Pociąg do nieidealnego świata

Hercules Poirot, Belg, były oficer policji, obsesyjnie dążący do perfekcji detektyw, wydaje się postacią już kompletnie zagraną i zinterpretowaną przez Davida Sucheta. Ale przecież zostali jeszcze Albert Finney i wielki Peter Ustinov. Z kim więc mierzy się Kenneth Branagh? I co, oprócz większych środków na efekty specjalne i kostiumy, jest w stanie dodać do tej literackiej figury? A może tylko Poirot jako kompulsywny poszukiwacz symetrii i cechujących się nią ideałów potrafi dostrzec wszystko to, co wypada z kanonu doskonałych proporcji, stając się tym samym anomalią, a więc w jego rozumieniu zbrodnią. To wysublimowane niewolnictwo nie może dać mu szczęścia, a jedynie nieludzką przenikliwość w tropieniu morderców.

Greenboxowy Indiana Jones

Kiedyś filmy zaczynały się jakoś tak z rytmem, właśnie z ową symetrią. Nie mówię tu o czołówce serii o Jamesie Bondzie, gdyż ta wypracowała swoje własne podejście do wprowadzania widza w akcję. Mam na myśli ten spokojny rytm rzeki napisów, gdzie mogłem się przygotować, kogo będę oglądał, kto filmował, montował i pisał muzykę, i wreszcie kto reżyserował, chociaż akurat to z reguły wiedziałem. Morderstwo w Orient Expressie to jeden z tych filmów, w którym montażysta pewnie stwierdził, że rytm na początku nie jest ważny. Czuję się jednak źle, kiedy tytuł produkcji widnieje na ekranie krócej niż zajawka Twentieth Century Fox. Na szczęście później robi się ciekawiej, chociaż nie mniej dwuznacznie, bo kamera nurkuje nad ścianą płaczu i zjawia się dziecko rodem z familijnego kina.

Rozwinięcie scenariusza wymaga budującego napięcie wstępu i jakiegoś zmyślnego sposobu zaprezentowania głównej postaci. Może też z powodu skopiowania nieco przygodowej i lucasowskiej stylistyki, początkowe minuty filmu Branagha obudziły we mnie miłośnika przygód Indiany Jonesa. Gdyby jeszcze reżyser zastosował mniej greenboxa, a więcej rzeczywistych lokacji, ożyłby klimat Jerozolimy i Stambułu. A tak oglądamy tylko cukierkowe plany w HDR, z przefiltrowanym niebem i zmultiplikowanymi miniaturkami ludzi.

Sama postać sławnego detektywa zjawia się za to niemal jak czarny charakter poszukujący z uporem maniaka idealnych jajek, oczywiście tylko wtedy, gdy akurat odpoczywa od knucia ogólnoświatowej apokalipsy. Hercules Poirot (Kenneth Branagh) jest więc despotą i tyranem, skoro w imię jajecznej symetrii stawia na baczność tyle osób, w tym pracujące pewnie za głodową stawkę dziecko biednych lokalsów. No ale któż jak nie osobnik z taką osobowością mógłby cierpliwiej i wnikliwiej doszukiwać się wad na idealnym obrazie rzeczywistości, i to w imię wyświechtanego ideału sprawiedliwości? Poza tym twórczyni postaci detektywa, Agatha Christie, nie stroniła w swoich książkach od wskazywania tak jeszcze wyraźnych w jej czasach podziałów na tych, co rządzą i tych, którzy służą. W swoim do granic poukładanym świecie Hercules Poirot również nie ucieknie od starego jak samo prawo dylematu, czy aby bycie ultrapoprawnie sprawiedliwym nie jest również zbrodnią.

Pociąg sprawiedliwych

Film Branagha po iście przygodowo-sensacyjnym wstępie stopniowo zwalnia. Przyjąłem to z radością, jednak wkrótce pojawił się nowy problem. Wolna, budująca suspens akcja w moim przekonaniu nie oznacza przejaskrawienia, ciężkości i znoju w pchaniu scenariuszowego wózka, a taka atmosfera zaczyna panować w Orient Ekspresie – zupełnie niepotrzebnie. Sceny toczą się wolno, w muzyce narasta dramatyzm, a aktorzy rzucają przeciągłe spojrzenia jak surowe ślimaki na talerzu francuskiego smakosza.

Faktycznie, coś niepokojącego wisi w powietrzu, a piękne, letnie okolice, które przemierza pociąg, zmieniają się w niedostępny, zimowy krajobraz. Niestety, gdy wreszcie złowroga postać Ratchetta (Johnny Depp) ginie, a reżyser zaczyna mozolną prezentację zeznań poszczególnych pasażerów, we mnie również coś zaczyna wrzeć, a to ze względu na sposób filmowej narracji. Gdybym miał wysłuchiwać tak zmontowanych przesłuchań każdego z nich, chyba bym usnął. Na szczęście za pomocą odpowiednich skrótów i cięć Branagh tak wszystko połączył, że mimo wielu postaci, z których każda ma swoją własną, kłamliwą historię, w głowie widza pozostaje całkiem sporo informacji i to bez znużenia ich natłokiem. Od tej chwili film wydaje się treściwszy, a krótkie starcie Poirota na moście dodaje do gatunkowej monotonni kryminału nieco sensacyjnego pazura.

Gdyby nie pomysł Agathy Christie, że wszyscy ci ludzie z pociągu byli związani z tragedią rodziny Armstrongów, uznałbym ten filmowy zbieg okoliczności za sztuczny i naciągany. Z pomysłem autorki nie zamierzam dyskutować, ale z koncepcją postaci detektywa oraz sposobem gry prawdziwej śmietanki aktorskiej już owszem.

Sądzę, że dla jakości kariery aktora wypada zagrać w takim filmie, zwłaszcza, że w najbardziej znanej wersji tej historii grają same gwiazdy. Odwoływał się więc będę właśnie do niej. Chodzi o produkcję z 1974 roku w reżyserii Sidney’a Lumeta, z Albertem Finney’em w roli Herculesa Poirota. Jak więc należało się tego spodziewać, Kenneth Branagh zebrał niekwestionowane sławy, no może prócz roli dr Arbuthnota (Leslie Odom Jr.), którego u Lumeta zagrał Sean Connery. Długo się nie rozwodząc nad tą postacią, uważam, że usilna poprawność polityczna w ogólnym rozrachunku nie zawsze wychodzi na dobre całej produkcji.

W główną negatywną postać w filmie, jeśli w ogóle tak w tym przypadku można stwierdzić, wcielił się Johnny Depp. Zadania łatwego nie miał. Odtworzenie skomplikowanego charakteru Edwarda Ratchetta (zabójca Casetti), mając za poprzednika Richarda Widmarka, wydaje mi się karkołomne. Można się z tego wybronić, ale tylko wtedy, gdyby scenariusz filmu pozwolił Deppowi wykorzystać jego surrealistyczne aktorskie triki, a tak wyszedł trochę zbyt sztywny i dramatyczny mafioso uciekający przed ziomkami po fachu.

W roli Caroline Hubbard zadziwiająco dobrze wypadła Michelle Pfeiffer. Na szczęście nie zauważyłem w niej tej przesadnej egzaltacji, którą miała u Lumeta Lauren Bacall. Mało tego, uważam, że wraz z Daisy Ridley odtwarzającą postać Mary Debenham stworzyły dwie najlepiej zagrane kreacje w całym filmie. Nie mam również poważniejszych zastrzeżeń do Josha Gada (Hector MacQueen). To wcale nie było takie trudne zagrać lepiej niż, bądź co bądź wspaniały Anthony Perkins.

Z dwoma postaciami mam natomiast spory problem. Albo nie zrozumiałem głębszego przekazu ich gry aktorskiej i w ogóle istnienia w filmie, albo zostały po prostu mechanicznie odegrane. Mam tu na myśli Dereka Jacobi w roli E.D. Mastermana i Willema Dafoe jako Gerharda Hardmana. Ta druga ewentualność tym bardziej jest dla mnie smutna, bo obydwu tych aktorów uważam za naprawdę wielkich i zdolnych do kompletnego wcielenia się na scenie w grane postaci. Wolę zatem być jednym z tych niedouczonych widzów, który nie zrozumiał ich wielkiego, aktorskiego przekazu.

Na koniec pozostawiłem oczywiście Herculesa Poirota. Ilekroć oglądam filmy, w których reżyser gra także główną rolę, zastanawiam się, kto z całej ekipy stoi gdzieś obok i ocenia, czy zagrał dobrze. A może robią to komisyjnie później wraz ze scenarzystą i producentem? Wydaje mi się, że tak bym wolał, gdyż Ridley Scott potrafi ocenić, czy aktor się angażuje, a Kennethowi Branaghowi poświęcenia w odtwarzaniu roli detektywa nie zabrakło. Pewnie spuchł mu język od mówienia po angielsku z obcym akcentem, przez co zwiędły mi też nieco uszy, zwłaszcza po prawie dwóch godzinach kinowej projekcji. Pod koniec nawet zamknąłem na chwilę oczy, ponieważ przeżyłem coś w rodzaju wstydliwego zawodu wobec samego siebie, że ten kanciasty, udawany angielski łączy się z grającą w tle cukierkowe nuty muzyką Patricka Doyle’a. Przez chwilę czułem się, jakbym oglądał nadętą produkcję wprost z fabryki snów, chociaż wiem, że kwestie wypowiadane przez Poirota były diabelnie mocne.

Ostatnia wieczerza (ocena 6/10)

Kenneth Branagh ma prawo do swojej interpretacji postaci detektywa. Rzeczą gustu jest, czy zrobił to dobrze. Na pewno wizja Agathy Christie nie jest do niczego zobowiązująca. Wszystkim zaciętym krytykom sposobu ułożenia i kolorystyki wąsów Poirota przypominam, że film Morderstwo w Orient Expressie nie jest adaptacją powieści o tym samym tytule. On jest oparty na książce (based on), a to spora różnica. Poza tym to również obraz symboliczny, interpretujący Poirota jako postać głęboko podzieloną wewnętrznie. Piszą to, doskonale wiem, że ten wewnętrzny konflikt wielokrotnie i doskonale pokazał David Suchet, a Branagh z tą swoją szekspirowską powagą oscyluje czasem na granicy aktorskiego kiczu. Ale to jemu właśnie udało się bardziej zagrać na moich podstawowych emocjach, a do kina chodzę po to, żeby czasem sobie je przypomnieć. I jeszcze ta dwuznaczna metafora.

Kiedy wszystko wydaje się jasne, a odśnieżona lokomotywa ma być stawiana na torach, pasażerowie zostają posadzeni u wylotu tunelu. Za nimi stoi dyrektor pociągu z wycelowanym w nich pistoletem. Kamera filmuje szeroki plan, gdzie widać ich wszystkich. Co wam to przypomina? Bo mi Ostatnią wieczerzę Leonarda da Vinci, tylko nie mogę się zdecydować, kto jest Jezusem. A może go w ogóle tam nie ma. Ku grupie zziębniętych i winnych pasażerów zmierza za to ludzki sędzia, najlepszy śledczy na świecie, który będzie jeszcze przez chwilę wierzył, że nieomylnie postrzega sytuację.

Kroczy z nim ślepa i miażdżąca ręka sprawiedliwości. Detektyw potrzebuje krwi, ponieważ zobaczył anomalię. Jego pożądająca zemsty natura perfekcjonisty chce ofiary. Jedynie tak potrafi radzić sobie z lękiem przed tym, że i ona jest pełna zarysowań oraz społecznej patyny. W tej swojej wampirycznej pelerynie Poirot wydaje się niezwykle groźny. Ale nie zapominajmy, że to zwykły człowiek, który tylko święcie w coś wierzy. Dopiero na końcu uświadamia sobie, że wcale nie jest to prawo, a zwykły porządek. Mimo gwałtownego sprzeciwu kur, jajka muszą być równe, podobnie jak rachunek zysków i strat, zwłaszcza po morderstwie. W buchalterii świata wszystko powinno się zgadzać, nieważne ile osób zawiśnie. Tym razem niewinnych, którzy okazali się winni, było zbyt dużo, ale kto wie, co by się stało, gdyby był tylko jeden. Czy i wtedy Poirot poświęciłby własne perfekcyjne sumienie?

Dodaj komentarz