Matka Boga

Wiem dobrze, że po trailerze nie warto oceniać wartości filmu, ponieważ najczęściej by się ją mocno zawyżyło. Po obejrzeniu produkcji Mother! w reżyserii Darrena Aronofsky’ego wiem również, że zaklasyfikowanie tego obrazu do grupy horrorów nijak się ma do koktajlu gatunkowego, jaki zaserwował widzowi reżyser. W tym przypadku trailer jest dobrze skrojonym montażowo i fabularnie, lecz przewidywalnym chwytem marketingowym, byśmy sądzili, że idziemy do kina na ścinający krew w żyłach horror. Kolejny z rodzaju tych najpopularniejszych o nawiedzonych domach i zamieszkujących je demonach. Tymczasem nie wiem jak inni, ale ja nie mogę się zdecydować czy byłem na filmie skrajnie religijnym, czy bardziej ateistycznym niż Żywot Briana.

Goście

I oto ze zgliszczy za sprawą boskiego kamienia (oraz grubo ciosanych dłoni Javiera Bardema), na nikomu nieznanym odludziu, powstaje odremontowana wersja hacjendy w stylu przypominającym nieco ten z serialu Domek na prerii. Gdyby nie to skojarzenie, efekty specjalne trącące nieco latami 90. i scena z płonącą twarzą kobiety, może i uznałbym początek filmu za interesujący. Najlepiej jednak by było, gdyby reżyser zrezygnował z połączenia ujęcia domu z palącą się trawą. To aż nadto banalna sugestia, zwłaszcza, że ogień oraz zwęglona darń są wyrenderowane w zbyt niskiej rozdzielczości.

Wszystko to razem sprawiło, że widz otrzymał już na samym początku solidny koktajl podpowiedzi. Z tego powodu pewnie już gdzieś w połowie filmu mógł się zorientować, co się w tym domu naprawdę dzieje. Może się jednak czepiam, bo reżyser tak poprowadził rozwój kolejnych wypadków, że wciąż dobrze się zastanawiam nad wpuszczaniem obcych za próg swojego mieszkania. Nieco podobną sytuację mieliśmy w naszej rodzimej produkcji – Nie ma róży bez ognia, tylko na mniejszą kubaturowo skalę i bez religijnej metaforyki.

No właśnie. Goście w filmie Mother! pełnią funkcję niezwykle symboliczną, niemal jak apostołowie, albo Trzej Królowie z pewnej chrześcijańskiej legendy. Pierwszy zjawia się Lekarz (Ed Harris). Tajemniczy On (Javier Bardem), właściciel domu, niegdyś sławny poeta, teraz nie mogący wykrzesać z siebie nawet słowa, nie bez kozery nagle proponuje mu nocleg. Robi to ku zdziwieniu swojej partnerki (Jennifer Lawrence). Już pierwszej nocy gość upija się w trupa, a Pan Domu nie odstępuje go ani na krok, nawet nad muszlą klozetową, podtrzymując mu głowę, żeby się nie zadławił wymiocinami. Wszystko to czyni nieco interesownie, jakby ten tajemniczy, schorowany lekarz z adamową raną w okolicy żeber mógł mu pomóc w powrocie do pisarskiej sprawności. Jeszcze tego samego dnia zjawia się osobliwa Kobieta (Michelle Pfeiffer) – żona Lekarza. To głównie przez nią atmosfera się bardzo zagęszcza, szczególnie w związku między Matką a Panem Domu. Jakby gości było jeszcze mało, nadchodzą kolejni. Skłóceni ze sobą synowie Lekarza i Kobiety nie potrafią nawet w obcym miejscu przestać się oskarżać o spadek po rzekomo umierającym ojcu. W końcu podczas apogeum kłótni starszy z nich (Domhnall Gleeson) zabija młodszego (Brian Gleeson), a krew z jego głowy uaktywnia i sukcesywnie karmi sekret domu bezpłodnego poety.

Później jest tylko coraz gorzej, aż nieoczekiwanie po stypie natrętni goście odchodzą, a Pan Domu w końcu może spłodzić dziecko, napisać swój upragniony, doskonały wiersz, i kolejne, i kolejne, aż wraca od dawna poszukiwana wena. Powstaje doskonała książka, podobno równa tej mitycznej, z przeszłości, którą kiedyś napisał. Nowe dzieło zostaje wydane, a oznacza to ni mniej, ni nie więcej dosłowną epifanię Bóstwa-Poety w świecie zwykłych, spragnionych wielkich słów czytelników. Chwila wytchnienia dla Matki kończy się bardzo szybko. Urok sławy tak omotuje Pana Domu, że poddaje się on całkowicie machinie drapieżnej promocji. Sprasza do coraz bardziej zmęczonego sytuacją domu swoich wiernych psychofanów. Udostępnia im każde pomieszczenie, łącznie z sypialnią. Nie zwraca uwagi, gdy rozkradają cenne rzeczy, a nawet zaczynają rozbierać wewnętrzne ściany budynku, chcąc zachować po wielkim pisarzu jakieś chorobliwie czczone relikwie. Dom jednak wciąż nie protestuje. Otwiera jedynie tajne przejście w piwnicy do zbiornika z benzyną, albo inną łatwo palną cieczą, jakby celowo odbezpieczał broń. Dom czeka wraz z Matką. Czeka także i Pan Domu na narodzenie swojego syna, a może głównego symbolu wiary w niego. Czekają wierni fani, okupując wyludnione okolice domu, tworząc coś na kształt sformalizowanej organizacji, w której naczelnym bóstwem jest On, poeta, Pan tamtego miejsca, a może i sam Bóg.

Dom się rozkłada

Ten kto zna wcześniejsze filmy Aronofsky’ego powinien się już zorientować, że z chwilą narodzenia się dziecka Pana Domu reżyser ostatecznie zrezygnuje z utrzymywania, zapewne od pewnego czasu już na siłę, tej sztucznie nakreślonej scenariuszem granicy między tym, co nierealne, a logiczne w świecie przedstawionym w filmie. Czego więc można się spodziewać? Pewnie wszystkiego, co ludzkie, a dzieje się w granicach naszych domów, a więc nienawiści, bólu, zdrady, wojny, egzekucji niewinnych, czczenia bożków na sypialnianych ołtarzykach i innych zawiłości moralnego życia człowieka. Na końcu czeka nas w domu najpierw bezgraniczny strach, później konsumpcja złożonej ofiary, a następnie… śmierć. A jednak omamiony sławą Pan Domu, nawet w jej cieniu będzie namawiał zrozpaczoną Matkę do tego, że „trzeba się dzielić”, dosłownie wszystkim, ciałem jeszcze ciepłego dziecka również.

I to jest ta granica, kiedy bawiący się z moimi emocjami film staje się dla mnie nie tylko alogiczny, lecz zbyt nachalnie metaforyczny i symboliczny. Czuję się przytłoczony tym, że niemal każdy element filmowego świata musi coś znaczyć, a to z kolei jest związane z jakimś ciężkim, historycznym przekazem religijnym, filozoficznym, społecznym, a nawet politycznym. W pewnym momencie mówię „dość”. Film to nie szyfr do mozolnego rozbrojenia, a kinowa rozrywka, za którą płacę. Reżyser powinien zatem zrównoważyć ilość tajemniczych kontekstów interpretacyjnych w stosunku do jasnej eksplikacji faktów za pomocą gry aktorskiej i innych zabiegów sztuki filmowej. A tu tak nie jest. Czasem przerysowanie staje się niestety banałem.

Film Mother! to ogromna dawka pouczających, ale i negatywnych emocji. Natomiast wielką stratą tego obrazu są zbyt dosłowne zabiegi formalne (np. płonąca twarz, lejtmotyw z obumierającym sercem).

 

Aktorzy

O ile Javier Bardem pozostawał nieco poniżej swoich aktorskich możliwości, to Jennifer Lawrence dobrze poradziła sobie z odegraniem roli niepewnej siebie, schorowanej i niewątpliwie oddanej Matki. Bynajmniej na moją ocenę nie wpływają miłe dla oka ujęcia z początku filmu, kiedy to kamera obserwuje łagodnie meandrujące światło na nocnej koszuli aktorki, podkreślające kształt jej bioder, pośladków i ud.

Rola Lekarza została idealnie skrojona dla zrytej zmarszczkami, lecz wciąż nieco psychopatycznej twarzy Eda Harrisa. Michelle Pfeiffer wypadła standardowo, czyli poprawnie. Jej gra aktorska przez lata się nie zmieniła – wciąż jest nieco sztywna, niekiedy zapomina, że nie gra na drewnianej podłodze teatru, a w kinie z efektami specjalnymi i możliwością wciśnięcia klawisza pauzy.

Moim zdaniem na uwagę zasługuje jeszcze jedna postać z dalszego planu. Pojawia się w drugiej części filmu, kiedy fabuła jest już dobrze rozwinięta, a ja niestety doskonale wiem, kim jest Pan Domu. Aktor nazywa się Stephen McHattie. Jest specjalistą od ról charakterystycznych i to na co najmniej drugim planie. W filmie Aronofsky’ego gra rolę Fanatyka. Nie wypowiada zbyt wielu kwestii, natomiast mimika rekompensuje brak słów oraz symboliczne znaczenie tej postaci.

Bóg i jego nałożnice (ocena 7/10)

Siedem to ocena na tyle dobra, żebym nie miał poczucia zmarnowanego czasu w kinie. Pozostaje jednak spory niedosyt i zmęczenie, które sprawiają, że raczej nie powrócę do tego filmu. Po jednym seansie wiem już o nim na tyle, by zdać sobie sprawę z dylematu reżysera. Bycie skrajnym ateistą oznacza dokładnie tyle, co religijny fundamentalizm, a uzależnienie człowieka od jakiejś religii wygląda na chorobę całkowicie nieuleczalną.

Obraz Mother! Darrena Aronofsky’ego w żadnym razie nie podejmuje nawet próby znalezienia lekarstwa na tę przypadłość. To raczej nieco buńczuczny film-symbol prezentujący widzowi mechanizm wprawiający w ruch każdą religię. Znajdujemy w nim zatem najpierw chęć czynienia dobra, następnie zazdrość, potem zachłyśnięcie się miłością do siebie, niemożność poradzenia sobie z własnymi popędami, kontrolę, wreszcie całkowite oddanie, rezygnację z własnych potrzeb, wyuzdaną przemoc i kończącą wszystko, w założeniu „na chwilę”, śmierć.

Na to wychodzi, że Pan Domu (Bóg) jest wysokiej klasy dewiantem. I nie może zrozumieć, że tak zepsuty egotyzmem byt jak on nigdy nie wymyśli ludzi, którzy go będą w stanie pokochać. Poświęca więc nieskończoność na odtwarzanie domu i wypróbowuje nowe Matki (Natura, Ziemia, wszechświat fizyczny?) jak sutener dziwki. Bezcelowo, ponieważ i tak posłużą się one w końcu zapalniczkami ze znakiem ryb, by doszczętnie wszystko spalić. A dokładniej to Matka zniszczy wszelkie dzieło Boga, używając do stworzenia ognistej apokalipsy systemowej religii. Bóg jednak jako wewnętrznie sprzeczny byt absolutny nawet tego nie zrozumie, a może go to po prostu nie obchodzi. Jego bawią zapętlone akty kreacji i zniszczenia, tyle że to nie on przykłada rękę do ostatecznego rozwiązania. Jest więc zawsze usprawiedliwiony, bo przecież jest czystym dobrem. Czy taka jest wymowa filmu Aronofsky’ego?

Dodaj komentarz