Top Gun po polsku z wódką i krzyżem w tle

Zupełnie się nie dziwię, że Hubert Zumbach uznał film Davida Blaira 303. Bitwa o Anglię za wspaniały. Przecież jest synem głównego bohatera i najwidoczniej oczekiwał martyrologicznej laurki. Ten cel został spełniony doskonale, chociaż angielsko-polska produkcja z wojennym kinem historycznym ma niewiele wspólnego. To raczej słabo zrealizowana technicznie i beznadziejnie aktorsko zagrana historia traktująca o tym, jak Polacy umieli być bohaterscy i oddani w czasach dla nich pozbawionych nadziei i elementarnego człowieczeństwa. Cóż jednak z tego, że scenariusz filmu miał takie wzniosłe ideały, kiedy łopatologiczna prezentacja naszej sytuacji w czasie II wojny światowej miesza się w nim z teatralnie odegranym, łzawym melodramatem. I jeszcze te efekty specjalne jak z gier komputerowych na początku XXI wieku.

Gdzie ten Dorociński?

Zanim jednak pojawiły się te pochwały (w sumie to końcowe minuty z napisami), Polacy zostali zaprezentowani jako na wpół dzicy ludzie ze wschodu, którzy wódką przepijają modlitwę, a skrycie w ciemności chętnie korzystają z usług brytyjskich kobiet, które w wojsku czują się bardzo samotne. Nie mam zamiaru za wszelką cenę udowadniać, że taki wizerunek Polaka na Zachodzie jest nieprawdziwy. Ten medal ma również drugą stronę. Jeśli film obejrzy młodsza widownia zza naszej zachodniej granicy, która ani nie zna naszej historii, ani nas jako ludzi, kto wie, czy zaprezentowana skłonność pilotów do picia wódy z gwinta nie przesłoni ich podniebnych dokonań? A zresztą. W sumie Irlandczycy, Żydzi i np. Rosjanie też nie mają dobrej opinii w ludowych opowieściach tak samo za Odrą, jak i nad Wisłą, a film komercyjnego sukcesu raczej nie odniesie. Jesteśmy więc bezpieczni.

Po plakacie Bitwy o Anglię wydawać by się mogło, że Marcin Dorociński będzie jednym z głównych bohaterów. Po seansie za to już wiem, że to raczej lep na polskiego widza, bo dowódca Dywizjonu 303, Witold Urbanowicz, w którego wcielił się Dorociński właściwie jest przylepiony do całej akcji filmu jak przeżuta guma do ławki gimbusa. Akurat w tym przypadku to bardzo dobrze, bo nasz polski towar eksportowy w postaci Marcina z tą jego surową mimiką, zdrewniałymi mięśniami twarzy i jednostajnym głosem wprowadza do grobowego nastroju filmu jeszcze więcej propagandowej depresji. Gorzej sprawa wygląda z głównym bohaterem produkcji, Janem Zumbachem.

Zagrał go Iwan Rheon, posępny i brutalny Ramsay Bolton z Gry o tron. W Bitwie o Anglię toczony przez równie niebezpieczną chorobę, którą stanowią nienawiść, lęk i doświadczenie śmierci bliskich. Można by pomyśleć, że to świetny materiał na interesującą postać. Co z tego? Czar pryska, gdy Iwan odzywa się po polsku. Doświadczenie jest żenujące. Można je porównać tylko do amatorskiego teatru albo castingowej prezentacji młodego dziennikarza, który jeszcze nie jest wprawiony do czytania z telepromptera. Scena spotkania Polaków w hotelu wywołała u mnie chęć schowania się pod kinowym fotelem. Było mi wstyd za drewnianą grę aktorów, przedziwną rytmikę cedzonego języka polskiego, słabą synchronizację ust z podłożonym głosem i koszmarne prowadzenie kamery. To ostatnie zresztą trwa przez cały film. Nie jest to do końca styl DOGMY, bo obiektyw się trzęsie zbyt mało jak na filmowanie „z ręki”, wystarczająco jednak, żeby zwrócić na to uwagę. Zakładam więc, że zabrakło pieniędzy na solidną stabilizację.

I nie tylko na nią. Ogólnie wizualna strona produkcji przypomina niedoinwestowany film telewizyjny, a nie kinowy hit. Gra światłem, kontrast, zmieniający się balans bieli, głębia planu uzyskiwana za pomocą kolorystyki właściwie nie istnieją. Dodatkowo jakość niektórych ujęć sugeruje, że ktoś dopiero uczy się obsługi kamery, bo niezbyt trafia z ostrością albo robi to zbyt wolno. Za przykład owej taniości wizualnej niech posłuży kadr ze zbombardowanym domem. Nie dość, że jest ciemno, żeby ukryć braki w efektach specjalnych, to jeszcze za przekrzywioną firanką umieszczono pulsujące światło, które miało udawać ogień. Takie zabiegi widziałem u modelarzy, którzy budują sceny batalistyczne, oraz w teatrze, gdzie ze względu na warunki sceniczne konieczna jest pewna umowność przekazu. W kinowym filmie, który ma za zadanie rozsławić naszą historię, to śmiesznie mało. Mógłbym nawet uznać, że ktoś nam, Polakom, niezbyt przychylny zrobił tę całą produkcję tylko dla beki. A brak środków wcale niczego nie tłumaczy. Jeśli się ich nie ma, nie trzeba pewnych tematów po prostu ruszać. Inaczej wyjdzie taki kit jak 303. Bitwa o Anglię.

Ostatecznie film dobijają ujęcia lotników w kokpitach. Na marginesie już zostawiam to, że bitwy powietrzne odbywają się ciągle w tych samych chmurach i nad tymi samymi polami. Wygląda to jak monotonna gra komputerowa sprzed lat, gdzie twórcy musieli uważać i na ilość pamięci, i na objętość samej gry w dyskietkach. Wracając do zbliżeń polskich asów w samolotach Hawker Hurricane, przypominają one ujęcia jadących samochodów z lat 40. i 50. Aktorzy grają na tle wielkich, ruchomych obrazów, a autem porusza grupa spoconych członków ekipy, żeby wyglądało, że jedzie.

Oglądając Bitwę o Anglię, bardzo chciałem utożsamić się chociaż z jedną postacią. Z żalem stwierdzam, że nie było z kim. Największe szanse miał Jan Zumbach. Niestety kilkanaście minut projekcji pokazało mi, że to nie będzie możliwe. Postawiłem więc na silną osobowość Johna Kenta. W tej roli Milo Gibson wypadł całkiem nieźle. Wyprzedził go tylko Sławomir Doliniec jako Tolo. Aktorska osobowość Gibsona ostatecznie na niewiele się zdała, bo scenariusz filmu nie przewidział dla niego roli, która decydowałaby o rozwinięciu całej historii. Jest jeszcze i inny problem. Tego rozwinięcia nie było, chyba że mamy uznać za nie koniec wojny. Nie brakowało za to pogrzebowej muzyki autorstwa Laury Rossi i pełnych udawanego dramatyzmu wstawek mordowania Polaków przez nazistów.

Polska wódka szkodzi

A tak w ogóle, to czy w filmie zaprezentowana jest jakakolwiek specyficzna historia Dywizjonu 303 czy innej eskadry, nie ma znaczenia przy tym odessaniu fabuły z konkretnych wydarzeń historycznych. Jacyś piloci sobie latają, pakują ołów w niemieckich najeźdźców i w sumie tyle. Pod takie ogólniki można podstawić wszystko. Filmowi Davida Blaira brakuje akcji, rytmu, dobrych aktorów, naturalnych dialogów, a nawet dobrej jakości obrazu. Może producenci wypili za dużo polskiej wódki i się im na planie dosłownie "odleciało"?

Dodaj komentarz