Pająk, klepsydra i sikanie do słoika

Co ma wspólnego pająk krzyżak z pisaniem? Obiektywnie nic. Dla mnie jednak bardzo wiele, bo ta dziecięca fascynacja jego ciałem, metodą polowania i kształtem pajęczyny często wraca w konstrukcjach moich tekstów. Od małego dziecka fascynowało mnie to zwierzę. Zdarzało mi się karmić pająki, nie tylko krzyżaki. Ważne było, żeby nie do końca zabić wsadzaną do pajęczyny ofiarę. Dla trupa w sieci pająk nie kiwnął nawet jednym odnóżem. Ofiara musiała się szamotać i wywoływać drgania lepkich nitek. Dopiero wtedy drapieżca ją dopadał i wstrzykiwał trawienne soki do ciała, a później wypijał zawartość niczym koktajl proteinowy. Do dzisiaj uważam, że krzyżak jest jednym z najpiękniejszych pośród wszystkich żyjących stworzeń. Może dlatego lubię porównywać pisanie do budowania sieci. Pająk porusza się tylko po wybranych niciach, żeby samemu się w nie nie złapać. Autor tka również coś w rodzaju sieci, tyle że celem, jaki mu przyświeca jest, no może nie bezpośrednio, napełnienie brzucha, a sprzedaż jak największej liczby egzemplarzy książki. Redukcyjnie interpretując to porównanie, mój cel nie różni się zbytnio od celu pająka krzyżaka.

Skoro tak, to w pisaniu nie ma żadnej misji, górnolotnego dążenia, albo ręki jakiegoś Boga w trójcy jedynego, albo podzielnego przez sześć. Jeśli ktoś w swojej refleksji o pisaniu tak później twierdzi, to najzwyczajniej dorobił ideologię do uporczywej aktywności swojego mózgu, polegającej na w miarę sensownym łączeniu słów w dłuższe i koherentne historie. No chyba że wróci PRL, albo inny totalny ustrój, to wtedy ponownie nabierze sensu tworzenie w podziemiu. Nasza wschodnia demokracja wciąż jednak jest nią do czasu aż wielki but zmiażdży podeszwą twarz każdego z obywateli, co wedle fluktuacji procesów historycznych i senekowskiej teorii wiecznych powrotów, zdaje się nieuniknione. Póki co więc korzystam. Chcę napisać jak najwięcej, nim to wszystko zniknie.

To, że w regularnym masowaniu klawiatury komputera nie dostrzegam żadnej misyjności, nie wyklucza natomiast tego, że może być w nim zawarta krytyka otoczenia i faktów się na nie składających. Przecież satyra w pewnym sensie wykorzystuje metaforę jako narzędzie maskujące. Może dlatego tak lubię pisać o wolności, posługując się motywami ze świata science fiction. To ciekawa maska, która dobrze ukrywa prozaiczny świat i relacje w nim zachodzące, które osobiście tym bardziej mam gdzieś, im więcej lat mam na liczniku.

Nie piję hektolitrów kawy, żeby coś napisać (w ogóle nie piję kawy). Alkohol to co innego, chociaż gdy wypiję go zbyt dużo, to zamiast pisać, wolę iść spać. Nie siedzę po nocy, nie szukam usilnie weny za pomocą magicznych amuletów i innych relaksujących podświadomość sposobów, bo ona cały czas jest. Siadam po prostu przed monitorem i piszę, wtedy, gdy otwieram edytor tekstu, niezależnie od pory dnia, nastroju, temperatury na zewnątrz, albo innych biometeorologicznych czynników. W mojej głowie funkcjonuje niezależny świat. Nie muszę go szukać, bo mam go cały czas przy sobie. Tylko od planu dnia, fizycznej siły i aktualnego kaprysu zależy, ile zdołam napisać. Zwykle jednak wychodzi tak, że udaje się przynajmniej strona dziennie. Jeśli w danym dniu akurat się nie udało, to w kolejnym trzeba uzupełnić ten brak, a więc zamiast jednej strony napisać dwie, a czasem też może trzy i cztery, żeby był zapas i możliwość zluzowania planu w kolejne dni. Pisanie to wręcz erotyczna przyjemność, a z drugiej strony siermiężne i niewolnicze rzemiosło. Po co więc piszę? Póki co dlatego, że kiedy bym przestał nadmiar zakodowanych w myślach słów rozsadziłby mi czaszkę.

Jak byłem bardzo młody, faktycznie sądziłem, że coś takiego jak wena istnieje, dopóki sam nie zacząłem pisać, a było to chyba na przełomie drugiej i trzeciej klasy liceum. Zaczynałem od wierszy i jednostronicowych tekstów prozatorskich. W tym czasie dużo czytałem Stearnsa Eliota, Berrymana, Audena, Yeatsa, Babińskiego i Herberta. Z poezji w końcu zrezygnowałem, ponieważ uznałem ją za narzędzie zbyt ułomne, by mogło wyrazić moje wyobrażenia na temat świata i mnie w nim. Teraz, kiedy piszę i czytam już wyłącznie prozę oraz wystrzegam się parodniowych przerw w braniu prysznica, uważam, że wena to rodzaj ekstrapolacji umysłowej ze świata poetów, którzy usiłują być górnolotnie poetyccy. Żeby pisać wystarczy odpowiednie wyćwiczenie mózgu, co daje efekt wręcz taki sam co metaforyczne odkrycie bogatego źródła weny. Wystarczy systematycznie czytać i klepać w klawisze, a na zasadzie powtarzania określonych rodzajów czynności (koncepcja Petera Sloterdijka) wejdzie się w rytm pisarski, i kolejne zapisane strony będą zapełniać dysk komputera jak szczury stare kamienice w Krakowie.

Jeszcze w liceum spotkałem polonistkę, dzięki której piszę. Każdemu życzę takiego nauczyciela, który jest kimś w rodzaju mistrza, a nie tylko przerabia program nauczania i zamyka się w pokoju nauczycielskim, żeby uzupełniać brakujące rubryki w dzienniku. Pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy po śnieżnym, lutowym weekendzie przyszedłem do szkoły, a w klasie było tak jakoś cicho. Nikt z moich koleżanek i kolegów nie chciał mi powiedzieć, co się stało. Oglądałem ten wypadek w Teleekspresie, a miałem nadzieję, że przy maturze zapytam ją, co mam dalej ze sobą zrobić. Na to pytanie musiałem odpowiedzieć więc sam. Piszę, tak jak sobie tego życzyła, a od tamtych wydarzeń minęło prawie dwadzieścia lat. Mam nawet klepsydrę, którą zdjąłem kiedyś o zmierzchu na pamiątkę. Leży zamknięta w wiekowym słowniku wyrazów obcych. Co kilka lat ją oglądam i wspominam tamto przyjście do szkoły i ciszę w klasie. Zresztą ta klepsydra okazała się być pierwszą w kolekcji. Ot takie nieoczekiwanie zaplanowane przez życie hobby.

Z tym pisaniem to w ogóle ciekawa sprawa. Postrzegam je ewolucyjnie. Kiedy byłem dzieckiem sądziłem, że wystarczy nasikać do słoika, napchać do niego siana i po kilku dniach pojawią się w nim pchły. To niepokalane poczęcie tych pasożytniczych owadów zupełnie nie budziło moich wątpliwości, do chwili, gdy zapoznałem się trochę ze sposobem rozmnażania organizmów żywych. Z pisaniem jest podobnie. Nie można pisać, nie żyjąc namacalnie w świecie fizycznym. Trzeba spaść pod stół, pograć w zielone, spróbować być Bogiem po koksie, a na koniec pokrwawić trochę z nosa od stłuczonego szkła, żeby napisać treściwą stronę o własnych granicach, a może nawet i granicach wszechświata.

Wciąż tkwię na samym początku. Dopiero od kilku lat zaczynam coś faktycznie wiedzieć o sobie i otoczeniu. Najważniejsze jest to, że przynajmniej zdaję sobie już sprawę z mojej niewiedzy, a przede wszystkim z tego, że osobiste doświadczenie buduje treść książki, inaczej to wszystko, co napiszemy podobne jest do starannie wymłóconej słomy…

A właśnie, na koniec zapomniałbym o poincie. Miałem chyba z osiem lub dziewięć lat, kiedy zobaczyłem, że na jednej z lekcji wychowania fizycznego koleżanka z klasy zabija butem pająka, rozmazując jego ciało na wilgotnym piasku. Wielce oburzony od razu naskarżyłem na nią nauczycielce, a ona, jak i cała klasa nie mieli pojęcia, o co mi chodzi. Przecież to tylko pająk. Do dzisiaj nie rozumiem, jak można było pozbawić życia tak pożyteczne zwierzę, i co gorsza uniemożliwić mu utkanie misternej pajęczyny, a więc kluczowej metody pisania moich książek.

Dodaj komentarz