się milionami porów skóry na zewnątrz i zajął całą komnatę. Ogień był tak silny, że płonęły nawet masywne kamienie potwornych figur, a żar obejmował je w posiadanie, jak zbutwiałe żagwie w świeżo rozpalonym ognisku. Ferun krzyczał z bólu, ale wciąż żył, wybuchał kolejnymi jęzorami ognia i nie mógł spłonąć. Widział roztapiające się kości Dariona, bulgoczące płynne kryształy z jego naszyjnika i leżącą obok laskę, cudownie nietkniętą przez niszczycielski żar.

W taki sposób Nosiciel z Doliny Ahr-Kar wykonał swój pierwszy, niewprawny krok na „drodze ognia”.

Dodaj komentarz