Superhero Blues

No i mam to, co chciałem. Jest Batman, który zaraz po morderczej akcji w swoim pancernym kostiumie, pojawia się ubrany w wyprasowaną koszulę, kamizelkę i nawet z prosto zawiązanym krawatem. Gdzieś po ekranie przemyka ze swoim nagim mieczem (i udami) Wonder Woman, rozpraszając mnie kompletnie. A co gorsza Superman zaraz po wyjściu z grobu całkiem ładnie pachnie i całuje się na polu kukurydzy bez umycia zębów. Takie rzeczy tylko w kinie o superbohaterach. W zupełnie laickim, pulpowym świecie przyszło im odtwarzać mit o słabym człowieku, który, chcąc nie chcąc, najpierw staje się ofiarą, a później, zupełnie nieoczekiwanie, ważnym graczem w wojnie między superbogami. Co z tego wyszło? Oby nie pulpowy film.

Superszatan

Tak jak zawsze na początku w filmach o superbohaterach, jest dobro i zło, przedstawione tak, że widz nie ma wątpliwości, którą stronę trzymać. Cała historia ma swoje korzenie w zamierzchłej przeszłości, kiedy ludzie, bogowie i inne rasy po raz ostatni jednoczą się, by odeprzeć gigantyczny atak niszczycielskiej siły. Wydaje się, że zwyciężają, ale jak to bywa w tego typu przygodach, zło jedynie usypia, a kluczowe dla panowania nad światem artefakty (w naszym przypadku są to Mother Boxy) zostają ukryte. Jeden przypada Amazonkom, drugi Atlantom, a ostatni, nie wiedzieć czemu, ludziom. Kto jest tą niszczycielską siłą? Ano taki jeden tajemniczy osobnik zwący się Steppenwolf. Postać ta została stworzona przez Jacka Kirby’ego w latach 70. XX wieku. W ramach DC Universe pełni rolę jednego z superzłoczyńców (supervillain), któremu nie sposób przeciwstawić się w pojedynkę. Nawiasem mówiąc, to ciekawe, że istnienie Ligi Sprawiedliwości znajduje swoje uzasadnienie właśnie w pojawieniu się tak głęboko złego i potężnego wroga. Czyżby zwykłe, ludzkie przestępstwa, a nawet wrogowie z kosmosu, przestali im wystarczać? Żeby rozruszać nieco zgorzkniałych superbohaterów, trzeba więc było sięgnąć po religijno-filozoficzne wstawki, a więc odwieczne zło, którego celem po prostu jest zniszczenie dobra. Ot i w skrócie cała treść filmu.

Gdzie tu więc znaleźć rozrywkę? Gdzie jej ma doświadczyć taki człowiek jak ja, który tęskni za mrocznym Batmanem w stylu Tima Burtona i komiksową mieszanką postzimnowojennych Strażników z żartobliwym surrealizmem Kajka i Kokosza.

Wszystko to kwestia nastawienia, bo o ile w Steppenwolfie mam prawo widzieć współczesną formę Szatana, i nie każdy tak go zinterpretuje, to znacznie liczniejsza grupa widzów zwróci uwagę np. na to, co ów Superszatan opowiada. I tak właśnie dochodzimy do najważniejszego pytania. Do kogo ten film jest kierowany? Moim zdaniem do wszystkich, którym nie zależy na głębszej wiedzy o historii zarówno bohaterów, jak i ich antagonistów. A ma ją nawet tak płasko i bezpłciowo zaprezentowany delikwent jak Steppenwolf.

Postać ta, jako wcielenie bezdennego zła, generalnie jest zainteresowana zniszczeniem. Szczegóły destrukcji przy tym nie są zbyt istotne. Armia parademonów, którą dowodzi Steppenwolf interesuje się wyłącznie anihilacją wszystkiego, co żywe. Szkoda, że film kompletnie pomija jego rodowód oraz związki np. z Darkseidem (chociaż na szczęście to imię chociaż raz pada w filmie), planetą Apokolips i plemieniem Amazonek. W relacji z Wonder Woman może i na upartego dałoby się znaleźć jakieś odniesienia do ich koligacji rodzinnych, ale jest to przedstawione tak ogólnikowo, że przy wymuszonej pospiesznym montażem ekspresowej akcji widzowi na zastanowienie pozostaje niewiele czasu. Z komiksowej wizji Steppenwolfa pamiętam go jako kogoś znacznie bardziej ludzkiego, niż demonicznego. Taki trochę Hegemon Janusza Christy z duszą Szkieletora z bajki He-Man, którego się bałem jako dziecko. W filmie Liga Sprawiedliwości przypomina raczej chrześcijańskiego diabła z rogami na głowie i skórą pokrytą kamienną łuską. Brakuje tylko kopyt i ogona. Poza tym, wykorzystując swoją ograniczoną efektami specjalnymi mimikę, wygaduje same frazesy. Pewnie za wszelką cenę chce się dowartościować, bo pozazdrościł Batmanowi obcisłych w kroku, kuloodpornych getrów. Widać, że scenarzysta kierował dialogi do średnio inteligentnej publiki w USA. Kasa, kasa kasa. Liczy się wynik finansowy i bycie na siłę lepszym od Marvela. W Europie jednak potrafimy nieco lepiej opisać swoje myśli i świat za pomocą języka – tak mi się przynajmniej wydaje.

Głos Batmana czy pośladki Wonder Woman?

Z pewnością trudny wybór. W każdym filmie szukam momentu godnego zapamiętania. Nie analizuję przy tym zbytnio, czemu mój mózg zwrócił uwagę akurat na te elementy, a nie na inne. Wiem, że zasługują na nią m.in. tandetnie wykonane kwiatki, paprotki i inne porosty na końcu filmu, kiedy na terenach władanych przez mateczkę Rosję, za sprawą brawurowej walki członków Ligi Sprawiedliwości, powstaje rajska enklawa. Zacznijmy jednak od inicjatora powstania Ligi – człowieka-nietoperza. W tej roli Ben Affleck, czyli aktor niewątpliwie zdolny i inteligentny. Mało tego, jako scenarzysta oraz reżyser nie stroniący od stosowania w amerykańskim kinie języka znanego z niskobudżetowych produkcji, a więc z założenia kierowanych do bardziej wysublimowanego odbiorcy. W filmie Liga sprawiedliwości charczy jednak dziwnie przerobionym głosem telefonicznego zboczeńca, a poza tym zachowuje się, jakby ktoś go napompował śmierdzącym gazem. W niektórych momentach bałem się, że pęknie. A wtedy albo się rozpłacze nad swoją nietoperzową samotnością, albo, wyposzczony siedzeniem w jaskini z widzącymi świat odwrotnie pupilami, rzuci się na Wonder Woman. Ciekawe, co by wtedy zrobiła?

W roli wojowniczej Amazonki Gal Gadot, czyli kobieta idealna. Da się jej słuchać i na nią patrzeć, zwłaszcza w momentach, gdy operator kamery ujmuje jej talię z żabiej perspektywy. Zostawiając jednak na boku seksistowskie uwagi, obiektywnie Wonder Woman jest najlepsza spośród tej zgrai supermanów. Widać po niej, że jej zależy, ale jednocześnie nie aż tak, by wykreować tę skąpo ubraną postać Amazonki na filmową karykaturę. A według mnie, co stwierdzam z wielkim żalem, jest nią Flash (Ezra Miller). Granica między ukazaniem w filmie niedoświadczenia i nowicjuszostwa, a zrobieniem z postaci błazna jest niezwykle cienka. Nie pamiętam z komiksów, żeby postać Flasha była aż tak niewydarzona. Mam tu na myśli również stopień rozwinięcia muskulatury. Jeśli w Lidze Sprawiedliwości chodziło o wprowadzenie „na siłę” elementów komediowych, to doskonale się to udało. Dodajmy jeszcze do tego dość tandetnie wykonane efekty specjalne podczas rywalizacji FlashaSupermanem i mamy niezły zgrzyt w tej całej zestresowanej i bardzo napuszonej lidze bohaterów. Cyborg (Ray Fisher) za to nie wywołuje żadnych emocji. Może też dlatego, ze ich jeszcze nie wykształcił. W końcu on codziennie budzi się inny, zmodyfikowany. To taka postać, która po prostu jest i wygląda. Pełni nawet kluczową role w rozdzieleniu Mother Boxów, ale mimo to nie zauważyłbym, gdyby nagle znikła.

Pozostaje jeszcze do omówienia dwóch członków Ligi. Obydwu uważam za społecznych renegatów i jednocześnie w pewnym sensie bogów. Pierwszy z nich to zrobiony na podobieństwo Neptuna, władca oceanów, czyli Aquaman (Jason Momoa). Postać wyrazista, zagrana naturalnie i zapadająca w pamięć. Z drugiej strony też niezbyt pasująca do hollywoodzkiej bandy herosów. Kłótliwa i często kontestująca decyzje batszefa. Dodaje całej grupie smaku i przede wszystkim nieco tonuje filmowy patos.

W przypadku Supermana (Henry Cavill) trzeba przyznać, że jego klasa bohaterstwa nie mieści się w żadnej skali. To udzielny król, archetyp ludzkiego wodza i boskiego pomazańca w jednym. I wyraźnie tak aktor został poprowadzony. Kamienna twarz walczącego ze Steppenwolfem Henry’ego Cavilla mogłaby jednak zmęczyć widza. Na szczęście nie pojawia się często. Widzimy za to romansowe wstawki Supermana delektującego się dotykiem liści kukurydzy niczym Maximus (Russel Crowe) w filmie Gladiator. Pozostawiam więc do oceny widzów zarówno te sceny, jak i ujęcia Supermana z boleśnie romantyczną Lois Lane (Amy Adams), rozkoszującą się zapachem dopiero co zmartwychwstałego dzielnego kochanka.

Melodramat w akcji

Kiedy sobie pomyślę, że za niebagatelny budżet trzystu milionów dolarów, który miała Liga Sprawiedliwości dostałem sałatkę o aż tak nieokreślonym smaku, chce mi się jeszcze bardziej obniżyć ocenę produkcji Zacka Snydera. Nie zrobię tego jednak ze względu na pewnego rodzaju sentyment do bohaterów. Wciąż pamiętam wrażenia, jakimi obdarzyli moje dzieciństwo, a są to uczucia niepowtarzalne. Nic tego nie zmieni. Nawet Jeremy Irons w roli Alfreda Pennywortha.

Liga Sprawiedliwości to film nierówny, przesycony filtrami, nadmiernym wykorzystaniem ostrej kolorystyki i co najważniejsze treściowo czarno-biały. Wiele ujęć jest tak szybkich i naszpikowanych efektami specjalnymi, że dla widza stają się wręcz nieczytelne – zwłaszcza podwodne bitwy między Steppenwolfem a Atlantami. Niezbyt trafiony jest również wątek z rosyjską rodziną zasiedlającą tereny byłej elektrowni atomowej, gdzie ma rozpocząć się budowa całego pandemonium. Dlaczego akurat w Rosji? Czyżby z powodu nieco mitycznego podejścia twórców z Hollywood, którym się wydaje, że w Europie za linią Odry wciąż zamieszkują nie znające elektryczności małpoludy?

Gwoździem do trumny jest muzyka. Napisał ją nie byle kto, bo sam Danny Elfman. Co jednak dzisiaj zostało z tego niepokornego twórcy tematu do Batmana z 1989 roku? Z przykrością stwierdzam, że ścieżka dźwiękowa w produkcji Snydera to najgorszej jakości mielonka turystyczna zrobiona z wyświechtanych nut. Zbyt głośna, łzawa i zamulająco patetyczna, żeby chcieć ją pamiętać. W połączeniu z nagminnie wykorzystywanym w filmie slow motion z niektórym scen robi się pastisz superbohaterskiego kina. Wystarczyłoby jeszcze wkleić jakieś śmieszne dymki narratora, jak w komiksach i mielibyśmy komedię Mela Brooksa. Może to jest sposób na uporczywą powagę Ligi Sprawiedliwości. Bo jeśli faktycznie supermani ze stajni DC chcą siedzieć przy okrągłym stole jako współcześni rycerze z arturiańskich legend, będzie im potrzebne nieco więcej dystansu, a nie udawanego humoru.

Zmęczeni herosi (ocena 4/10)

Nie jestem pewien, czy pewna dwuznaczność, którą zauważyłem w filmie, to celowy zamysł reżyserów, czy po prostu tak im bezwiednie wyszło. Ale po kolei. Ze względu na swoje problemy osobiste Zack Snyder nie ukończył filmu. Zrobił to za niego Joss Whedon, człowiek z marvelowego świata, który zawsze wydawał mi się nieco bardziej nieokreślony i pulpowy niż uniwersum DC. Po tej kinowej wizji chyba jednak zmienię zdanie. W przypadku Ligi Sprawiedliwości nie ma znaczenia, kto zaczynał, a kto kończył produkcję. Nic i tak by się w niej nie zmieniło. Przekaz filmu z jednej strony wydaje się jasny dla każdego. W obliczu radykalnego końca, kiedy wydaje się, że nie ma już żadnej nadziei, nawet tak przywiązani do swojej indywidualności superbohaterowie jak Superman, albo Wonder Woman muszą, chociaż na chwilę, zrezygnować ze swoich osobistych animozji i współpracować. Gdy jesteśmy zjednoczeni, nasza siła wzrasta i potrafimy robić rzeczy, których nigdy nie osiągniemy w pojedynkę. Jakże to amerykańskie i jednocześnie skuteczne. Wciąż mocarstwowa pozycja USA na świecie o tym właśnie świadczy.

Jest i druga strona medalu – właśnie owa dwuznaczność z powodu coraz większego natłoku postaci w superbohaterskim kinie. Może też dlatego zauważyłem w tym filmie pewne zgorzknienie. Bycie superherosem to jednak spora odpowiedzialność. Widać to po Batmanie, bo on jest z jednej strony najbardziej ludzki (przez to słaby), a z drugiej nie potrafi zintegrować się w pełni ze społeczeństwem. Znacznie lepiej wyc­hodzi to Supermanowi, chociaż ten jest Kryptończykiem. Czas upływa jednak nieubłaganie dla nich obydwu. Batman się w końcu zestarzeje i, jeśli się w porę nie wycofa, spartoli jakąś akcję, a wtedy zginie. Natomiast Superman doświadczy powolnego rozpadu świata, z którym się zintegrował. Z czasem umrą wszyscy, których pokochał, nawet jego nijaka Lois Lane (Amy Adams). Może wtedy znajdzie kolejnych na ich miejsce, albo co gorsza nie. Wtedy zgorzknieje. Sytuacja ta dotyczy również Flasha, Aquamana, CyborgaWonder Woman. Jak będzie wyglądało to superbohaterstwo, kiedy dopadnie ich upływ czasu? Czy tak, jak w Strażnikach? Kiedy pokonają już każde zło, okaże się, że nikt ich nie potrzebuje, a wtedy sami je sobie wymyślą? Bo może, skoro całym sensem życia stała się dla nich walka z ziemską i pozaziemską degrengoladą, to również oni są kluczowym dla jej istnienia produktem.

Dodaj komentarz