kościół

Mieć w tyle śmierć

Trupia czaszka jest ciekawsza niż goła dziewka – twierdzi Albertus Pictor, malarz pracujący w kościele. Dobrze jest czasem ludzi postraszyć. Pamięć o tym, że umrą powoduje strach, a im więcej myślą o śmierci, tym się bardziej boją. Doskonale, bo wtedy wpadają w łapy klechów, którym śmierć służy za bicz na niepokorną naturę człowieka. W Siódmej pieczęci Ingmara Bergmana kostucha jest jednak nieświadoma. Nie jest żadnym narzędziem, boskim ani szatańskim. Trudno w to uwierzyć, zwłaszcza, że oczy grającego ją Bengta Ekerota mówią więcej niż jego usta – Uważnie się przypatrz. Nie jesteś całkowitym głupcem, więc zrozumiesz. Jestem zawsze z tyłu, podobnie jak twoja dupa. Jeśli akurat teraz nie dopadnę twoich bliskich, to przynajmniej będę miała ciebie. Bergman udaje, że wie wszystko o Śmierci. Tymczasem boi się jej tak samo, jak główny bohater jego filmu, bo nie zna odpowiedzi. Siódma pieczęć to film ironiczny, skrajnie osobisty i tak poważny, że wkracza niepostrzeżenie na teren czarnej komedii. Na dodatek to kino „sprzed wieków”, które wciąż udaje teatr. Moja recenzja również taka będzie.

Powrót rycerza

Jeśli w epoce średniowiecza ktoś podróżował, to albo była to pielgrzymka, albo krucjata. Niestety, obydwie te aktywności łączyły się ze śmiercią. Turystyka jako taka, czyli poznawanie świata dla przyjemności nie mieściło się w głowie przeciętnego zjadacza chleba w tamtych czasach. No bo jakże to? W oczach Boga nie godzi się sprawiać sobie rozkoszy. Rodzaj ludzki idealnie pasuje do roli trzody Najwyższego. Można więc ją ogolić do łysa, poranić, zagłodzić, poniżyć, a pod koniec, kiedy już nie będzie mogła wstać z kolan, rytualnie zarżnąć. Rycerz Antonius Block (Max von Sydow) idealnie wpisuje się w ten ponury klimat, a scena rozgrywająca się na brzegu morza świadczy o monolitycznej, ciężkiej i rozwlekłej atmosferze filmu Bergmana, która taka pozostanie z widzem aż do końca.

Powracającego z krucjaty rycerza poznajemy, kiedy ślęczy nad szachami w pozie nieco przypominającej Adama z obrazu Michała Anioła. Za to jego giermek, Jöns (Gunnar Björnstrand), leży jak przysłowiowy wór (albo trup) na kamienistej plaży. Bynajmniej nie jest to żadna sugestia, że istnieje między nimi jakaś różnica klasowa czy kulturowa, która ma znaczenie dla zaprezentowanych w filmie relacji między postaciami. Oczywiście istnieje, i to wręcz przepaść, ale raczej w sensie percepcji wczesnośredniowiecznej rzeczywistości. Rycerz wciąż pyta, czy jest coś jeszcze, czy istnieje Bóg, albo czy po śmierci znajdzie się w lepszym świecie. Uzależnia też poczucie własnej wartości i gotowość do opuszczenia świata żywych od znalezienia odpowiedzi na te pytania. Jöns zaś nie pyta, jakby wszystkie odpowiedzi już znał, i to w negatywnym sensie. Z pewnością takim życiowym malkontentem żadna nadprzyrodzona siła się nie zainteresuje. Inaczej z Antoniusem Blockiem. Śmierć zjawia się szybciej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, zwłaszcza widz nawykły do stopniowego rozwijania się suspensu. Widocznie jest bardzo znudzona zabieraniem życia ludziom, którzy w owych czasach żyją za krótko, by nauczyć się zasadnie pytać o sens.

Siódma pieczęć jest niskobudżetowym filmem zrealizowanym w Europie w latach 50., i to w Szwecji, czyli kraju niewyspecjalizowanym w przemyśle filmowym. Wzorem dzisiejszych produkcji, nie zobaczymy więc Antoniusa Blocka powracającego ze świętej wojny na zdobycznej dromonie do szczegółowo odtworzonego scenografią portu. Nie ma żadnego kosztownego wstępu, egzotycznych plenerów ani szczegółowo oddających klimat epoki kostiumów. Są za to symbole: zachmurzone niebo, czarny ptak, szumiące morze i złowrogo brzmiący cytat z Apokalipsy św. Jana 8,1. Może też dlatego w ciągu pierwszych pięciu minut produkcji dowiadujemy się wszystkiego na temat głównego wątku. Przy filmie trwającym nieco ponad dziewięćdziesiąt minut reżyser nie ma na co czekać, a tematów do pokazania jest dużo W kolejnych scenach główny problem jest tylko rozwijany i filozoficznie uściślany, co wielu nieprzygotowanych na teologiczno-ontyczne refleksje widzów może przyprawić o porządny ból głowy. Co jest więc trzonem Siódmej pieczęci?

Wiadomo po co zjawia się Śmierć, zważywszy na sytuację rycerza. Powrót po dziesięciu latach do domu nie jest łatwy. Antonius nawet nie pamięta, jak wygląda jego żona. Podobno ją nawet kochał, lecz czas i krwawa profesja przyćmiły te wspomnienia. Rycerz doskonale jednak wie, że ciągnie się za nim wszystko to, co robił w czasie krucjaty. Jak by na to nie patrzeć, podąża za nim Śmierć, i właśnie ona w znanej z folklorystycznych legend postaci, w czarnej pelerynie i z kosą w ręku, zjawia się na brzegu morza z zamiarem skrócenia rycerzowi obfitującego w mordercze przygody życia. Antonius Block jednak ani myśli poddać się nawet samej Śmierci. Wymyśla fortel, by jeszcze trochę pożyć i wykorzystać nieśmiertelnego gościa do znalezienia odpowiedzi na dręczące go pytania. Proponuje Śmierci grę w szachy, celnie zakładając, że ta przyjmie wyzwanie, ponieważ lubi, gdy ofiara próbuje inteligentnie walczyć. Stawką gry jest życie rycerza. Jeśli Antonius wygra, ocali swój marny żywot i wróci do domu. Śmierć nieoczekiwanie przystaje na te warunki, pewna że w szachy jest najlepsza. Rycerz nie zdaje sobie jeszcze sprawy jak zachłanna i przebiegła to „istota”, z którą będzie rozgrywał ostatnią w swoim życiu partię.

Niewinność w czasie zarazy

Świat przedstawiony w Siódmej pieczęci przez Bergmana można zdefiniować jako rozwleczoną w czasie agonię ludzkiej społeczności, z której co poniektórzy członkowie próbują wyrwać jedynie chwile przyjemności. Z jednego piekła Antonius Block wraz ze swoim giermkiem trafiają do kolejnego. Panuje zaraza. Ludzie umierają dosłownie na ulicy, a wszechpanująca bogobojność staje się dla kościoła intratnym narzędziem, żeby wzbogacić się o rządy dusz i kufry skarbów od skruszonych możnych i głodujących biedaków. Śmierć przychodzi do wszystkich, podczas gdy żadna moneta oddana do kleszej sakiewki za domniemaną karę bożą nie śmierdzi.

Mądry kler wie, że zaraza i tak w końcu odejdzie. Kto przeżyje, ten jeszcze przychylniej niż przed epidemią odniesie się do nowych kościołów pełnych malowideł z działającymi na podświadomość obrazami śmierci. Przecież trzeba się przygotować na kolejny atak kary bożej, już zawczasu zgromadzić odpowiednią ilość podpałki do stosów. Ludzie i tak przyjdą klęczeć w odremontowanych świątyniach. Ich średniowieczne poczucie winy, wobec swojej brudnej, skłonnej do przyjemności i radości natury, do dziś nie może stanąć na zdrowe społecznie nogi. Ciągle pokutują, a zarazy przetaczają się przez świat jak kolejne pory roku. Tylko żadna z nich nie jest apokalipsą, chociaż pokutnicy ciągle ją wieszczą.

Bergman zbudował swój film jak drogę. To ostatnia pielgrzymka zadającego zbyt dużo pytań rycerza. Z biegiem czasu dołączają do niego zupełnie przypadkowe osoby mniej lub bardziej niewinne. Ale jakże ważne dla całej historii. W końcu Śmierć nie będzie tańczyć jedynie z Krzyżowcem. Smutek Antoniusa i prześmiewczy stosunek do świata giermka Jönsa, na szczęście dla nadmiernego patosu całej produkcji, zostaje zrównoważony pojawieniem się wędrownej trupy aktorów, którą tworzą: Jof (Nils Poppe), jego żona Mia (Bibi Andersson) i szef grupy Jonas Skat (Erik Strandmark). Jofa poznajemy w trochę humorystycznych okolicznościach, kiedy to robiąc poranne fikołki w jakimś zagajniku doznaje widzenia. W tym naznaczonym zarazą świecie objawia mu się Matka Boska wraz z małym Jezusem, i to w najbardziej komercyjnym przebraniu, czyli błękitnej szacie, złotej koronie na głowie i o jasnej, porcelanowej cerze. Niczym ożywiona figurka z kościoła w mojej niewielkiej, rodzinnej mieścinie. Pamiętam, że kiwała głową za każdym razem, kiedy wrzuciło się monetę do zespawanej z jej biodrami skrzynki. Jako dziecko wyobrażałem sobie, że tak wepchnięte w szczelinę skarbonki pieniądze, lecą gdzieś dalej skomplikowanym systemem rur prosto do skrzynki na ołtarzu. Dzisiaj już wiem, że w tabernakulum przechowuje się opłatki, a nie monety, chociaż nieoficjalnie towary te stosuje się niekiedy wymiennie lub razem w celu wzmocnienia przynależności do wspólnoty.

Czemu akurat matka Jezusa? Jof do intelektualistów pokroju giermka Jönsa nie należy. Jego trzpiotowata natura pasuje jednak do osobowości żony. Oni chcą po prostu żyć wraz ze swoim synem Mikaelem, a nie pytać, czy akurat dzisiaj warto, bo niebo jakoś tak pochmurnie wygląda od zachodu. Czy to nie aby delikatna sugestia Bergmana, że zagłada czeka zbyt wścibskich? Lepiej być pokornym głupcem niż wiecznie depresyjnym malkontentem?

Natomiast szef aktorskiej trupy, Jonas, to zwykły obibok i niezbyt pasuje do Jofa i Mii. Mało tego, nie za bardzo chce się mu pracować. Woli spotykać się z żoną kowala, Lisą (Inga Gill). Kowal Plog (Åke Fridell) jest dla niej zbytnim grubianinem, podatnym na wpływy innych. Zresztą doskonale widać to w sytuacji, gdy poddaje się szatańskim sugestiom złodzieja Ravala (Bertil Anderberg), co do domniemanej ucieczki jego żony z aktorem Jofem. Ravalowi zależy tylko na zadaniu cierpienia Jofowi, jakby chciał się odegrać za swoją obecną sytuację, bo przecież nie zawsze był złodziejem. Aktora ratuje z opresji Jöns, który już kiedyś, jeszcze przed wyjazdem na krucjatę, spotkał Ravala. Złodziej pracował wtedy na Akademii Teologicznej w Roskilde (Doctor Mirabilis, Coelestis et Diabilis). To on namówił Antoniusa Blocka do opuszczenia wszystkiego, co kochał i wzięcia udziału w morderczej wyprawie. To człowiek, nie Bóg, sprowokował rycerza do zabijania. Wreszcie, zbrodnie, które popełnił Antonius zapewniły mu towarzystwo zbyt trudnych pytań i Śmierci. Bergman ustami giermka twierdzi zatem, że całe to zło, które się za nimi wlecze ma swoje źródło w miejscu, gdzie, ex definitione, znajduje się najczystsze dobro. Tak przynajmniej uważają księża. Coś tu zgrzyta w filarach pełnego zarazy świata. Może podatny na błąd i skończony człowiek nie powinien głosić, że wie coś na temat tego, co nieskończone, bo skłamie nawet wtedy, gdy będzie sądził, że mówi prawdę. Postawia giermka jest więc bezpieczna, zwłaszcza w otoczeniu, gdzie bezkarna, spontaniczna radość jest zabroniona. Bergman akcentuje ten dualizm w scenie z przedstawieniem we wsi. Kiedy prości ludzie dają się ponieść chwili przyjemności w czasie oglądania aktorskich występów, zjawia się korowód biczowników, a towarzyszący im ksiądz nakazuje pogrążać się w bólu, poczuciu winy i co najważniejsze lęku. Owo uczucie jest podstawowym narzędziem społecznej kontroli.

Więcej o światopoglądowej wymowie Siódmej pieczęci mówi sam Antonius podczas spowiedzi. Jako człowiek uczony w nawyku bogobojności, widząc czerń za kratą konfesjonału, od razu zakłada, że to ksiądz. Nie przypuszcza, że jego spowiedzi wysłucha sama Śmierć. A jest czego. Może jedynie Ona potrafi unieść ciężar takich słów.

Moment spowiedzi Antoniusa jest kulminacją filmu, kontrapunktem dla całości obrazu, chociaż wydarza się w dziewiętnastej minucie produkcji. Więcej nic tak szczerego z jego ust już nie usłyszymy. Zwierciadło pustki jest zwrócone w stronę twarzy rycerza. Nic już nie ma znaczenia, prócz jednej rzeczy – docieczenia prawdy. Dlaczego Bóg skrywa się za mgłą obietnic i niewidzialnych cudów? – pyta Bergman ustami Antoniusa. Czy tak nie jest łatwiej dla bytu ulepionego z ludzkich słabości? – wydaje się odpowiadać figura Jezusa bardziej przypominająca rozkładającego się trupa niż rzeźbę. Chcę wiedzieć, a nie wierzyć! – żąda rycerz. – Bo jeśli tam, w ciemności, nikogo nie ma, życie jest absurdalnym koszmarem. Nie można żyć stale w obliczu śmierci i w przeświadczeniu, że wszystko jest nicością. I co na to Ona? Większość ludzi nie rozmyśla wiele nad śmiercią i nicością – odpowiada zdawkowo. Obydwoje mają rację. Nie da się tak żyć, dlatego większość ludzi o tym nie myśli. Czy to jednak rozwiązuje bergmanowski problem bezsensu życia w obliczu nieuniknionej śmierci? Bergman będzie szukał jego rozwiązania w wielu kolejnych filmach. W końcu odkryje, że nie ma nic więcej (Milczenie) i na całe szczęście dla jego dalszej twórczości zajmie się wiwisekcją człowieczeństwa (Jesienna sonata, Z życia marionetek, Fanny i Aleksander) Póki co może tylko stwierdzić, że mimo śmierci jest w życiu człowieka moment, gdy uświadamia on sobie sens wszystkiego, całej swojej wiary i jestestwa. Jak ta palona na stosie czarownica, której konający rozum odkrył nagle, że obok księżyca jest pusto.

Reżyser celnie wykorzystał postać śmierci, celowo ubierając ją w ludzką, białą twarz, a nie maskę. Z taką postacią łatwiej się widzowi zidentyfikować niż w przypadku np. Johnny’ego Blaze’a (trupia czaszka Ghost Ridera) lub Golluma (Władca pierścieni, Hobbit). To oczywiście współczesne przykłady z wykorzystaniem niewyobrażalnych dla kina lat 50. XX wieku efektów specjalnych. Przypomnijmy sobie jednak film znacznie bliższy czasowo Siódmej pieczęci, chociaż o zupełnie innej wymowie. Znana na całym świecie postać Fantomasa (Jean Marais) nosiła gumową maskę. Dobrze, że nie grała w produkcji wymagającej skomplikowanej mimiki, bo inaczej niewiele mogłaby wyrazić. Natomiast Śmierć (Bengt Ekerot) nie ma tego problemu. Gra swoją wypudrowaną na biało twarzą, symbolizując jednocześnie zarówno ludzką nieświadomość, jak i skłonność do powodowania destrukcji. Próbuje zwieść rycerza, ponieważ chce również śmierci jego towarzyszy. Krzyżowiec w porę sobie to uświadamia.

Antonius naiwnie jednak sądzi, że dzięki zręcznej grze i wywróceniu figur da czas Jofowi i Mii na ucieczkę. Odjeżdżający wóz zbyt głośno skrzypi, żeby Śmierć tego nie usłyszała, chociaż udaje głębokie zainteresowanie końcową częścią partii szachów. Wydaje się jednak, że póki co zadowala ją ofiara z rycerza i giermka. Reszta postaci (niema dziewczyna, kowal, żona kowala, żona rycerza) są dobrze wyglądającym w korowodzie uzupełnieniem robiącym przysłowiowy tłok. A co z rodziną cudownie ocalonych aktorów? Śmierć na nich zaczeka. Bo przecież chodzi o to, by żyć jeszcze dzień więcej, jakby jej nie było, skoro jest zawsze z tyłu. Oni nie pytają o żaden sens, chociaż Śmierć pozwala Jofowi się dostrzec. To ostrzeżenie.

W bergmanowskiej śmierci nie ma ideologii. Antonius męczy się na próżno, gdyż Śmierć nie posiada świadomości. Ona JEST, a to bycie jest zgodne z naturą, chociaż znienawidzone przez kulturę i cywilizację. Najbardziej unieszczęśliwiającym człowieka uczynkiem jest tworzenie symboliki z faktów, które z powodu swojej nieznanej jeszcze naukowo struktury i treści, wydają się przekraczać rozum i aktywizować potrzebującą Boga wyobraźnię. Czarownicę spalili ludzie, bo inni ludzie stwierdzili, że nią jest, a jeszcze inni, że bycie nią jest sprzeczne z wolą Najwyższego… Ludzie, ludzie, ludzie, ludzki, zniewolony rozum…

Teatralne kino

Siódma pieczęć to film dwóch aktorów. Jeden z nich (Max von Sydow) dzięki Bergmanowi zrobił światową karierę. Drugiemu (Bengt Ekerot) się to nie udało. Paradoksalnie śmierć szybko go dopadła. Do pozostałych ważnych postaci zaliczyć trzeba jeszcze giermka Jönsa (Gunnar Björnstrand), lecz jego gra nie zachwyca. Nie można odmówić mu teatralnego kunsztu, pracy twarzą i ciałem w wyrazisty sposób. Jednak dla człowieka oceniającego tę rolę z punktu widzenia kogoś żyjącego prawie w latach 20. XXI wieku, ta aktorska emfaza przypomina raczej konkurs recytatorski, a nie rolę w poważnym filmie. Miejscami robi się tak poważnie, że chce się śmiać, podczas gdy bohaterom coraz bardziej nie do śmiechu, zwłaszcza w dramatycznie rysującym ich twarze świetle.

Gdyby oceniać film Ingmara Bergmana pod względem technicznym, to najodpowiedniejszą oceną, według mnie, byłaby powiedzmy czwórka. Oczywiście, w skali od jednego do dziesięciu. Kamera pracuje zbyt statycznie, szwankuje montaż. Montażysta chyba nie mógł się zdecydować, czy montować na „twardo”, czy na „miękko”. Koronnym przykładem kulejącego lepienia taśmy w Siódmej pieczęci jest ujęcie ściętego pnia i wchodzącej na niego wiewiórki. Zwierzę pojawia się po zauważalnym dla oka skoku przeciętego filmu i na znacznie ciemniej oświetlonym pniu, mimo że teoretycznie to ten sam pień. Nienaturalny skok występuje również chwilę wcześniej, gdy Śmierć, ścinając drzewo z Jonasem i ledwo co naruszając przy tym korę, w ułamku sekundy powala gruby pień. Co do innych niewprawności montażowych, to generalnie można stwierdzić, że zbyt często pojawiają się nienaturalnie szybkie przejścia między scenami, niejednokrotnie burząc klimat tej właśnie ciętej. Sytuacja taka ma miejsce np. między spowiedzią Antoniusa, a sceną, w której giermek Jöns popija wraz z malarzem Albertusem. Przydałoby się więcej oddechu. Kiedy ma się zamiar dokonać zmiany lokacji i ładunku emocjonalnego w kolejnych cięciach, warto dać szansę tym kończącym się scenom odpowiednio wybrzmieć w głowie widza.

Kolejne problemy to m.in. niekonsekwencje logiczne wynikające prawdopodobnie również z montażu, a może i z braku możliwości dokręcania niektórych ujęć. Na przykład pościg kowala za żoną w lesie kończy się nagle koło wozu Jofa, a scenę wcześniej uciekają w zupełnie innym kierunku. Albo jakim sposobem, podróżując na koniu, Antonius jest w stanie układać szachownicę? W czasie postojów często widzimy, że nad nią siedzi i rozmyśla, a podczas jazdy na koniu wcale nie trzyma jej jak kelner tacę z kieliszkami. Gra ze śmiercią wciąż się toczy. Układ figur się zmienia. Czy rycerz ma aż tak dobrą pamięć, czy może zaczarowane szachy same pamiętają rozłożenie pionków? Dodajmy do tych niekonsekwencji jeszcze sztucznie zamarkowaną grę Jofa na lirze oraz dość nieudolnie symulowany zmierzch. Rozumiem, że w filmie czarno-białym nie jest łatwo tak zagrać światłocieniem, żeby uzyskać symulację nisko zawieszonego słońca, ale w Siódmej pieczęci tego wyraźnie cieniującego, chociaż rozproszonego światła, w ogóle nie widać. Zmierzch wygląda jak pochmurny dzień.

Trudno zliczyć wady techniki produkcji Siódmej pieczęci, chociaż to film treściowo doskonały, a może raczej nagrane na taśmę idealne przedstawienie. Żeby je zrozumieć, Bergman wymaga od widza otwartego i elastycznego umysłu, który umie odczuwać i interpretować takie emocje, jak strach i radość, a przy tym nie delektuje się każdym z nich z osobna. Takie umysły z pewnością posiadają członkowie grupy Monty Python, którzy w jednej z ostatnich scen produkcji Sens Życia wg Monty Pythona wykorzystali motyw bergmanowskiej Śmierci tańczącej wraz ze snującymi się za nią ofiarami. Była też jeszcze nominacja do Złotej Palmy w 1957 roku i Nagroda Specjalna Jury.

Śmierć jak dupa (ocena 10/10)

Bergman wyciągnął niepokojące wnioski wobec naszego świata. Większość ludzi ukrywa się przed najtrudniejszymi pytaniami. Chowa po kątach jak dzieci zagonione do odbycia kary za zjedzenie o kilka cukierków za dużo. Współczesne społeczeństwo przybrało taki kształt, że teraz wszyscy posiadamy możliwość bycia „z tyłu”, za jakąś elektroniczną kotarą (przebranie aktora Jofa). Z drugiej strony, jakby na przekór dobrowolnemu odsłanianiu się wirtualnie, zatracamy naturalną świadomość, że ten z przodu, nasz podglądacz, zawsze będzie kimś obcym. Nie doświadczymy zmysłami ciężaru, który sprawia mu jego zad, a może i myśl o śmierci, czy też sama śmierć, kiedy już przyjdzie. Fakty z codziennego życia to potwierdzają. Śmierć na ekranie nas podnieca, a na ulicy, namacalnie obok, odstrasza. Najlepiej dla nas, gdyby inni umierali za parawanami, bo tak się obawiamy końca życia, że nawet na czyjś terminalnie chory tyłek nie umiemy spojrzeć bez mdłości i powodującego je lęku.

Czy to nie ciekawe, że najpopularniejsza pozycja do uprawiania seksu wśród zwierząt to ta „od tyłu”, a jednocześnie biologiczną agonię pobratymców również wolimy przeczekać na dalszych ławkach, od dupy strony? Śmierć w Siódmej pieczęci ukrywa twarz, bo chce podsłuchać myśli rycerza. Oznacza to jedynie, że nic o nim nie wie, więc nie ma pewności również, co o niej myśli człowiek. On jednak zazwyczaj nie pyta, więc żyje w mentalnym ukryciu. Przez to nie może rozpoznać, kim jest, a także przestać się bać śmierci. Koło zostaje domknięte.

Z kolei nasze „z tyłu” dostępne jest wyłącznie dla kogoś, kto nie jest nami. Ten ktoś przeżywa te same udawane katusze co my, spoglądając na nasz koniec, podczas gdy my musimy go przeżyć naprawdę. To wcale nie jest paradoks, ale logiczne i bezpieczne rozwiązanie. Śmierć nie jest na pokaz, sprzedaż, ani udostępnienie na Facebooku. Nie poznamy innych śmierci, prócz naszej. To najintymniejsze doświadczenie, którym nie umiemy się podzielić. Musimy stworzyć sobie obraz naszego strachu, I wtedy go nazwiemy albo Siódmą Pieczęcią, albo Bogiem.

Posted by Odys in Recenzja, 0 comments

Co można zrobić z Bogiem na pierwszej randce

Jako typowy, uzależniony od smartfonu, osobnik przed czterdziestką, jak co dzień przeglądałem swój zapchany timeline na Facebooku. Robiłem to nieco mechanicznie, bo jednak bardziej niż kolejne idiotyczne lajki znajomych, interesowały mnie poranne dylematy moich jelit. Gdy już zamierzałem wrócić do gapienia się na wzory gwiezdnych konstelacji wydrukowane na rolce papieru toaletowego (mam taki w zodiaki), moją uwagę skutecznie zwróciła ciekawa zbitka słów, a mianowicie „Bóg” i „kurs”. Z niedowierzaniem, a może i szelmowskim uśmieszkiem, przeczytałem do końca zajawkę – KURS: CZY JEST BÓG? Trochę tych kursów w życiu odbyłem – pedagogiczny, prawo jazdy, fotograficzny, pierwszej pomocy itp., ale na takim jeszcze nie byłem. Nie zastanawiając się zbyt długo, i oczywiście po skończonej wizycie w łazience (fizjologia ma swoje niezbywalne prawa), zapisałem się. Dodatkowo skusiło mnie zapewnienie prowadzącego szkolenie, że całość kursu załatwi w siedmiu mejlach, niczym Bóg stwarzający świat, chociaż zaraz, zaraz. Tamtemu zeszło sześć dni, a w siódmym odpoczywał. Liczyłem więc na to, że już po sześciu wiadomościach nie będę musiał dalej się wysilać w mozolnej pracy intelektu dociekającego istnienia Boga, a ostatni mejl posłuży za upewniający crème de la crème całego procesu nauczania.

Dzień pierwszy

Startując z pozycji agnostycznego chaosu, jak zwykle moje oczekiwania miały się nijak do rzeczywistości. Natomiast tak, jak było w opisie kursu, pierwszą wiadomość dostałem już kilkadziesiąt minut po zapisaniu do newslettera. Siedzący we mnie, pełen entuzjazmu kursant nuworysz już na samym początku jednak dostał strzała w sam środek facjaty. Bo o to z pierwszego mejla korespondencyjnego kursu o szumnym tytule Czy jest Bóg dowiedziałem się, że tak naprawdę nikt mi tego istnienia Boga nigdy nie udowodni. I o ile potrafię racjonalnie przyjąć do wiadomości, że ostensywny dowód na istnienie Boga nie istnieje, to rozwalił mnie sposób wnioskowania autora wiadomości. Otóż pewnie nie zgadniecie, dlaczego nikt nie może być pewien istnienia Boga na sto procent. Odpowiedź jest banalnie prosta – Bóg jest przecież niewidzialny. Trzeba mieć sporo intelektualnej odwagi, żeby najpierw stwierdzić, że tak naprawdę nie można być pewnym istnienia Boga i uargumentować to tym, że go nie widać. Skąd u licha autor wie, że istnieje coś, czego nie widzi? Taki sposób tłumaczenia „po tajemnych znakach” obecności Najwyższego datuje się na okres wczesnochrześcijański, kiedy świat dla niepiśmiennych i prostych ludzi dosłownie pełen był bogów. Ma to związek z zaadaptowanym przez chrześcijaństwo animistycznym postrzeganiem rzeczywistości, która jest odpryskiem mocy stwórczej nie jednego, a wielu bogów, bożków m.in. w rytach egipskich i mezopotamskich. W takiej argumentacji przejawia się również wielka potrzeba argumentującego, żeby istniało coś, co go przekracza. Stąd jest on w stanie tłumaczyć metaforyczne znaki jako efekt działania siły boskiej.

Rozumiem, że była to taka gra na początku szkolenia. Mam jeszcze bardziej zwątpić w istnienie kierującego światem niebiańskiego dziadka, a później, już w skórze gorliwego neofity, faktycznie wsiądę do tego samolotu linii „Wiara Airlines” i nawet z zapitym w sztok pilotem dolecę do niebiańskiego portu.

Dzień drugi

Kolejny etap szkolenia również okazał się pełen zawodów. Już w pierwszym akapicie następnej wiadomości mój nastawiony na teologiczną edukację rozum dostał kolejne ciosy na odlew. Nikt nie udowodni, że On istnieje, ale tak samo nikt nie wykaże, że Go nie ma! Dodajmy do tego stwierdzenie: wiara w Boga jest decyzją. A więc mam rozumieć, że tylu niewinnych ludzi zginęło w imię tej wiary, albo przeciw niej tylko dlatego, że jest ona arbitralną decyzją zakładającą istnienie czegoś, co i tak nie może być ani sfalsyfikowane, ani zweryfikowane. Aż trudno mi uwierzyć, że gatunek ludzki, twórca procesora i lotów w kosmos, może być na masową skalę aż tak bezmyślnie okrutny. Śmierć jest namacalna i bezpowrotna. To nie ulega wątpliwości. Co innego, gdyby była niewidzialna, jak podobno Bóg. Może wtedy jakoś potrafiłbym usprawiedliwić jej bezlitosne zadawanie w imię absolutnego bytu o zbliżonych predykatach.

Jest jeszcze inny problem. O jakim Bogu mówimy, albo istnienie jakiego Boga chce ten kurs udowodnić? Czy jest to filozoficzna zasada, która powołała ten świat do istnienia, czy raczej sformalizowana w kościelnych regułach jej wizja nakazująca człowiekowi żyć w taki a taki sposób? A wszystko, by oswoić lęk przed domniemywaną, pośmiertną nicością, no i pozwolić się najeść socjecie kapłanów.

Nie mogę jednak stwierdzić, że na szkoleniu wszystko jest do niczego. W drugiej wiadomości zaciekawiło mnie na przykład stwierdzenie dotyczące kosmitów. Sam prowadzący przyznał, że chcąc prowadzić jakiś obiektywny dyskurs należy stwierdzić, że zapoczątkowanie istnienia człowieka na ziemi przez zaawansowaną i obcą cywilizację jest możliwe. Zwłaszcza, że wcześniej uznało się za niemożliwe do udowodnienia istnienie bądź nieistnienie Boga. Ta sprawa z kosmitami ma jeszcze inny, ciekawszy wymiar. Zgadzam się w pełni z tezą, że uznanie nas za eksperyment o niejasnej proweniencji, zapoczątkowany przez „obcych”, wcale nie uzasadnia nieistnienia Boga. Zawsze można zapytać: No dobrze, nas zrodziła genetyczna fantazja kosmicznych laborantów, ale kto stworzył ich? Czy jednak w naszej chrześcijańskiej i do granic logiki antropocentrycznej wizji świata jest miejsce na taką hipotezę? Gdyby faktycznie się okazało, że nasz gatunek powstał na drodze obcej ingerencji, upadłaby wizja Boskiego Ojca. Cała kościelna teologia na czele z koncepcją stworzenia św. Augustyna i pięcioma dowodami na istnienie Boga św. Tomasza obróciłaby się w proch. A Jezus? Biedak, spadłby z krzyża już jako zwykły człowiek, a wraz z nim cała Trójca Święta. Świat pogrążyłby się w chaosie, bo ludzie odkryliby, że od tysięcy lat są mentalnymi sierotami, a ich rodowód został wymyślony przez „zielone ludziki”. Jakżeż to nie pasuje do buńczucznej wizji człowieka w roli pana świata.

Dzień trzeci

Przyznaję, trzeci dzień kursu zaczął się od zmęczenia. Stosowany w mejlach język wydaje się tak gładki i czysty, a przy tym ogólnikowy, że doskonale pasuje do odartych z testosteronu dźwięków, jakie wydają mężczyźni pozbawieni przyrodzenia jeszcze przed okresem dojrzewania. Dosłownie nie ma w nim żadnego jaja. A przy tym ten eunuszy dialekt jest komplementarny z nienaukowością prezentowanych argumentów. Stąd moje znużenie.

Znów musiałem przeczytać, że nie ma żadnych dowodów na istnienie Boga. Za to są tylko znaki. To już wiem. Wystarczy raz to napisać, a nie klepać w każdym następnym mejlu. Naprawdę nie mam nic przeciwko panteistycznym wizjom świata i wierze w istoty nadprzyrodzone. Niech tylko nie wchodzą mi w nocy do sypialni, bo sypiam bez majtek. Poza tym dobrze jednak, gdy wierzący potrafi rozdzielić sferę jego religijnych mniemań od funkcjonowania w faktualnej rzeczywistości. Zwykle jednak tak nie jest. Wiara i zasadzająca się na niej religia zawłaszczają życie osobiste człowieka, a następnie prowokują do namawiania innych i konwertowania świata zgodnie z wizją, którą przedstawia absolutnie mądry Najwyższy. To prosty mechanizm indoktrynacyjny, znany z czysto ziemskich ideologii typu komunizm i nazizm. W świadomości jednostki zjawia się nagle wszechpotężny guru, który pokazuje ścieżkę należytego życia, określa system wartości i penalizuje wszelkie odstępstwa od credo. Jednostka znajduje się w sytuacji konfliktu mentalnego, bo otoczenie, w którym funkcjonuje często nie wykazuje styczności z wyznawanymi poglądami i nakazami religii. Człowiek zwykle jednak nie rezygnuje ze swoich emotywnych przekonań, zwłaszcza podpartych świadomością wszechdobrego Boga i radykalnie się sprzeciwia bezbożnemu otoczeniu, kontestując rządzące nim prawa, zgodnie z religijnym zobowiązaniem. Przystępuje więc do ofensywy. Uznaje ateistyczny świat za możliwy do nawrócenia i właśnie w semantyce tego słowa tkwi sedno absolutyzmu wiary. „Nawrócić” oznacza zmienić kierunek na „właściwy” (a więc zgodny z kanonem nawracającej religii), bo ten aktualnie obrany jest „zły”.

Z przytoczonymi w trzeciej wiadomości sześcioma argumentami trudno dyskutować, bo nie mają one charakteru dowodów, a jedynie luźnych obserwacji. Tak zwane argumenty „ze złożoności natury, mózgu, wszechświata, ewolucyjnego przypadku” są jedynie religijnym uzupełnieniem naukowych luk w naszej wiedzy o rzeczywistości. Najsłabszy jest argument „z Jezusa”. Wykorzystuje on tak popularną w chrześcijaństwie antropomorfizację, czyli nadanie bóstwu cech ludzkich, tyle że w formie wszechpotężnej, a więc takiej, o której słabi ludzie tylko marzą, a współcześnie dają temu wyraz w kinie o superbohaterach. Jakby tego było jeszcze mało, argument ten odwołuje się do niejasnego i niekompletnego przekazu historycznego o pewnym samozwańczym proroku nauczającym w Judei, którego Żydzi zdemaskowali i zgodnie z obowiązującym prawem skazali na najpopularniejszy ówcześnie wymiar kary totalnej, a więc śmierć na krzyżu. Nie można jednak przeciwstawiać go jako Boga najważniejszym postaciom innych religii, deprecjonując je tym samym. Widać w takim ujęciu typową postawę władczą białego człowieka z Europy, który cierpiąc z powodu braku zaufania do duchowej głębi w swojej historii, starał się podbić świat, zawłaszczając wierzenia i kultury innych. To bardzo starorzymskie podejście. Współczesny świat zachodu (nawet ten laicki) jest zbudowany na takim sposobie myślenia. Czego nie umiem zdobyć mądrością, zdobędę w końcu siłą, a później stwierdzę, że i tak było moje z racji boskiego nadania.

Nawiasem mówiąc, kariera, którą zrobił symbol krzyża, czyli narzędzia do nierzadko masowego odbierania życia, jest zadziwiająca i druzgocąca. Wizerunek żadnego innego narzędzia tortur i jego ofiary nie wisi w szkołach, nie jest noszony na piersi w formie biżuterii, ani nie bierze udziału w uroczystościach państwowych. Jak dla mnie można równie dobrze oddawać cześć gilotynie, albo pętli na szyję. I nie ma tu znaczenia żadna szczwana ideologia o odkupieniu dorobiona do tego makabrycznego symbolu.

Dzień czwarty

Przez chwilę myślałem, że czwarta wiadomość nie przyjdzie, bo nagle okazało się, że jakiejś tajne, internetowe służby wyczaiły, że i tak niczego się więcej nie nauczę. A może i sam Bóg. To dopiero byłby dla mnie dowód! Nic bardziej mylnego. Ja naprawdę chcę. Jakoś tak tylko wychodzi, że natrafiam, albo na wytargane interpretacyjnie argumenty, albo najzwyczajniejsze logiczne banały wynikające z nieumiejętności interpretacji historii religii.

Co jest przeszkodą wiary? W spóźnionej wiadomości przeczytałem, że jest nią doświadczenie cierpienia. Cierpienie, a może lepiej będzie, jeśli stwierdzę, że lęk przed cierpieniem jest zarówno katalizatorem wiary, jak i dla niektórych powodem jej utraty. Religie powstały właśnie dlatego, żeby dać jakieś sensowne wyjaśnienie śmierci, a że ludzie jakoś nie umieją zaakceptować czekającej na nich wraz z nią nicości, pojawiło się mnóstwo koncepcji eschatologicznych.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie chce umierać, ani cierpieć. Wciąż jednak dopatrujemy się jakiegoś głębszego sensu w kataklizmach, wypadkach, masowych tragediach itp. Rozumiem, że kwestie filozoficzne są trudne do pojęcia, ale, do cholery, wątpię, czy kwestia niezawinionego cierpienia jest bardziej skomplikowana do zrozumienia niż budowa procesora Intel, no chyba że Bóg, o którym mowa na szkoleniu jest ekstrapolacją naszych, ludzkich cech. Zresztą autor, od którego dostaję mejle cały czas opisuje owego Boga jak kogoś z wszechmocnym ciałem, rozumem, personaliami, żyjącego gdzieś w przestrzeni znajdującej się intuicyjnie wyżej naszego świata. To takie pojmowanie bytu absolutnego na sposób dziecięcy, czyli konkretnie, obrazowo i bez zdolności abstrakcji. Dlatego warto pamiętać o ciągle trwającym procesie ewolucji religii. Zaczęło się od politeistycznych wierzeń, które wyparł osobowy monoteizm. On też ulega zmianom, a Bóg ewoluuje w stronę wszechbytu, zasady kryjącej się za zasłoną fizycznych zjawisk we wszechświecie. Powinno się jednak oddzielić ewolucję socjologiczną i kulturową wierzeń, od faktów.

Cierpienie natomiast wcale nie jest argumentem przeciw istnieniu Najwyższego, o ile tylko człowiek posiada kompletną wiedzę o sobie jako istocie biologicznej, żyjącej w ekosystemie, którym rządzą odmienne od ludzkich zasady. Nasza fizyczność jest po prostu ułomna i podległa degradacji. Dzieje się to stopniowo, poprzez czas, ale również nienaturalnie, z powodu chorób i wypadków. Nie ma w tym żadnego sensu (zamysłu) prócz wzrostu entropii w układzie, chociaż doskonale wiem, że usilne poszukiwania odpowiedzi na pytanie Dlaczego? są niektórym potrzebne, by umieli się pogodzić z tym, co ich dotyka.

Dzień piąty

Dzisiaj miałem się dowiedzieć, jaki jest ten Bóg. W mejlu dostałem jednak odwołujący się do wyższości człowieka nad zwierzętami cytat z książki Jamesa I. Packera Poznanie Boga oraz stwierdzenia o wolicjonalnych zachowaniach Stwórcy (On pragnie, abyśmy Go poznali. On w pełni nas akceptuje i chce rozpocząć z nami bliską relację). Cały ten kurs robi się po prostu naiwny, nieracjonalny i stosuje już otwarcie charakterystyczny język ewangelizujący, w którym nie ma żadnych konkretów, za to kładzie się nacisk na tłumaczenie idei Boga za pomocą cech, które powinien mieć kandydat na pracownika miesiąca w korporacji. A więc kompetentny, wybaczający (np. mobbing szefa), przystępny (komunikatywny), poznawalny (o niskim poziomie skomplikowania osobowości, typowy, wół roboczy). Przy takim podejściu ów Bóg to niestety znów uwznioślony szef wszystkich szefów i jednocześnie doskonały twór umysłowy. Z łatwością można podporządkować mu proces socjalizacji dziecka, które, nawet siedząc na nocniku, składa rączki do paciorka, bo przecież z góry patrzy wszechmocny rodzic.

Z mojego dzieciństwa pamiętam, że często, gdy siadywałem na nocniku i oglądałem lecące w telewizji bajki, po załatwieniu tzw. dwójki obawiałem się z niego wstać. Nie z powodu karzącej za zatwardzenie ręki Boga, ale ze względu na szalonego pudla, który lubił ukraść i zjeść całą, zawartość nocnika. Później mama nie chciała mi uwierzyć, że moją kupę pożarł pies. Okropne wspomnienie. Warto by się mu przyjrzeć od strony psychologicznej – defekacja podszyta lękiem przed utratą kału.

Wracając do szkolenia, na koniec piątego dnia prowadzący obiecał, że w kolejnej wiadomości przyjrzy się osobie Jezusa. Założę się, że z kolei ten osobnik będzie posiadał cechy pracownika roku, a więc dodatkowo idealnie zrealizuje cele sprzedażowe, zwłaszcza po godzinach, co zresztą się w sensie globalnym wydarzyło.

Dzień szósty

Wiadomość przyszła jeszcze później, więc odczytałem ją dopiero rano, a do tej pory zachowywałem rytm – lektura treści mejla i jeszcze tego samego popołudnia, albo wieczora wklepywanie kilku słów refleksji w wordzie. Zaczynam podejrzewać, że coś jest nie tak z mechaniką wysyłania szkoleniowego newslettera. Może wiadomości pisane są „na żywo”, a autor, widząc moje narastające zażenowanie, dwoi się i troi, by mnie jednak przekonać. Chyba dałem się ponieść życzeniowemu myśleniu, ale będę się upierał, że ta niestałość pór, w których otrzymuję mejle jest dziwna. Do rzeczy jednak, a raczej do Jezusa.

Z przykrością odkryłem, że trzonem tej części szkolenia jest niezbyt wysublimowana racjonalnie indoktrynacja. Z podobnym stylem narracji spotkałem się zresztą u Świadków Jehowy, Mormonów i w tzw. rozśpiewanym katolicyzmie oazowym. Okazuje się bowiem, że Jezus wcale nie pojawił się 2000 lat temu, bo skoro okazał się być Bogiem, to tak naprawdę jest odwieczny. Tak, jak pisałem wcześniej, Jezus jest archetypem współczesnego pracownika korporacji, a może nawet robota. Poświęca się radykalnie, dokładnie tak, jak tego oczekuje od poddanych feudalna władza. Orać to królewskie pole, aż zaryje się gębą w błocie. Płacić dziesięcinę, odwalać pańszczyznę, zapładniać kobiety, a później zdychać. Koncepcja religijna zadziwiająco podobna i co najważniejsze przydatna w sprawowaniu władzy w średniowiecznej Europie. Pisana jakby na zlecenie władców.

Wychodzi też na to, że stanąłem sobie na religijnym targu i okazuje się, że religia z Jezusem jest najlepsza. Czy wierzący ciągle biorą udział w jakiejś konkurencji, która religia jest prawdziwsza? To ich wieczne udowadnianie, że „to ja jestem bliżej prawdy”, „ja mam w swojej religii lepszego Boga”, który bardziej się mną opiekuje od Boga sąsiada, jest i śmieszne, i niebezpieczne. Starcia i niedowartościowania ideologiczne były, i wciąż są, główną przyczyną konfliktów zbrojnych na naszym, niewielkim świecie. Za to idea Boga jest wielka, dosłownie tak, jak potrzeba świadomości, że gdzieś tam w niebie żyje sobie nasz absolutny ojciec, bo często ten ziemski nie daje rady. Ot, taki freudowski kompleks.

A na koniec najlepsze. Prowadzący szkolenie bezkrytycznie cytuje Biblię na udowodnienie sensowności logicznej wielu kwestii religijnych, w tym i TRÓJCY ŚWIĘTEJ. Dodatkowo wysyła link do artykułu o niej, zresztą powieszonego na tej samej stronie. Jestem ciekawy, czy wie, że ta datująca się na IV wiek n.e. kościelna nadinterpretacja tekstu Pisma Świętego jest marketingowym ukłonem w stronę pogańskich wierzeń (cel ewangelizacyjny). Trójjedyne bóstwa są o wiele starsze od koncepcji podzielnego na trzy Boga chrześcijańskiego. Występowały w Mezopotamii, Egipcie, Chinach i w wielu innych kulturach, nawet w naszej, słowiańskiej. A tak w ogóle, to głębsza i krytyczna lektura samej Biblii, zwłaszcza słów Jezusa o jednym Bogu, wystarczająco jasno odzwierciedla jego pogląd na boską triadę. Problem jednak w tym, że Jezus, o ile istniał, nie był ani katolikiem, ani w ogóle chrześcijaninem. Ale to już inna historia.

Dzień siódmy

W kapitalistycznie zagonionym świecie ostatni dzień szkolenia powinienem odżałować na odpoczynek, przynajmniej od rozsądzania, czy istnieje Bóg. W pewnym sensie tak się stało, a to ze względu na bardzo późną porę otrzymania wiadomości. Nadmienię tylko, że jeszcze późniejszą niż w szóstym dniu. Jak więc przystało na finał kursu, dostałem szczegółową ofertę, co zyskam, jeśli zdecyduję się wierzyć. Wreszcie też autor zdradził, o co tak naprawdę mu chodzi. Po nawróceniu (implikacja tego słowa jest aż nadto jasna), przynajmniej dla niego najważniejsze jest otrzymanie darmowej wejściówki do wiecznego życia. Właśnie, niepokojące jest to stwierdzenie „za darmo”. Dla niewierzących zatem życie wieczne też jest dostępne, tylko za opłatą? Taki kościelny handelek już kiedyś sprowokował niejakiego Lutra. Poza tym, co znaczy, że nie potrafimy zapracować na wieczne życie swoimi uczynkami? To jakiś kalwiński ryt? Można równie dobrze nie robić nic, a i tak jako wierzący ma się zabukowane miejsce na chmurce, albo i w piekielnym kotle? Na to wychodzi, że Bóg daje prezent w postaci wiecznego życia. Pewnie kręci diabelnie wielkim kołem fortuny. Za darmo biorą go wierzący w ramach potencjalnie opłacalnego, pascalowskiego zakładu i karty członkowskiej wydawanej przez daną wspólnotę religijną. Reszta szlocha i płaci. Tylko czym? Ano odpowiedź na to znajduje się już w szczegółowej ofercie, która zwieńcza szkolenie.

1. Brak akceptacji

Faktycznie pośród ludzi brak akceptacji można dosłownie przypłacić życiem, zwłaszcza jeśli z pewnych względów jest się innym. A tych wyrazów inności jest bardzo wiele. Kolor skóry, płeć i orientacja seksualna to tylko te najbardziej rozpropagowane w mediach. Spójrzcie na klientów popularnej sieci handlowej, która ma w logotypie pewnego chrząszcza. Obiektem dyskryminacji może być dosłownie wszystko, nawet zakupy. A Bóg? Ten idealny byt zrozumie poniżonych. Można nawet kraść i mordować. On to łyknie jak pelikan świeżą rybę.

2. Sądy

Z tymi sądami to mamy w Polsce ostatnio problem. A zresztą co tam. Za czasów szlachty też mieliśmy, tylko nie było telewizji i ludzie tyle nie spacerowali. No właśnie, odkąd pojawił się szklany ekran, wciąż te same, problemy jakoś tak napęczniały. Bóg natomiast żarliwie wierzącego nie osądzi, bo skoro jest z nim cały czas w relacji, cały czas to robi, trochę za plecami, trochę w modlitwie, a trochę przez wskazywanie należytego w jego pojęciu życia. Na pewno nie będzie to spacer przeciw władzy, która siedzi w pierwszej ławce na toruńskich spotkaniach i trzyma się za spocone rączki. Sądzeni w naszym ludzkim sensie, jak oskarżeni na ławie, będą tylko wszyscy ci, którzy wątpią.

3. Samotność

Samotni ludzie siedzą w oknach i podglądają sąsiadów. To i regularnie klepana modlitwa wystarczają. Nie wiem, czy to zdanie, które wyrobiłem sobie w dzieciństwie na podstawie obserwacji mieszkańców pewnego bloku w małym miasteczku stosuje się do wszystkich samotnych wierzących, zwłaszcza po 70. roku życia. Może i faktycznie Bóg ich nigdy nie opuści. A młodsi z problemami? Oni nie mają czasu gapić się na sąsiadów, ale skoro są wystawionymi na zdarzenia losowe członkami społeczeństwa, również powinni mieć boskiego adwersarza. Jego milczenie w końcu staje się osobistym głosem. Ludzki umysł nie lubi pustki, a osamotniona psychika łatwo transponuje potok zbolałych myśli na wspomagający, zewnętrzny głos. Tak jest łatwiej znieść cierpienie, podczas gdy inni w około są niekiedy zawodni w słuchaniu.

4. Mrok

To spacerowanie w ciemności brzmi nieco deprecjonująco dla człowieka jako istoty całkiem rozumnej, chociaż naznaczonej osobliwą zdolnością do autodestrukcji. Czyżby więc nasze życie biologiczne było aż tak nieciekawe i w sensie ideologicznym „brudne”, że bez boskiego światła nic z niego na dłuższą metę nie wyjdzie? W historii powszechnej nie widać związku między oceną ilościową domniemanych grzechów a bliskością końca świata. To takie myślenie średnio rozgarniętego chrześcijanina, który niezdolny do logicznej, ani tym bardziej wymyślnej emocjonalnie refleksji nad środowiskiem swojego życia, woli proste rozwiązania płynące albo z ambony, albo z sołtysowego ogródka. A dodatkowo u takich rozświetlonych łaską osobników w przedziwny sposób narasta agresja do wszystkiego, co od nich inne, a może od nakazów ich boskiego światełka? Pewnie jak już zaświeci, to nieodwracalnie ślepną.

5. Pokój

Kto jak kto, ale ludzie jako gatunek to wybitnie krwiożerczy wytwór ewolucji. Mają przy tym kapitalnie odstręczającą cechę. Uwielbiają rozprawiać o tym, czego nie ma. Ten upragniony pokój to jeden z owych idealnych bytów, o którym trajkocze się od tysięcy lat, podobnie zresztą jak o Bogu, jako gwarancie sprawiedliwości. Kto w niego wierzy, ten doświadczy pokoju, oczywiście nie w tym życiu. Niezła furtka dla niespełnionych obietnic absolutnego rezydenta niebios. Wzruszająca perspektywa dla kilkuletnich ofiar ludzkiej chęci rozsławiania imienia Pana wśród narodów, które go nie znają, bądź nie mają ochoty poznać.

6. Zaklinanie

Istnieją różne metody autosugestii, pogłębionej refleksji i uspokajania skołatanych nerwów. Jedni się modlą, niektórzy rozmawiają ze swoim pijanym obliczem, a jeszcze inni tarmoszą kota, co ostatnio jest bardzo modne. Niewątpliwie jednak wygodnie jest mieć kogoś, kto zawsze jest w trybie „stand-by”, bo dzięki niemu umiejętnie można zakląć nieprzystającą do naszej woli rzeczywistość.

7. Za rękę

Popularne stwierdzenie, że prowadzi się kogoś za rękę, kto jeszcze nie dojrzał do samodzielności, stosuje się bardziej do dzieci niż dorosłych. Pacjentów z chorobami psychicznymi również ciągnie się za lepkie łapy, by znów chwycili przerastający ich swoim ogromem ster świata. Oni jednak wolą ćmić fajki i bezskutecznie walić swojego polekowego flaka na środku oddziału. Co jednak z dorosłym i zdrowym człowiekiem? Czy on również potrzebuje ręki? Oczywiście, że tak. Jeśli nie jest to akurat ręka w swoich lub czyichś majtkach, to zapewne ręka Boga. Chęć powrotu do relacji rodzic-dziecko i przypomnienia sobie tego niepowtarzalnego smaku nieodpowiedzialności tkwią w każdym z nas. Jeśli do uzupełnienia naszego szczęścia mieliśmy jeszcze rozliczającego nas w cukierkach rodzica, to jesteśmy w raju. Gorzej, jeśli w imię fundamentalnych przekonań o boskiej karze za grzechy, od zarania najbliżsi ćwiczyli nas pasem w przeżywaniu apokalipsy.

8. Porno z Bogiem

Z niektórymi szkoleniami tak jest, że gdzieś w drugiej połowie kursu zapomina się, co było przedmiotem nauki, albo naczelną tezą w programie. Mam takie wrażenie, że w tym szkoleniu tak się właśnie stało. Nie ma żadnego znaczenia czy Bóg istnieje, czy nie istnieje. Człowiek ma po prostu w sobie taką potrzebę, żeby siąść okrakiem na wprost swojej wizji Boga i pokazać jej wszystko. Komuś przecież trzeba. A kto, jeśli nie On, zrozumie najintymniejsze i najbardziej popraprane elementy naszego osobistego świata. Bez wątpienia nie zrobi tego uwięziony w swojej kodeksowej wizji osoby ludzkiej spowiednik, ani też Natalia Starr wypinająca tyłek dla kolejnego Wacława. Intymna relacja z Bogiem nie ma pośredników, a jej pozafaktualne istnienie to sprawa osobista, a nie publiczna.

Dzień sądu

Wnioski, które nasunęły mi się dzięki szkoleniu są dość przerażające. Istnieją dwie organizacje na tym świecie, które wciąż trwają, mają się doskonale i są ogólnoekosystemowe – państwo i kościół. Obydwa te twory zostały zbudowane na krwi i podbojach, a jednocześnie umoralniającej tresurze ich członków oraz ich fiskalnym uzależnianiu. To precedens wśród istot żywych. Mordujemy swoich i uzasadniamy to… Bogiem.

Wiara to kwestia osobistej decyzji, do której nikt nikogo zmusić nie może. Skoro tak, to dlaczego ta ludzka, bardzo osobista, wolnościowa i arbitralna aktywność pochłonęła życie tylu milionów? Czyżby się to opłacało? Bynajmniej nie Bogu…

Szalony pomysł z wzięciem udziału w szkoleniu „Czy jest Bóg” z pewnością nie był czasem straconym. Może trochę się pośmiałem, niekiedy pukałem w czoło, ale, ale, panie Bartku, dopiero pod koniec szkolenia zrozumiałem, że Bóg, o którym pan z taką dziecięcą pasją rozprawia posiada wiele cech Boga, w którego, odkąd pamiętam, sam chcę wierzyć. Piszę to szczerze, bez sarkazmu. Dzięki panu udało mi się wreszcie opisać mojego, idealnego Boga. Szkoda tylko, że nie znam żadnej formalnej organizacji religijnej, która by takiego Najwyższego propagowała… Sprawa jest oczywista. Powinienem na własną rękę zarejestrować jakiś kościół, chociaż pewnie zamieniłby się on w kolejną sektę opartą na przekonanym o swojej doskonałości guru i bojówce gamoniowatych wyznawców. No i najważniejsza sprawa. Tylko z Bogiem mogę bez obaw iść na całość na pierwszej randce. A poza tym będzie taniej, bo VAT na gumy ma iść ostro w górę.

Posted by Odys in Felieton, 0 comments