„Moda na sukces” w odległej galaktyce

Zimna i niedostępna przestrzeń kosmiczna. Na wpół zamarznięta generał Leia Organa (Carrie Fisher) z symbolicznie wysuniętą przed siebie ręką, szybuje wśród części oderwanych ze swojego flagowego krążownika. Wymieszało mi się już, czy widzę żeńskiego Supermana czy Matkę Boską zrobioną z midichlorianów. Nie zdziwiłbym się, gdyby na dopełnienie tej gwiezdnej abstrakcji Kylo Rena zagrał Dwayne Johnson. Na dodatek w głowie mi się nie mieści, że zarówno Ruch Oporu, jak i Najwyższy Porządek zatrudniają takich partaczy od dowodzenia. Gwiezdne bitwy rozgrywają między sobą kamikaze, albo psychotyczni samobójcy. Nie liczą się z żadnymi prawidłami taktyki i wzajemnego ubezpieczania, a przy tym dysponują pokaźnymi ilościami gotówki na statki. Może dlatego niezbyt ich im szkoda. Wszechpotężny Snoke by się uśmiał, gdyby w tej całej otoczce dramatycznego poświęcania życia, pozostał ktoś z głową na karku, dosłownie. Najwyższy Wódz jednak wydaje się podobnie głupi co i reszta. Potrafi recytować tylko głodne kawałki o potędze ciemnej strony, a sam daje się ograć swojemu najwierniejszemu uczniowi. Na dodatek podobno zna jego myśli. Brak tu wszystkim klasy Vadera. Rozdarcie Anakina Skywalkera było autentyczne, a oddech sprawiał, że drżały całe gwiazdy, no i fotel w kinie. Kylo Ren jest tylko „dzieckiem w masce”, zarówno w wewnętrznej fabule, jak i odbiorze filmowej wartości postaci dla bardziej rezolutnego niż amerykański widza. W Ostatnim Jedi Riana Johnsona z prawdziwych Gwiezdnych wojen nie ostał się nawet subtelny aromat. Jest za to Moda na sukces w odległej galaktyce.

Równowaga po disnejowsku

Mieli rację Obi-Wan Kenobi, Yoda i Luke, kiedy starali się wpoić swoim uczniom, że najważniejsza jest owa równowaga. Ciemna strona zawsze będzie istnieć, właśnie po to, żeby jasna mogła się od niej różnić. Vice versa podobnie. Jasna strona nie pozwoli się zepsuć, ponieważ musi równoważyć ciemną i paradoksalnie ochraniać ją przed konwersją na światłość. Oczywiście w swoim interesie, w myśl naturalnej zasady, że równowaga istnieje tylko dzięki dwóm stronom medalu.

Ta dualistyczna budowa świata jest nieodzowna dla istnienia tych dobrych i złoczyńców. Jednych i drugich można przeciągnąć do konkurencyjnego obozu, jednak poświęcenie całkowite i ślepe zarówno ciemnej jak i jasnej stronie może prowadzić do tragedii. Taką lekcję wydaje się odbierać Luke Skywalker w kolejnej już, ósmej części Gwiezdnych wojen: Ostatni Jedi. Cały film jednak dopada jakieś makabryczne rozchwianie. Z jednej strony powstaje wizualnie piękny spektakl, czyli kasa jest, ale scenarzysta (i reżyser w jednym) nie potrafi wymyślić historii bez zakrapiania jej tragicznymi frazesami i banałami. Niech wspomnę scenę, kiedy Rose Tico (Kelly Marie Tran) poucza Finna, którego właśnie uratowała przed niechybną śmiercią w rozgrzanej gardzieli wielkiego działa-energetycznego taranu, że: powinniśmy zwyciężać poprzez ratowanie tych, których kochamy, a nie zabijanie wrogów. Oczywiście trawestuję jej słowa, bo już nie pamiętam, jak dokładnie zostały wypowiedziane w oryginale i w tłumaczeniu, a niestety w kinie nagrywać filmu wciąż nie pozwalają. Poza tym uważam, że to całkiem mądre zdanie, ale twórcy filmu zrobili naprawdę wszystko, żeby je strywializować. Dookoła latają promienie laserów. Rebeliancki trup ścieli się gęsto. Działo ma zaraz wystrzelić i zniszczyć pancerne wrota bazy Ruchu Oporu, a tej zbiera się na przedśmiertne analizy natury heroicznej walki niczym TukidydesowiWojnie peloponeskiej. To właśnie mam na myśli, pisząc o rozchwianiu i braku równowagi mocy w filmie Riana Johnsona. Póki co jednak zacznę od samego początku, czyli od nieszczęsnej Gwiazdy Śmierci.

Ten będący wizytówką Imperium bojowy księżyc pojawia się po raz pierwszy w czwartej części sagi Georga Lucasa pt. Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja. Dzięki ofiarnej akcji rebeliantów, śmiercionośna broń Imperium zostaje zniszczona. Uparty Darth Vader wraz z Imperatorem Palpatinem jednak nie dają za wygraną i na orbicie planety Endor budują nową, jeszcze potężniejszą Gwiazdę Śmierci. Po raz kolejny zostaje ona zniszczona. To chyba wystarczy, żeby uzmysłowić sobie, że pod względem i taktycznym, i ekonomicznym, szkoda budować trzecią. A jednak nie. W kolejnej części Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy po śmierci Imperatora nie wiadomo skąd pojawia się tajemniczy Najwyższy Porządek z jeszcze bardziej enigmatycznym szefem o imieniu Snoke, i jak na ironię buduje następną Gwiazdę Śmierci. Ileż można nadużywać rozsądku widza i ciągle wymyślać to samo. Nie dość, że producentom ze stajni myszki Mickey zabrakło pomysłów, żeby jakoś wyjaśnić genezę nowej, totalnej organizacji, to jeszcze zastosowali tani wybieg, upodabniając ją do III Rzeszy Niemieckiej. Analogia musiała być szyta ściegiem grubszym niż blizny na twarzy Snoka, inaczej głuptaki w kinach by się nie połapali – tak pewnie myśleli.

No i co się stało ze śmiercionośną planetą Starkiller, we wnętrzu której ukryto działo potężniejsze niż dwie pozostałe Gwiazdy Śmierci? Oczywiście została zniszczona. Podczas seansu siódmej części sagi Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy zagryzłem zęby po raz ostatni. Pomyślałem – No dobrze. Niech im będzie, że trzy magiczne razy chcieli mieć tę cholerną gwiazdkę. Ale teraz już się pewnie nauczyli, że to bez sensu i na tym koniec. Więcej jej nie zobaczę w żadnej formie.

Niestety, w ósmej części lucasowskiej franczyzy, na planecie Crait, pomimo narastającego we mnie niesmaku i sprzeciwu, siły Najwyższego Porządku zdesantowały na powierzchnię solnego jeziora ogromne i nieruchawe działo nazywane miniaturową Gwiazdą Śmierci. Kiedy je zobaczyłem na ekranie od razu skojarzyło mi się z zadaszonym dla ochrony żołnierzy taranem używanym w starożytności oraz w średniowieczu, w naszej galaktyce. I co gorsza, rebeliantom nie udało się go zniszczyć. Jaki z tego wniosek? Jakaś forma Gwiazdy Śmierci, o zgrozo, z pewnością objawi się w kolejnej części Gwiezdnych wojen.

Wracając do równowagi mocy, sposób postrzegania kosmosu przez Georga Lucasa jest efekciarski i nie ma nic wspólnego z cechami charakterystycznymi dla próżni. To już dawno wybaczyłem całej serii, bo w każdym z filmów, niezależnie czy reżyserował je Lucas, Kershner czy Marquand, to historia postaci miała pierwszeństwo. Dzięki temu, nawet cukierkowe, nieraz kiczowate i ordynarnie namalowane tylne plany w częściach od pierwszej do trzeciej (Mroczne widmo, Atak klonów, Zemsta Sithów) można było zrównoważyć ciekawie opowiedzianą fabułą. Dało się to zrobić bez pustosłowia i spiętych w kroku aktorów patrzących gdzieś ponad obiektyw kamery podczas melodramatycznych recytacji kwestii o wolności, poświęceniu i tym podobnych ciągle wałkowanych w amerykańskim kinie bzdetach.

W przypadku Ostatniego Jedi historia jest opowiedziana tak koślawie i niekonsekwentnie, że moją uwagę zwróciły niedociągnięcia w prezentacji właśnie tej otoczki, czyli hałaśliwego kosmosu i odbywających się w nim bitew. Nie mogłem wprost uwierzyć, że tak potężny i ciężki okręt wojenny, jakim jest międzygwiezdny drednot Najwyższego Porządku może poruszać się bez wsparcia myśliwców i osłony niszczycieli. Na ich oczach załatwia go tak naprawdę jeden sprawny myśliwiec Ruchu Oporu, którego pilotuje Poe Dameron (Oscar Isaac) i ostatni ze zdziesiątkowanej eskadry bombowców z jakże ofiarną pilotką na pokładzie. A bomby lecą z niego w tej próżni kosmicznej, jakby nie zdawały sobie sprawy z naczelnych praw fizyki. Tak to właśnie jest, gdy konkretnej treści za mało w filmie, to po wyjściu z kina pamięta się same naukowe wtopy.

Być, albo nie być Jedi

Trzeba przyznać, że Mark Hamil w roli Luke’a Skywalkera spisał się bardzo dobrze. Moim zdaniem właśnie jego rola oraz pełna ekspresji i nietuzinkowej charyzmy kreacja Oscara Isaaca (Poe Dameron) ratują film Johnsona przed całkowitą klapą. Ciągnie go natomiast w kierunku dna niewyważona i do bólu szablonowa postać Rey (Daisy Ridley). Biedna, prawie bezdomna sierota, całym swym podziurawionym sercem pragnąca odszukać jakiekolwiek informacje o zaginionych rodzicach i zrozumieć pulsującą w niej moc.

Nie sądziłem, że tak łatwo można zostać Jedi. Nawet zrodzony przez midichloriany, genialny adept, którym był Anakin Skywalker (Hayden Christensen) musiał wiele lat spędzić na treningu pod okiem Obi-Wana (Evan McGregor). Z kolei Luke Skywalker trochę się mozolił z tym X-wingiem pod okiem Yody na planecie Dagobah. Ich wysiłek na trudnej drodze Jedi jest nieodzowną częścią fabuły, ponieważ widz wciela się w obydwie te postaci o tyle, o ile zwiększa się ich wysiłek, by panować nad mocą, nieważne czy ciemną, czy jasną. Najwartościowsze są postaci wielowymiarowe, zadręczające się jakimś narastającym, wewnętrznym konfliktem. Niestety Rey jest aż do bólu płaska i oddana sprawie niczym mityczny, polski Żołnierz Wyklęty. A przy tym potrafi stanąć w szranki z Kylo Renem już po trzech lekcjach u Luke’a. I to nieszczególnie merytorycznie przydatnych. Znów coś tu nie gra z równowagą w fabule. Myślę, że scenarzyście zależało na tanich, efekciarskich zabiegach. Po co zaprzątać widzowi uwagę jakimiś tam szkoleniami. Wystarczy, że Rey powie z rozanielonym wzrokiem – Zawsze czułam, że coś we mnie jest. A Luk na to – Oddychaj, oddychaj. No i już mamy Jedi? A może to casting do porno s-f? Czuję, że ktoś robi ze mnie idiotę. Oczekuję znacznie więcej treści w tej filozofii bycia rycerzem midichlorianowej siły.

A może jej tam nie ma? Skoro Rey widzi w jaskini wyłącznie niekończące się odbicie swojej postaci, może nie ma nic poza nią. Jej poznanie ograniczone jest do lęku i przemożnej chęci zdobycia wiedzy na temat, kim byli jej rodzice. Nawiasem mówiąc, jest to jedna z lepszych scen w całym filmie, nawiązująca do platońskiej groty i kajdan niewiedzy, co do prawdziwej natury świata, spoczywających na zmysłach i rozumie człowieka.

Skoro mit Jedi ma ostatecznie upaść, to niechże upadnie z godnością, jakąś mniej banalną pointą, a nie pośród hollywoodzkich dramatów tak ciężkich, że zapada się kinowy fotel, przeplatanych wtrętami robiącymi z całego tego teatralnego anturażu zwyczajną farsę. Wiem, że owa pointa, jest w tym filmie, tylko jakoś nikomu nie chciało się jej wystarczająco inteligentnie wyeksplikować. Mało tego, jest ona rewolucyjna wobec stosunku całej sagi Gwiezdnych wojen do starożytnego zakonu Jedi. Przecież Luke jest jej przykładem. Kiedy przez moment ulega czającemu się w nim przerażeniu i włącza miecz świetlny nad śpiącym Kylo Renem (Adam Driver), okazuje się, że wielka chęć czynienia dobra, prowadzi do ulepienia nowego zła. Anakin również sprowadził siebie na ciemną stronę, a chciał jedynie ochronić Padme. (Natalie Portman). Mistrz Jedi Sifo-Dyas zlecił klonerom z planety Kamino stworzenie armii klonów na wzór łowcy nagród Jango Fetta. Jak na ironię ta armia stała się podstawową siłą militarną przyszłego Imperium i wymordowała dużą część członków zakonu Jedi. Uogólniając te wszystkie fakty, trzeba więc stwierdzić, że nad Jedi ciążyło jakieś spore zaburzenie mocy, skoro ich kluczowe decyzje budowały filary nowego, mrocznego ładu w Galaktyce w postaci Dartha Vadera, szturmowców i władzy powołanego najpierw przez Senat Republiki Imperatora. Zatem, to istnienie wojowników z zielonymi meczami świetlnymi sprowokowało powstanie Imperium, a później tajemniczy międzygalaktyczni miliarderzy sfinansowali Najwyższy Porządek.

Jedynym sposobem, żeby wyrwać się z tego fatum jest pozwolić przeszłości umrzeć, niezależnie od tego, jaka była. Stare dobro i zło muszą odejść, zwłaszcza, jeśli odczuwa się przerastające wszystko, a szczególnie aktualny świat, pragnienie, by znów wróciły do życia. W tej recepcie Kylo Rena znajduje się celnie sformułowana metoda na przewartościowanie sytuacji w całym lucasowskim uniwersum, jednak „dziecko w masce” nie umie jej mądrze wykorzystać. Plan Snoke’a się więc w jakimś sensie spełni.

I tak naturalnie od chwilowego wyliczania zalet ukrytych wątków Ostatniego Jedi, przeszedłem do kolejnego zachwiania zarówno w filmie, jak i w moich wobec niego oczekiwaniach, którym jest postać Snoke’a. W Przebudzeniu mocy niespodziewanie wyrósł on na kogoś potężniejszego niż „stary” Imperator (Darth Sidious). Stąd apetyt na historię jego postaci tym bardziej wzrósł. Jego przedwczesna śmierć z ręki Kylo Rena, nawet jeśli zawiera ukryte podteksty, wydaje się zabiegiem wykonanym tylko po to, by nie tłumaczyć, kim faktycznie był, ponieważ nikt tego nie wie, a co najgorsze, nie wie tego scenarzysta. Chciałbym się mylić, lecz dla filmowego efektu w stylu powierzchownego antagonisty rodem z Avengersów Marvela, wystarczyło stworzyć dla Rena człekokształtną formę mentora z trupią dziurą w policzku, jadąc przy tym na popularności Imperatora Palpatine’a i zrzynając jego zdolności manipulacyjne. Wymuszona brakiem konkretnych danych historycznych tajemniczość Snoke’a dobrze pasuje do luk w dziejach Najwyższego Porządku. Po co się głowić i wymyślać coś, co nie ma uzasadnienia z marketingowego punktu widzenia dla sprzedajności produkcji. Ma być po prostu głośno i kolorowo.

Kończąc wątek Snoke’a, może i jest metoda w celowym niedopracowaniu tej postaci. Gdyby tak, sugerując się literalnie tym, co mówi w trakcie starcia Kylo Rena z Rey (wie wszystko, co Ren ma zamiar zrobić), uznać go za istotę będącą dosłownie ciemną stroną, a nie za jakiegoś kolejnego popaprańca w stylu superzłoczyńcy z Batmana, albo Supermana? Ta personifikacja mroku wydaje się tkwić w nim znacznie głębiej niż u Imperatora, który był tylko człowiekiem uwiedzionym przez ideologię Sithów. Snoke żyje i rozumuje poza klasycznym rozdziałem wartości na dobro i zło. Mentor Rena wydaje się dysponować potęgą zarówno jasnej jak i ciemnej strony, zgodnie z regułą, że najgłębszym stopniem wtajemniczenia w istotę rzeczywistości, jest odrzucenie podziału na ascetyczną jasność i dionizyjską, pierwotną ciemność.

Zarówno Jedi jak i Sithowie zawsze spoglądali na świat jednostronnie. Dążyli do bezgranicznego oddania życia swojemu zakonowi, a jednocześnie panicznie obawiali się skażenia ideologią przeciwnika, co w konsekwencji doprowadzało ich do podświadomego i emocjonalnego narastania obaw. Co ciekawe, w pułapkę własnych słabości nie wpadali jacyś tam szeregowi rycerze Jedi czy Sith, lecz najlepsi z nich. Widać, że na pewnym, ultrawysokim poziomie umiejętności stosowanych do kontroli mocy, nie wystarczała jedna strona. Luk Skywalker uświadomił sobie tę zależność i wolał odejść w zapomnienie z całą legendą. Upierdliwa Rey mu na to nie pozwoliła. I tu mogłaby się rozpocząć najbardziej epicka historia syna Anakina, bo Mark Hamil nareszcie poczuł, jak to jest być dobrym aktorem. Wątek ten został jednak szybko ucięty, zgodnie z zarysowującą się mi w Ostatnim Jedi regułą – Wszystko, co ciekawsze, albo zmaścimy jakimś banałem, albo kogoś rokującego po tylu latach aktorską poprawę jednak uśmiercimy.

Wracając do kwestii końca epoki Jedi, gdyby ich religia była tak czysta, jak zakłada wyidealizowany model w umyśle Rey, to skąd jaskinia ze źródłem ciemnej strony na wyspie Ahch-To, gdzie przetrwała zniszczenia dokonane przez Imperium pierwsza świątynia Jedi? Czyżby pierwsi mistrzowie zakonu celowo kolaborowali z mrocznymi siłami, żeby w razie kryzysu wiary mieć alternatywę? Robili to jedynie dla ryzykownych ćwiczeń inicjacyjnych, czy też, by zaspokoić jakąś głęboko skrytą potrzebę? Kategorie pospolitego dobra i zła zawsze wydają się semantycznie czyste, natomiast ludzkie emocje, działania i fakty nigdy w tych ciasnych pudełkach nie pozwolą się zamknąć. Tak rodzi się konflikt, najpierw mentalny, a potem militarny. Znamy to z naszego świata. Dlatego trwa permanentna wojna w Galaktyce. Pytanie tylko, czy Snoke jest jej głównym architektem, czy niedopracowaną literacko ofiarą disnejowskiego marketingu? To jednak wyłącznie moje domysły. W filmie nic na ten temat jasno nie jest powiedziane.

Aktorskie PO-PISy

Nie ma to jak być pistoletem, który tylko patrzy, żeby coś rozwalić. Oscar Isaac w roli Poe Damerona spisał się w Ostatnim Jedi niemal tak dobrze jak Mark Hamil. Kilka razy scenarzysta niepotrzebnie zrobił z niego idiotę. Dzielny aktor jednak się nie poddał. Dzięki temu zapamiętałem go jako taki jasny, bezpretensjonalny punkt na całej mapie aktorskich wtop w produkcji Johnsona.

Uważny widz pewnie dostrzegł to przesunięcie akcentu z wyjątkowo nijakiej Lei Organy na Damerona. Mając w głowie świadomość tego, że Carrie Fisher nie żyje, a to przecież ona dowodziła Ruchem Oporu, można się spodziewać poszukiwań nowego przywódcy. Uważam, że Poe się do tego jak najbardziej nadaje, ponieważ nie boi się podejmować trudnych decyzji. Z czasem powinien nabrać więcej oficerskiej klasy, a wtedy stanie się wymarzonym dowódcą na nadchodzące trudne czasy dla rebeliantów.

Wracając jeszcze do Lei. Wygląda na to, że problemy trapiące grającą ją Carrie Fisher w końcu dały znać o sobie również w przypadku filmowej postaci. Księżniczka Organa wydaje się aktorsko zamknięta, sztywna, niewiele ma do powiedzenia mądrych rzeczy, prócz dialogowych zapychaczy. Jest tak mentalnie i fizycznie ociężała, że równie dobrze mogłaby jeździć na wózku inwalidzkim i cierpieć na afazję, a i tak nie zauważyłbym różnicy. No i rzecz najgorsza. Carrie Fisher tak sztucznie odtwarza Leię, jakby czytała swoje kwestie z promptera. Jej artykulacja głosowa przypomina mi nieco polskie aktorki typu Agnieszki Włodarczyk, albo Romy Gąsiorowskiej, które za wszelką cenę chcą udramatyzować grane przez siebie postaci, co wychodzi im tak szkaradnie, że aż groteskowo.

Co do Johna Boyegi, nie można odmówić mu pasji i starań, aby postać Finna wypadła jak najlepiej. Chwała mu za to. Zrobił wszystko, co trzeba, żeby uratować swój aktorski wizerunek, bo rola, którą w Ostatnim Jedi odgrywa Finn nieoczekiwanie zmalała do rozmiarów główki od szpilki. Biedak, nie mógł nawet heroicznie umrzeć, wlatując do rozgrzanej gardzieli działa podczas walki na planecie Crait, bo mu na to nie pozwoliła zakochana w nim Rose Tico (Kelly Marie Tran). Warto zapamiętać ten ich multirasowy pocałunek „pod ostrzałem”, jako wyraz disnejowskiego romantyzmu w XXI wieku.

Po obejrzeniu Przebudzenia mocy, byłem przekonany, że postać Finna będzie miała większe znaczenie dla całej historii. Nie mogę jednak uznać za warte odnotowania w gwiezdnych kronikach osiągnięcie, którym było pokonanie w szablonowej i nieco ociężale skonstruowanej walce kapitan Phasmy (Gwendoline Christie). W ogóle nie rozumiem znaczenia tej postaci. Chodzi jak robot z nienaoliwionymi stawami biodrowymi i denerwująco świeci pancerzem jak tęczowe soczewki w okularach pilota z Top Gun. Niby dowodzi szturmowcami, ale niezbyt to widać, bo bez cienia własnej opinii wykonuje rozkazy wyższych oficerów. I czemu u licha jej pancerz jest mocniejszy od reszty taktycznych ubranek szturmowców? Czyżby Najwyższemu Porządkowi tylko na jej wdzianko starczyło tajnych materiałów albo niebotycznych funduszy? I pomyśleć, co by było, gdyby w takie zbroje ubrać całą postimperialną armię. Wreszcie żołnierze przestaliby tak masowo padać po strzale z każdej, nawet lekkiej broni. Po co oni w ogóle noszą te plastikowe mundury? Wiem, że szturmowcy tak wyglądają od początku Gwiezdnych wojen. Zaakceptowałem to, bo zawsze w tej swojej alogicznej nieodporności na bezkrwawe obrażenia, byli jednorodni. Nie czepiałbym się, gdyby nagle nie zjawiła się Phasma. Pani kapitan zaświeciła opancerzeniem z nowymi możliwościami, których nie wiadomo dlaczego brak u podlegających jej żołnierzy.

Kolejną postacią programowo rozwaloną przez kiepski scenariusz jest DJ, enigmatyczny złodziej i szmugler. Grany przez Benicia del Toro pojawia się i znika bez zająknięcia o tym, kim jest, jaki ma głębszy sens jego obecność, zwłaszcza odtwarzana przez aktora z tej półki. Tak bezpłciowe kreacje nie daje się do odegrania artystom klasy Benicia. Ciarki mnie przechodzą, kiedy przypominam sobie, kogo potrafił zagrać w obrazie Alejandra Gonzáleza Iñárritu 21 gramów, i na co mu pozwolono w Ostatnim Jedi.

W tej kamaryli aktorskich pomyłek trzeba jeszcze znaleźć dwa ważne miejsca. Pierwsze z nich zajmuje Domhnall Gleeson (generał Hux), który usilnie stara się dorównać Peterowi Cushingowi w roli Wilhuffa Tarkina. Zarówno jednak piskliwy głos, zbytnio pijący w grdykę kołnierzyk i brak świadczących o profesjonalizmie zmarszczek, nie pozwalają mu na stworzenie jakiejkolwiek łączności z widzem, prócz niemiłych dla oka wrażeń estetycznych i wysłuchiwania słabych żartów sytuacyjnych. (np. dialog z Renem wewnątrz maszyny bojowej AT-M6 na planecie Crait).

Drugie miejsce w grupie „zmarnowanych” aktorów zajmuje największe moje rozczarowanie w filmie, Daisy Ridley. Trudno mi się jednak zdecydować, czy faktycznie to ona ponosi całkowitą winę za swoją aktorską kreację Rey. Wolę sądzić, że po prostu nic nie dało się więcej wycisnąć z Rey, zbieraczki złomu, która rokowała całkiem nieźle w Przebudzeniu mocy. W Ostatnim Jedi odkryła jednak jak bardzo wiele jeszcze musi przeżyć, co powinno trwać lata, a nie dni i tygodnie. Jedi nie można stać się po trzech lekcjach u zniechęconego do mocy Luke’a. To mentalne rozmowy z Renem dawały szansę Rey na wgląd w prawdziwe motywy swojego postępowania. Walka z nim ramię w ramię udowodniła, że są dla siebie stworzeni i mogą się uzupełniać, dosłownie jak skłonne do złego dobro i chwiejne w swoim okrucieństwie zło. Podzieliła ich za to przyszłość i stosunek do natury władzy. Mimo szablonowości psychiki młodej adeptki Jedi, nie tracę nadziei, że Kylo Ren potrafi coś jej jeszcze pokazać na drodze jednoczenia ciemnej i jasnej strony mocy. Jeśli tylko Adam Driver utrzyma tę znakomitą jakość swojej gry aktorskiej, którą zaprezentował w obydwu najnowszych częściach gwiezdnej sagi.

Disney rżnie już na całego

Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach do robieniu filmów autorskich, które jednocześnie są franczyzą jakiejś kilkudziesięcioletniej serii, zatrudnia się zwykle mniej doświadczonych reżyserów. A kiedy jeszcze ci podsterowni twórcy biorą się za pisanie scenariuszy, to są już wręcz idealni dla wykładających kasę na produkcję. Producenci mogą mieć wpływ dosłownie na wszystko. Z takiego chorego mariażu powstają filmy typu Ostatni Jedi. Co więc zobaczyliśmy? Nic, czego byśmy już nie widzieli w poprzednich częściach. Mało tego, jak już Rian Johnson miał w taki sposób zrzynać z filmów sprzed ponad trzydziestu lat, mógł to zrobić chociaż kreatywnie. Niestety…

  1. Niewątpliwie klimat słonej pustyni Salar de Uyuni w Boliwii jest doskonały do zobrazowania jatki na planecie Crait, lecz obniżmy temperaturę i z ciągnącego się aż po szczyty Andów solniska zrobimy niedostępny, lodowy księżyc Hoth. Bitwa o Hoth jest bardzo ważną częścią fabuły piątej części sagi Gwiezdne wojny: Imperium kontratakuje. W jednej i drugiej potyczce nominalnie wygrywają siły ciemnej strony, ale prócz zdemolowania rebelianckich baz nikogo z ważniejszych członków Ruchu Oporu nie udaje się ani pojmać, ani zabić. Użycie zdezelowanych ścigaczy nawiązuje z kolei do morderczych wyścigów Boonta na Tatooine (część I, Mroczne widmo), w których brał udział mały Anakin. Pokonując Sebulbę, wygrał swoją wolność od Toydarianina Watto, a Qui-Gon Jinn (Liam Neeson) zabrał go na planetę Coruscant, gdzie po raz pierwszy zobaczyła go Rada Jedi i zaniepokojony osobliwym „znaleziskiem” Yoda
  2. À propos Również w piątej części sagi Imperium kontratakuje, Luke Skywalker trafia na bagnistą planetę Dagobah, gdzie mozolnie doszlifowuje fach Jedi. Planeta jest odludna, spartańska do życia, pełna dziwnych stworzeń i mieszka na niej trudny w obyciu mistrz, który nie obiecuje żadnych efektów. Wymaga za to nadludzkiego wysiłku, a nawet spotkania z samym Vaderem – na Dagobah jest takie miejsce, pełne wpływu ciemnej strony, gdzie słaby człowiek przegrywa ze swoimi najgłębszymi lękami. Na końcu egzaminu pod maską ojca Luke znajduje swoją twarz. A teraz przypomnijmy sobie niedostępną wyspę Ahch-To, stosunek Luke’a do Rey i jaskinię z nieskończonym lustrem. Znów nic nowego.
  3. Z kolei w kulminacyjnej scenie z części szóstej Powrót Jedi rozgrywającej się na nowej Gwieździe Śmierci Imperator Palpatine próbuje ściągnąć Luke’a na ciemną stronę. W tym celu prowokuje starcie między nim a Darthem Vaderem. Gdzieś w tle, na księżycu Endor, wykrwawia się właśnie tajny plan rebeliantów zlikwidowania generatorów tarcz nowej imperialnej broni. Luke pokonuje ojca, ale go nie zabija, tylko odrzuca miecz. Imperator już wie, że nie przeciągnie go na ciemną stronę. Razi go więc błyskawicami. Niespodziewanie w obronie syna staje Vader i zabija Palpatine’a. Ponad trzydzieści lat później, na swoim monumentalnym krążowniku, Snoke namawia Kylo Rena (Adam Driver) do zabicia Rey. Miecz świetlny dziewczyny leży tuż obok ręki antagonisty, podobnie zresztą, jak kiedyś obok ręki Imperatora leżał miecz Luke’a. Również tak samo jak Luke, Kylo nie zabija Rey, tylko usuwa swojego mistrza. Potem następuje walka z gwardzistami Snoke’a, którzy okazują się niezwykle sprawnymi wojownikami. Rey i Kylo ledwie dają radę ich pokonać. A szczególnie Ren, co jest tym bardziej dziwne, że podobno był równie genialny co Vader i szkolił się przecież w sztuce walki tyle lat. Z opresji ratuje go Rey – młoda adeptka nauk Jedi, która walki mieczem uczyła się „po godzinach”, o wschodach i zachodach słońca, niczym Jean Claude van Damme przeniesiony do innej galaktyki na mistrzostwa mandaloriańskiego kickboxingu.

Można by tak jeszcze kilka rzeczy powymieniać, ale po co jeszcze bardziej zniechęcać się do filmu. Już ta ocena, którą wystawiłem, mocno chwieje się w posadach. Jednego jestem pewien. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę tak myślał o którejkolwiek z części Gwiezdnych wojen. Byłem w kinie na tandetnie odświeżonej wersji Imperium kontratakuje z elementami Powrotu Jedi. Dobrze, że mam swoje okulary do IMAX. Chociaż pod tym względem łudzę się, że aż tak nie przepłaciłem.

Dobro wywołuje zło (ocena 3/10)

Nieźle skrojone rozmowy Rey z Kylo dały mi na chwilę nadzieję, że zrodzi się miedzy nimi coś, co przekroczy ten wyświechtany podział na jasną i ciemną stronę. Nie, nie, nie chodzi mi o romans, ale coś więcej niż samo chcenie posiadania władzy, albo czynienia apostolskich dzieł, by wybawić otaczający świat od niekończącej się wojny. Chciałem po prostu dowiedzieć się, czegoś mniej oczywistego niż wszystko to, co już wiem z poprzednich części. Pamiętając, że zarzucano J.J. Abramsowi zbytnie upodobnienie Przebudzenia mocy do Nowej nadziei oczekiwałem niebanalnego zwrotu, jakiegoś kontrowersyjnego mięsa, przewartościowania systemu zasad i Jedi, i Sithów. Mroczna, zmęczona twarz starego Luke’a sugerowała zmianę w wymowie ósmej części sagi, bo ileż razy można oglądać te same motywy, tylko inaczej zmiksowane.

Han Solo już nie powróci. Luke również dokonał żywota, jak na ironię nie unosząc prawdziwego miecza, tylko w wirtualnej potyczce z rozhisteryzowanym Renem (ukłon w stronę naszych czasów?). A na dodatek Sokoła Millenium zamieszkują porgi, robiąc sobie z niego wielkie gniazdo. Przy takiej ilości CGI trudno nawet ocenić zdjęcia (Steve Yedlin). Praktycznie każdemu ujęciu towarzyszy łzawa muzyka Johna Williamsa, która, chociaż pozostaje w klimacie wczesnych Gwiezdnych wojen, to dręczy ją molowy patos. Wstrząsające emocjami partie smyczków krzyczą z obrazu, a na dodatek płaczą, dramatyzują, czasem też jęczą, cierpiące i umierające za całe narody postaci. Trudno to znieść przez dwie i pół godziny seansu. Może zajadły miłośnik Dynastii lub Mody na sukces będzie umiał. No cóż, zmiany, zmiany, zmiany…

Kiedyś Obi-Wan powiedział Anakinowi na Mustafar, że go zawiódł. Miał rację. Na tak wysokim poziomie mistrzostwa Jedi, nie widzi się już obiektywnie emocji innych. Tak działa moc. Równowaga w ilości złoczyńców i apostołów musi być zachowana. Z tego zawodu narodził się Vader. W końcu Vader umarł jako nawrócony, a robił rzeczy do cna zwyrodniałe. Z perspektywy czasu jego hełm wcale nie wygląda na maskę, za którym kryło się dziecko. Podobnie z perspektywy historii kina Gwiezdne wojny z lat 70. i 80. nie muszą się wstydzić, że śmierdzą beztreściowym efekciarstwem i udramatyzowaną tandetą. A Ostatni Jedi?

3 comments

Recenzja mocno subiektywna. Szkoda bo nie tak powinny wygladac recenzje. Film bardzo dobry i z pewnoscia zasluguje na 8 lub nawet 9. Ma sporo minusow jednak plusow jest znacznie wiecej i jesli zrozumiemy ze to star wars i wszystko jest mozliwe, bedziemy sie na nim przednio bawic.

Zgadzam się. Recenzja jest bardzo subiektywna, pełna spoilerów. A właściwie to zarówno recenzja, jak i analiza filmu. Przekazuję w niej osobiste wrażenia z seansu, ale wiem też, że co do całej sagi wielu widzów miało podobne odczucia, zwłaszcza zagorzałych fanów tego charakterystycznego dla Lucasa sposobu narracji w filmie. Dla mnie go zabrakło.

A czy Wy, łebki, wiecie, co oznacza słowo”recenzja”? Chyba nie bardzo, skoro zarzutem jest subiektywność.

Dodaj komentarz