Klatki dla fotowron

Najpierw telefon do organizatora, a później chwila oczekiwania w napięciu, jakby zaraz miał zostać wydany wyrok. Czy tym razem się uda? Bo może tytuł gazety się nie spodoba, albo zadzwoniliśmy nie cztery, a trzy tygodnie przed imprezą. A już całkiem źle, gdy przyznamy się, po co w ogóle są nam te zdjęcia. Jednorazowa publikacja w gazecie jakoś przejdzie, ale udostępnienie fotografii w jakiejś ogólnodostępnej bazie za pieniądze dla jej właściciela, to już kaplica. Jeśli pracujemy dla agencji fotograficznej, mamy więc posprzątane. Przecież wiadomo, że fotoreporter żyje powietrzem, a dla agencji pracuje za darmo.

Organizatorzy festiwali przygotowują fotoreporterom prawdziwy tor przeszkód do pokonania, zanim upragniona akredytacja trafi w ich ręce, lecz nawet po jej otrzymaniu problemy się nie kończą. Takie życie dziennikarza. Można się do niego przystosować, jednak kosztem jakości zdjęć.

Dla każdego, kto fotografuje muzykę i inne przedstawienia oczywiste jest, że wyciągnięcie i użycie lampy błyskowej może skończyć się wyproszeniem z imprezy i utratą akredytacji. Nie uważam jednak tego za niewłaściwą zasadę. Zdjęcia z użyciem sztucznego światła kompletnie psują fotografię koncertową. To jednak nie problem, nauczyć się focić przy zastanym świetle. To nie problem również wykorzystać selektywne światło scenicznych reflektorów, żeby stworzyć kreatywne zdjęcie. Wystarczy nieco praktyki. Prawdziwe problemy zaczynają się jednak, gdy organizator festiwalu dość specyficznie podchodzi do lokacji, z której fotografowie mają wykonywać swoją pracę. A mianowicie chodzi mi o dziwne konstrukcje w postaci wysokich podestów, ustawianych zwykle przy operatorce świateł, czyli na końcu widowni. Na taki podest wchodzi się po metalowych schodkach, myśląc, że nareszcie organizator wymyślił coś, co umożliwi fotografowanie w spokoju, bez przepychania się w tłumie i wyciągania wysoko ręki. Nic bardziej mylnego. Zwykle ów podest jest zrobiony najtaniej jak się da, przez co chybocze się pod wpływem ruchów wielu na nim stojących osób jak gigantyczna legumina. Dodatkowo fotografowie wymieszani są z ekipami telewizyjnymi, co zupełnie destabilizuje relacje panujące na platformie. Cóż, organizator koncertu pewnie myśli, że podwójna stabilizacja pomaga w robieniu wyraźnych zdjęć, a ekipy z TV uważają się za przezroczyste.

Dodajmy do tych warunków oszałamiający dystans od sceny, który trudno pokonać nawet obiektywem o ogniskowej 300 mm i panujący wszędzie mrok – jak coś wypadnie z platformy, ciężko będzie się po to schylić, z człowiekiem włącznie.

Są jednak koncerty, na których nie ma platform, za to bardziej kameralne warunki. Można nawet wejść do tzw. fosy dla fotoreporterów, ale i tutaj istnieje zakamuflowana przez organizatorów pułapka – można przebywać w tych wspaniałych okolicznościach, ale zwykle tylko przez pierwsze trzy utwory. Jakaż to łaska okazana fotografom, zwłaszcza, że na początku często nie świecą się halogeny sceniczne, zespół stoi bokiem, albo tyłem, a frontman wchodzi, kiedy już trzeba zabierać się przed inteligentnie patrzącym wzrokiem ochrony. Ano właśnie. Zdarzają się na początku utwory nieco dłuższe, z wyciszeniami, uwerturami i różnej innej maści wstawkami budującymi klimat. Wtedy chłopcy z ochrony już całkiem się gubią, no bo przecież miały być trzy utwory, a tu jest nie wiadomo co. Na szczęście chociaż jasne, co zrobić z fotografami…

Dodaj komentarz